sobota, 31 października 2015

Samhain 2015

Jadę pociągiem. Siedzę na miejscu skierowanym w kierunku przeciwnym do kierunku jazdy [od kiedy pamietam właśnie takie wybierałam]. Oslo tonie we mgle, a ja jadę, by wraz z braćmi i siostrami w Rzemiośle celebrować nasze własne przejście w czas mgieł.

Jestem w drodze na kolejny sabat, w roku, który jeszcze nigdy wcześniej się nie wydarzył, na spotkanie z kowenem, z którym nigdy wcześniej w kręgu nie stałam. Jadę niby przed siebie, niby ku nowemu, a jednak przepełnia mnie nieodparte wrażenie, że w ostatnich tygodniach cofam się w czasie. Do miejsc, które kiedyś znałam, do uniesień, które kiedyś były moim udziałem, do ideałòw, za którymi lata temu podążałam i do słów, które już nigdy więcej nie miały zostać wypowiedziane.

[Oslo, 7:45]


Tak sobie myślę, że urodziłam się w dobrych czasach, w dobrym miejscu i dobrej rodzinie, bo dzięki temu tak pięknie mogę delektować się teraz życiem. ..

Frankfurt, podobnie jak Oslo, tonie we mgle. W powietrzu unosi się zapach jesiennej wilgoci, a szarość nadaje dzisiejeszemu świętu powagi i refleksyjnosci.

Dzisiejszy dzień to dla wielu ostatni dzień pogańskiego roku. Czas, kiedy mocą intencji zarzucamy sieci w przeszłość, by w teraźniejszosci móc połączyć się z tymi, którzy w swej istocie należą do chwil, które już przeminęły. Potocznie mówimy, że to Koło Roku obraca się, a my idziemy do przodu po linii czasu. To jednak tylko pozory. Bo jeśli przyjrzeć się sytuacji bliżej, jeśli wyjść poza dwuwymiarowość, do której przywykliśmy, zobaczymy, że nie ma tu ani koła, ani linii, ani obracania się. Poruszamy się nie tyle do przodu, ile w górę, i nie tyle po kole, co po spirali. Przeżywamy nowe jako stare i stare jako nowe, mając możliwość wejścia głębiej i głębiej za każdym razem w te same tajemnice, a także poprawić pewne niedociągnięcia i zacząć od nowa w sposób, jaki tylko ten ruch nam umożliwia.

[Frankfurt, 12:20]


Ostatni raz byłam w Wiedniu lata temu. Jeszcze z rodzicami, którzy od dziecka zwykli zabierać mnie na wspaniałe wycieczki po świecie, wspierając mój wrodzony pociąg do przemieszczania się, czego ja, naturalnie, jako dziecko zwykłam wówczas nie doceniać.

Wiedeń to miasto piękne i majestatyczne, w którego sercu nie tylko widać, ale i czuć wzniosłość pozostałą po cesarskich czasach. Założony jako celtycka osada, będący ważnym ośrodkiem Rzymskiego Imperium, centrum Europy, w którym na początku XIX wieku określono nowy jej porządek, domem dla największych kompozytorów klasycznych oraz darzonego sprzecznymi uczuciami Freuda, przyciągał i nadal przyciaga ludzi, którzy pragną zatopić się w jego niepowtarzalnej atmosferze, zachwycić bogatymi zbiorami jego muzeów, rozpieścić podniebienie ciastami i kawą oraz nacieszyć oko pięknem architektury.

Wiedeń. To tu w tym roku przyjdzie mi świętować Samhain; po raz ostatni zatrzymać się nad tym, co odchodzi, zadumać nad tematem śmierci i wytańczyć związany z nią smutek, radość i to wszystko, co tej nocy będzie we mnie żywego. A wiem, że emocji może być wiele.

Śmierć przywykliśmy łączyć ze śmiercią ciała, z odejściem cielesnej powłoki. Sama zwykłam mówić, że ja ze śmiercią mało miałam w swoim życiu do czynienia. Dzisiaj rozumiem jednak, jak nieprawdziwe było to stwierdzenie...

