poniedziałek, 27 lipca 2015

DO ODWAŻNYCH NALEŻY ŚWIAT! Błękitna pełnia księżyca w znaku Wodnika 31.07.2015 i Lammas 2015.


Zbliżające się wielkimi krokami Lammas nie za bardzo czuję jeszcze w powietrzu (choć niektórzy twierdzą, że zaczyna już pachnieć jesienią), jednak bardzo mocno czuję je w sobie. I to od dosyć dawna...

Wiele razy wspominałam w swoich wpisach, że czas pomiędzy Lammas a Jesienną Równonocą to mój ulubiony okres w Kole Roku. Dni są nadal dosyć długie i ciepłe, ziemia ugina się pod naporem jej dojrzewających owoców, a poczucie spełnienia (bądź zawodu) przeplata się z melancholią zaklętą najpierw w czerwieni maków i niebieskich chabrach, później natomiast w zapachu słomianych bel i coraz krótszych dniach. Niegdyś czas żniw oznaczał ciężką pracę w polu, teraz natomiast, szczególnie dla osób mieszkających w miastach, jest to raczej czas rozmarzenia i spowolnienia tempa, wakacyjnego odpoczynku przed kolejnym rokiem szkolnym czy akademickim (lub odpoczynku po wakacjach), a dla osób pracujących czas rozrzewnienia, bo w końcu kolejne wakacje dopiero za rok.

I tu pojawia się refleksja: czy zbieranie plonów powinno oznaczać odpoczynek i popuszczenie wodzy czy właśnie powinno przybierać formę wyciśnięcia z siebie ostatnich sił, by zebrać jak najwięcej tego, co dobre i nie przegapić odpowiedniego momentu?

Ja na swój sposób kocham melancholię. Uwielbiam poddawać się delikatnym falom późnoletniego wiatru i pozwalać dryfować sobie, swoim myślom i smutkowi (którego – jak pokazały ostatnie warsztaty tantry – nadal mam w sobie ogromne ilości) w nieokreślonym kierunku, bez celu, bez potrzeby działania, bez przymusu, tak po prostu. Niestety również w życiu często pozwalam sobie na takie dryfowanie i wcale nie wtedy, kiedy jest ku temu dobry czas, ale właśnie u kresu jakiś działań, wtedy, kiedy powinnam z siebie wycisnąć ostatnie soki. Ja wtedy odpuszczam. Zamiast zbierać plony, ja siadam na skraju pola i patrzę. Patrzę jak zboże dojrzewa, podziwiam ukryty w nim potencjał, po czym nie robię nic lub robię niewiele, by go wykorzystać. A na koniec nie mogę nawet mieć do siebie pretensji, że jakiś projekt mi się nie powiódł, bo przecież nie włożyłam w niego tak wiele energii, ile było trzeba i ile bym mogła. Jakaż wygodna wymówka, czyż nie?

Wytrwałość w działaniach i pozbycie się lęku przed porażką. Jedno do wypracowania, drugie do przepracowania. Jedno, by je pielęgnować, drugie, by je wyplenić. Oto z czym do mnie przychodzi tegoroczne Lammas J

A Ty już wiesz, z czym przychodzi do Ciebie?

* * *






Lammas już za kilka dni, wcześniej jednak czeka nas inne piękne wydarzenie - błękitna pełnia w znaku Wodnika. Wydarzenie wyjątkowe o tyle, że kolejna taka pełnia przydarzy nam się dopiero w 2018 roku, a dla mnie samej dodatkowo niesamowicie wymowne – nie tylko dlatego, że to pełnia w ukochanym Wodniku, ale również ze względu na ostatnie zmiany w moim życiu oraz długofalowe plany, za których porządne tworzenie w końcu się zabrałam.

Znający się na astrologi również piszą o nadchodzącej pełni jako o czasie bardzo specjalnym, oddzielającym grubą kreską to, co było, od tego, co nadchodzi, czasie, który może być równie budujący, jak trudny, bo wymagający od nas skoku (znowu ten skok!) poza sferę komfortu, tam, gdzie dzieje się magia i gdzie prawdziwie można dojrzeć rozpościerające się przed nami możliwości J

Wszystko, przez co przechodziliśmy w ostatnim roku, prowidziło nas to tego właśnie księżyca. Jest to czas nieograniczonych możliwości, bulgoczących pragnień i ich objawiania się w naszym życiu w sposób, w jaki nigdy byśmy nie pomyśleli, że jest możliwy.

Bez względu na to, co pojawiło się i zniknęło z naszego życia w ciągu ostatnich kilku lat, czasem otrzymujemy szansę, by otrzymać wszystko, czego zawsze pragnęliśmy – musimy tylko podjąć decyzję teraz, by tej szansy nie starcić.

