piątek, 19 czerwca 2015

BY TEORIA NIE POZOSTAŁA JEDYNIE TEORIĄ. O GÓRSKICH SZCZYTACH, LETNIM PRZESILENIU I PACHNĄCEJ LASEM NORWEGII


Litha. Święto ukochanego ognia i wody, która obecnie jest we mnie najsłabsza, lecz której z zamiłowaniem się uczę.

O dziwo nigdy za bardzo nie lubiłam tego sabatu. Wbrew pozorom to Samhain zawsze okazywało się czasem największych szaleństw i najlepszej zabawy [Ach, niekiedy tak pięknie wpisujemy się w stereotypy... J]. W Letnie Przesilenie niemal zawsze brakowało energii, by spędzić całą noc na tańcach, śpiewie i miłości. Czasem nie udawało nam się nawet zrobić wszystkich zaplanowanych rytuałów. Może to zwykły zbieg okoliczności – w końcu nie miałam w swoim życiu tych celebracji nie wiadomo ile - a może po prostu w tym okresie energii jest w powietrzu tyle, że podwyższenie jej poziomu o jeszcze kilka stopni, staje się komfortowe jedynie przez względnie krótki czas rytuału. Pozostawanie w zenicie potrafi być tak samo męczące, wypalające i ostatecznie destrukcyjne, jak każdy inny rodzaj fanatyzmu.

Pamiętam, że w zeszłym roku moja wiccańska celebracja (była też inna, odprawiona dokładnie w noc Przesilenia, jednak to już zupełnie inna historia i zupełnie inna energia) okazała się być dla odmiany na prawdę dobra. Najpierw popłynęliśmy trochę za bardzo (przede wszystkim polało się za dużo wina), później było strasznie dużo ognia (tu akurat czułam się w swoim żywiole), jednak ostatecznie w tych dwóch ekstremach odnaleźć można było przedziwnie magiczny balans, którego chyba wszyscy obecni wówczas potrzebowali.  

Podczas gdy Równonoce niosą ze sobą moc równowagi, Przesilenia są właśnie zatopieniem się w ekstremach. Dosyć niebezpiecznym zatopieniem. Przesilenie Letnie jest jak wspinanie się na wysoką górę – to na jej szczycie trzeba zachować największą ostrożność. Im wyżej, tym trudniej, i im wyżej, tym mniej miejsca i tym większe niebezpieczeństwo, że potencjalny upadek będzie bardzo bolesny i sprowadzi nas do parteru. Analogicznie w Zimowe Przesilenie schodzimy w dół, sięgamy miejsc, które mogą być bolesne lub przerażające, zaglądamy do najciemniejszych zakamarków. Tu można się zapomnieć i zatracić w swojej ciemnej stronie. Tu można utknąć, tracąc siły, które są niezbędne, by ponownie wydostać się na powierzchnię.

W Norwegii ta najkrótsza w roku noc posiada jeszcze silniejszą wymowę niż w Polsce czy w Anglii, gdzie zwykłam spędzać większość sabatów. Tu, w Oslo, ta noc niemal nie nastaje. Stanowi raczej delikatne przejście pomiędzy jednym dniem a drugiem. Gdy na zachodzie pojawia się rozgwieżdżone nocne niebo, na wschodzie widać już zapowiedź świtu. Nie ma czasu na odpoczynek, dłuższej chwili na zaczerpnięcie powietrza przed dalszym biegiem. Świat żyje tu teraz 24h na dobę. Wieczór i poranek stają się dla nas nocą, a dzień nabiera zupełnie innego wydźwięku w swoim znaczeniu.

A jednak Norwegia jest jednocześnie o tej porze roku tak piękna. Pachnie lasem i deszczem, i w końcu zdarzają się prawdziwie ciepłe dni. Pojawia się specyficzna miękkość w powietrzu, niosąca ze sobą myśl, że życie – tak, jak norweskie lato – jest za krótkie, by czasem nie posmakować ekstremów, nie puścić się, nie zaryzykować. I choć o tym się teoretycznie wie, to sama lubię sobie o tym przypominać, by teoria nie pozostała jedynie teorią.

Tu, na Północy, inaczej też czuje się pogaństwo i inaczej odprawia rytuały. Tu dawne tradycje są wciąż żywe. Celebrując nadejście lata ludzi nadal palą ogniska nad morzem i leśnymi jeziorami, zawierają fikcyjne małżeństwa, będące symbolem rozkwitu nowego życia, i tańczą wokół udekorowanych pali, nazywanych w skandynawii palami midsummerowymi, a nie jak na Wyspach, majowymi. Tu wszystko żyje nieco innym życiem – inni są ludzie, inne są pory roku, inne jest przesłanie ukryte w kolejnych sabatach - i inaczej się to życie odbiera i smakuje. I choć cieszę się bardzo, że już za niewiele ponad tydzień zawitam po raz kolejny na słowiańskiej ziemi i po naszemu, z polskimi poganami, będę bawić się i magię odprawiać podczas Luminatów i Wiccaniska, to cieszę się również, że faktyczną noc Przesilenia spędzę tu, w Norwegii J

Wszystkim czytającym życzę, by to Czerwcowe Przesilenie, przyniosło Wam tyle światła i energii do działania, ile tylko Wam potrzeba, i by jasność i wysokość górskiego szczytu stały się okazją do jedynie bezpiecznego cieszenia się pięknymi widokami J



*Dla doprecyzowania i by nie wprowadzać zamieszania.... Wiccańska Księga Cieni mówi o tym, że wiccańskie czarownice obchodzą Lithę, sabat Letniego Przesilenia, 22 czerwca. Ta data czasem pokrywa się z faktycznym czasem Przesilenia – na naszych polskich ziemiach celebrowanym jako Noc Kupały - jednak jest ono ruchome i wypada gdzieś pomiędzy 20 a 22 czerwca. W praktyce wiccańska celebracja czerwcowego sabatu odbywa się najczęściej w sobotę najbliższą tym datom. Chrześcijańskim zamiennikiem pogańskiej kupalnocki stała się noc św. Jana, czyli noc z 23 na 24 czerwca. Kiedy piszę o sabacie Letniego Przesilenia, mogę mieć na myśli faktyczną noc Przesilenia, ale również mogę się do niej odnosić jako do czasu ją otaczającego. 



2 komentarze:

  1. Bardzo ładnie opisałaś zbliżający się czas. W Szwajcarii ma się wrażenie, że tu nikt niczego nie obchodzi. Niektórzy tylko najważniejsze święta katolickie, ale to bardziej z przyzwyczajenia kulturowego, by spotkać się rodzinnie, ale np w Wielkanoc nikogo w drodze do kościoła nie widziałam, inaczej wygląda to w Polsce, gdzie ze święconkami ludzie chodzą dość tłumnie.
    Norwegia jest taka bardziej pogańska, tak? Zawsze mnie ten region intrygował, przez naturę i wilki głównie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ludzie niekoniecznie są świadomie pogańscy - raczej tradycyjny - natomiast ziemia tu jest bardzo pogańska :-) W połączeniu z utrzymującymi się starymi tradycjami daje to piękny obraz :-)

    OdpowiedzUsuń