Śmierci można doświadczać wiele, wiele razy i na wiele sposobów. Czasem umiera w nas tylko jakaś część i dlatego z zewnątrz nie widać drastycznej zmiany. Te części mogą być tak cielesne jak i duchowe, umierać z choroby, z upływu czasu, ale też z niespelnionej miłości, z nienawiści czy tęsknoty. Niekiedy umierają w nas możliwości, bo obierajac jedną drogę uśmiercamy tym samym inną. Niekiedy umiera nadzieja, entuzjazm czy chęć do działania, czasem umierają plany i marzenia. Wiele razy możemy doświadczyć umierającej miłości, pasji w związku czy seksualnego pożądania. Czasem umiera cały związek. Czasem my sami umieramy dla siebie, postanawiając rozpocząć zupełnie nowe życie, o zupełnie nowej jakości, z zupełnie innymi nami samymi. Tych śmierci może być w naszym życiu bardzo wiele i mogą być tak smutne jak i radosne, tak trudne jak i łatwe, niosące poczucie wyzwolenia lub nakładające na nasze barki nowy ciężar. To, co dla nich jest jednak wspólne, to że każda z nich ma w sobie potencjał i zalążek początku.

Ja w tym dzisiejszym dniu bezpowrotnie chcę pożegnać dużą część siebie, część, ktora umierała już od jakiegos czasu.

A Ty? Czy Ty wiesz, co w Tobie umiera lub co tego uśmieracenia potrzebuje?


[Wiedeń, 14:35]


Pięknego Samhain, kochani!

PS. Dla odmiany Wiedeń zatopiony jest w słońcu :-)


* * *

środa, 14 października 2015

„KOCHANA, NIE DASZ RADY!” O ZBLIŻAJĄCYM SIĘ KOŃCU POGAŃSKIEGO ROKU, WĄTPLIWOŚCIACH I PRZEŁOMACH, NA KTÓRE NADSZEDŁ CZAS


Znany głos?

Mi bardzo znany. Słyszę go ostatnio w swojej głowie za każdym razem, kiedy tylko doświadczam lekkiego spadku nastroju. Bo kiedy człowiek jest zmęczony, przytłoczony lub zwyczajnie nie wie, o co mu chodzi, wtedy łatwiej przyatakować i wygrać pojedynek. A wygrana umysłu zaczyna się już wtedy, kiedy w sercu zasiane zostanie ziarno wątpliwości. Wystarczy jedno ziarenko, by pomiędzy nami a naszymi marzeniami powstała szklana ściana „chroniąca” nas przed ich spełnieniem.

Ciemna część roku z każdym dniem coraz bardziej zaznacza swoje panowanie i to widać nawet po kolorach, w które sama się ubieram. Czernie, szarości, w najlepszym wypadku pruski błękit... Kolory wycofania, pogranicza, ciemnej strony, ale i kolory siły, władzy i dominacji. Zwykle moja szafa zapełniała się rzeczami w tych właśnie kolorach, kiedy chciałam się wyciszyć lub schować. Tym razem jest nieco inaczej. Nie chowam się ani nie usuwam się w cień. Raczej koncentruję swoją energię i uwagę na celach, które sobie wyznaczyłam, poświęcając swój czas na pracę, składanie do kupy pomysłów, które na przełomie lat pojawiały się w mojej głowie i na tysiącach porozrzucanych w całym mieszkaniu karteczkach, a przede wszystkim domykam proces odcinania się od dawnego życia i otwarcia na to, co nadchodzi – na miotłę i czerwone obcasy ;-)

Nigdy nie lubiłam żyć według schematu. Próbowałam, dosyć długo, ale to zupełnie nie dla mnie. Mi służy wolność, choć nie jest ona łatwa i nie trudno przejść niezauważnie z jej poziomu na poziom wolnościowej iluzji. A jednak wolność jest moim żywiołem, najwyższą wartością, celem i drogą samą w sobie. Dlatego świadomie pozwalam dojść do głosu tym cichym podszeptom mojego umysłu, które mówią „nie dasz rady” i świadomie pozwalam sobie na pobudzenie związanych z nimi emocji. Na chwilę. Gdyż już moment później równie świadomie wybieram, że nie tą drogą chcę iść. Obserwuję, skąd te podszepty się biorą, w którym miejscu się rodzą i co tam jest do podreperowania, a następnie zmieniam tor. Wiem, ile jestem warta i wiem, jak wielka moc kryje się w moim wnętrzu – tak, to jest ta sama moc, która kryje się również w Twoim wnętrzu! Wiem też, że z tym wewnętrznym głosem zwątpienia mierzy się każdy, kto postanowia wprowadzić poważniejszą zmianę w swoim życiu i ta wiedza jest na swój sposób wspierająca. 