Bo niektóre szanse pojawiają się tylko od święta (angielskie wyrażenie ‘once in a blue moon’ – raz na błękitny księżyc).



A więc udanych skoków ku szerszej perspektywnie i nowym możliwościom oraz pracowitych żniw, które dadzą nam lepszy start w tym nowym rozdziale naszego życia J

BB


* * *

piątek, 24 lipca 2015

Warsztatowy maraton wakacyjny, czyli o Luminatach, Wiccanisku i Tantrze :-)

Od mojego powrotu na Północ minęło już półtora tygodnia, a ja dopiero dzisiaj czuję, że w końcu prawdziwie się wyspałam J

To były mordercze wakacje! :-)

Najpierw Luminaty z Wiccaniskiem, które pochłonęły ogromne ilości mojej energii (organizacja zrobiła swoje, ale przede wszystkim wyczerpała mnie opieka nad moją córeczką, która strasznie się pochorowała i przez większość czasu nie schodziła mi z rąk), a następnie III Festiwal Tantry i Seksualności w Nowym Kawkowie, z którego chciałam wyciągnąć jak najwięcej.

Festiwal Tantry miał być dla mnie czasem odpoczynku, ciekawych warsztatów i rytuałów, spotkania z przyjaciółmi, ale i pobycia z samą sobą. W jakimś stopniu chciałam powtórzyć to, co przeżyłam tam w zeszłym roku. I w jakimś stopniu przeżyłam... Na pewno inna była energia i bardzo brakowało mi Świątyni Miłości oraz trzymającej nad nią rok temu pieczę Karo Akabal, jednak program okazał się być ponownie wspaniały, a oprócz spotkania bardzo bliskich mi osób, poznałam kilka nowych, pięknych dusz, które już na zawsze będą miały swoje miejsce w moim sercu. Dzień zaczynaliśmy o 7.00 rano przedśniadaniowymi medytacjami, a kończyliśmy o 2.00 czy 3.00 nad ranem, padając ze zmęczenia na twarz po kilkugodzinach tantryczno-tanecznych szaleństwach (odkryciem Festiwalu okazał się David Goodman i jego Biodanza! :-)). Pomiędzy warsztatami nie było za wiele czasu na odespanie zarwanych nocy, a same zajęcia pochłaniały tak ciało jak umysł i ducha. Szczęśliwie dla mnie, tym razem pochłanianie nie oznaczało żadnych ciężkich procesów do przejścia, a stało się raczej okazją do zatapiania się w tym, co robiliśmy i ludziach, z którymi obcowałam, a także do odnajdywania czystej radości w przeżywanych ceremoniach i poznawanych technikach.

Luminaty i Wiccansko to natomiast zupełnie inna historia i jeszcze inna energia. Było bardzo aktywnie, a jednocześnie wszystko działo się według planu i punktualnie jak w zegarku :-) Dzień rozpoczynał się niewiele później niż na tantrze, a nocna zabawa kończyła się najczęściej o wschodzie słońca. Było ciekawie i bardzo, bardzo magicznie! :-) Za dnia uczyliśmy się medytacji i szkoliliśmy w koncentracji, tworzyliśmy myślokształty i ładowaliśmy sygile, doświadczaliśmy energii naszych ciał i dowiadywaliśmy się, co można z tym doświadczeniem zrobić, łączyliśmy się ze światem duchów, dyskutowaliśmy o swoich poglądach i poszerzaliśmy horyzonty. Wieczorami odprawialiśmy rytuały wykorzystując zdobytą wiedzę i stosując poznane techniki, oraz słuchaliśmy opowieści o czarach i czarownicach. A nocami.... Nocami uskutecznialiśmy dzikie tańce przy ognisku i na polach, pośród unoszących się nad nimi mgieł, oraz nagie kąpiele w jeziorze w blasku pełniowego książyca :-) Tak, zarówno Luminaty jak i Wiccanisko – każde posiadające swój własny styl i barwę - przyniosły nie tylko mi samej, ale i większości uczestników, bardzo dużo radości i satysfakcji :-)


To wszystko za mną, a co przede mną? :-) Przede mną kolejne spotkania, których plany zaczynają powstawać już nie tylko w głowach osób stojących za organizacją Luminatów i tegorocznego Wiccaniska, ale powoli przenoszone są na papier, by wkrótce przybrać jeszcze bardziej namacalną formę :-)

Co by tu więc na koniec rzec? Chyba tylko jedno: NIECH SIĘ DZIEJE! :-)


* * *