Już niedługo Samhain, koniec pogańskiego roku. Podczas spotkań z moją pogańską rodziną zaczynamy powoli robić podsumowania tego, co wydarzyło się w przeciagu ostatnich 10 miesięcy (licząc od Jule, gdyż czas pomiędzy Samhain a Jule widzimy jako okres przejściowy pozostający poza czasem). Dla mnie samej był to niesamowity rok! Głównie okazał się być poświęcony tematowi relacji – z rodziną, przyjaciółmi, poganami różnych ścieżek i samą sobą. Spotkałam ludzi, z którymi od lat nie miałam kontaktu, by móc pewne sprawy podomykać, by koło zatoczyło swój krąg. Innym podziękowałam za wspólną drogę i odeszłam, bo – choć odpuszczenie wiele mnie kosztowało – tylko dzięki temu mogłam pozostać w zgodzie z samą sobą i swoim szlakiem. Poznałam też wielu nowych, inspirujących ludzi, na poważnie zaczęłam tworzyć wrocławski kowen, przeżyłam kilka pięknych zauroczeń i wykonałam kilka skoków z mojego własnego klifu. Zostałam wyświęcona na wiccańską arcykapłankę, współorganizowałam warsztaty magiczne (Luminaty), które okazały się wielkim sukcesem i sama wzięłam udział w paru wydarzeniach, które pomogły mi uwolnić się od tego, co mnie pętało. W końcu stworzyłam również dokładny plan na to, co chcę robić w przyszłości i zaczęłam wcielać go w życie – skontaktowałam się z odpowiednimi ludźmi, zapisałam się na odpowiednie szkolenia, zaczęłam projektować swoją stronę internetową, skończyłam pisać książkę o jodze dla kobiet w ciąży i młodych matek, a dla postawienia kropki nad i oraz przypieczętowania wewnętrznej zmiany bardzo zewnętrznym czynem, postanowiłam oficjalnie zamienić swoje dwa długie imiona na jedno krótkie (dokładnie dwa dni temu otrzymałam odpowiedź z USC, że mój wniosek został rozpatrzony pozytywnie :-)).

Tak, to był piękny, szalony i bardzo znaczący rok :-) Idealny na rok, który z perspektywy czasu będę widziała jako pomost pomiędzy jednym życiem a drugim :-)


A jak wygląda Twoje podsumowanie tego powoli mijającego pogańskiego roku? Z czym udasz się na późno-jesienny odpoczynek, bo wciąż pragniesz, by kiedyś wykiełkowało, a co chcesz pozostawić za sobą, by w Jule zapłonąć zupełnie nowym świętym ogniem początków? Ile wolności jest w Tobie teraz, ile było jej na początku tego roku i ile było jej w chwilach, kiedy podejmowałaś/-eś decyzje; te ważniejsze i te mniej znaczące? Jak często w tym mijającym roku pozwalałaś/-łeś sobie na to, by wewnętrzny głos pełen wątpliwości udaremnił Twoje dążenie do spełnienia pragnień, jakie z entuzjazmem narodziły się w Twoim sercu? Ile razy poddałaś/-łeś się, bo tak było bezpieczniej, łatwiej, bo to nie wymagało takiego wysiłku?

Tyle pytań. Tyle odpowiedzi. Tyle możliwości, by odrzucić wątpliwości i zacząć wszystko od nowa lub kontynuować to, co już zaczęło przynosić plony J Lub zostać przy tym, co wygodne i bezpieczne J Ostatecznie to tylko Twój wybór i również ta opcja jest przecież jak najbardziej ok :-)


* * *