środa, 18 listopada 2015

TYM RAZEM JEDYNIE DLA KOBIET... O ZNAKACH ZAPYTANIA, O WYKRZYKNIKACH I TYLKO TROCHĘ O SEKSIE.:-)


Starasz się pokazać, że poznałaś siebie od podszewki, że wiesz, czego chcesz, że znasz swoje potrzeby i pragnienia. W końcu jak mogłoby być inaczej - przecież przebywasz ze sobą od pierwszych dni swojego istnienia..

Starasz się udowodnić sobie oraz światu, że swoje życie poświęcasz na osiąganie wyznaczonych celów i spełnianie marzeń. Naturalnie byle nie za wielkich, bo przecież trzeba być realistką, nie mierzących za wysoko, bo z wysoka można spaść i się potłuc, nie wymagających za wiele pracy osobistej, bo tą na pierwszy rzut oka widać mniej, a bardziej trzeba się napracować..

Szukasz miejsca na ziemi, w którym w końcu odnajdziesz ludzi, którzy cię zrozumieją i pokochają taką, jaką jesteś, w którym dostrzegą twoją głębię, pojmą twoje motywy, będą czytać z twego serca zamiast słów, w którym zadziwią się twoją pomysłowością i zaakceptują zawiłości duszy. I tylko w lustro starasz się spoglądać rzadziej, bo.. po co…

Prężysz się jak możesz, by stać się pięknym wykrzyknikiem na końcu pięknie rozbudowanego zdania... Starasz się być wykrzyknikiem, podczas gdy wciąż jesteś zaledwie zmęczonym znakiem zapytania, trwoniącym energię na działania, które tylko pozornie niosą satysfakcję, rozdrabniającym się na tysiące zadań w strachu przed obraniem jednej drogi, w strachu przed porażką.

Jesteś wielkim znakiem zapytania.. jak czasem wciąż jestem ja..

Jest nas wiele. Piękne i pełne potencjału kobiety, które pragną coś zrobić ze swoim życiem, by stało się pełniejsze, smaczniejsze, wyrazistsze, bardziej znaczące, znajdujące odbicie w zmianach na dobre zachodzących wokół nas…

Pragniemy i szukamy, często po omacku…


* * *

Zwykle tego nie robię, ale z kilku powodów tym razem zdecydowałam się, by w moim tekście pojawiło się coś więcej niż tylko dająca do myślenia refleksja. Po pierwsze, ponieważ to, o czym zaraz napiszę, najzwyczajniej idealnie tu pasuje. Po drugie, ponieważ sama tego doświadczyłam, przeszłam i wiem, że zarówno tą kobietę, jak i to wydarzenie mogę zarekomendować z czystym sumieniem jako coś wspaniałego. A po trzecie…Po trzecie, ponieważ to jest własnie kierunek, w którym podążam, a ten post jest jednym z kilku ostatnich, jakie zamieszczę na tym blogu :-)

O co więc chodzi? O jednO z narzędzi, dzięki któremu będziesz mogła przestać błądzić po omacku w poszukiwaniu pełni i szczęścia, a wejdziesz na bardziej świadomą drogę ku bardziej świadomemu celowi.

Mowa o internetowym, 12-tygodniowym kursie Karo Akabal i jej szkole Sex&Love School. Niby jest to kurs dla tych, którzy poszukują większego spełnienia w seksie i intymnych relacjach, jednak ja ten kurs przeszłam w zeszłym roku (teraz natomiast będę przy nim pomagać jako facylitatorka prowadząca część kobiecych kręgów wieczornych) i śmiało mogę powiedzieć, że jest to przede wszystkim kurs spełnionego życia, gdzie dobry seks jest zaledwie efektem pracy nad sobą w zakresie przekonań, poznawania siebie oraz ulepszania relacji z tymi, którzy są wokół nas.

Dlatego jeśli masz ochotę wybrać się w tą podróż z ponad 300-stoma innymi kobietami, w tym ze mną, jeśli czujesz ciche wezwanie w sobie, wiesz, że chcesz czegoś więcej, choć nie do końca jesteś pewna, czym to „więcej” miałoby być, jeśli w jakiś sposób poruszył Cię mój tekst o znaku zapytania (szczególnie, jeżeli wywołał negatywne emocje, bunt i myśli w stylu „o czym ona w ogóle mówi?”, „co za głupi tekst!”, „ona chyba chce stracić czytelników, skoro pisze w tak nieprzyjemny sposób..”) i jeśli pragniesz przerodzić się ze znaku zapytania w oddychający pełną piersią wykrzyknik, to zapewniam, że ten kurs jest dla Ciebie i jest wart każdej wydanej na niego złotówki!  :-)

Kurs zaczyna się już w następnym tygodniu, zachęcam Cię więc, byś – nawet jeśli nie jesteś pewna czy to jednak coś dla Ciebie - przynajmniej zapoznała się z planem kursu i tym, co oferuje Karo (jest dużo bonusów ).


A oto link do niego: Sex & Love School 

  * * *

czwartek, 12 listopada 2015

LASOTA 2015 - POGAŃSKI SYLWESTER


Samhain za nami, czas więc na dobre zacząć szykować się na kolejne wspaniałe wydarzenie, czyli na pogańskiego Sylwestra - LASOTĘ :-) 

LASOTA (imię będące słowiańskim odpowiednikiem Sylwestra) będzie czasem imprezowo-warsztatowych, kiedy położymy nacisk na tematykę związaną z czasem Zimowego Przesilenia (m.in. sięgniemy do tradycji różnych pogańskich ścieżek oraz odprawimy rytuał, celebrując wspólnie „narodziny” Słońca), zacieśnianie więzi oraz wspaniałą zabawę :-)

A oto garść technicznych szczegółów:

MIEJSCE: Farma Martynika, Jaroszówka pod Legnicą

CZAS: 31.12.2015 – 3.01.2016

ZAKWATEROWANIE (2 opcje dla maks. 30 osób łącznie):
1) na Farmie (łóżka z pościelą, pokoje 4 osobowe) – maks. 12-14 osób
2) w agroturystyce (łóżka z pościelą, pokoje 1-4 osobowe, 20 min. piechotą od Farmy) 

KOSZT:
1) na Farmie: 285 zł./osobę 
2) w agroturystyce: 300 zł./osobę

KOSZT OBEJMUJE:
• 3 noclegi (łóżko z pościelą) na Farmie bądź w położonej nieopodal agroturystyce
• wyżywienie wegetariańskie
• woda, kawa, herbata
• dodatek lasotowy (dwa ciepłe posiłki, zakąski, przekąski, kawę, herbatę oraz toast szampanem o północy)
• koszty organizacyjne (rytuał, ognisko itd.)

PLAN (skrócony):

• CZWARTEK:
- rozpoczynamy kolacją
- wprowadzenie
- integracja

• PIĄTEK:
- Geomancja – warsztat z wykładem
- Magia księżycowa - wyład z dyskusją
- pathworking na nów księżyca

• SOBOTA:
- Okres zimowego przesilenia i noworoczny w różnych tradycjach pogańskich – opowieści, dyskusje, uhonorowanie wspomnianych wcześniej tradycji poprzez konkretne działania
- rytuał - celebracja „Narodzin” Słońca
- zabawa lasotowa

• NIEDZIELA:
- śniadanie i powolne rozjeżdżanie się (chyba, że ustali się z właścicielami Farmy inaczej)

                                                                     * * *

LASOTA na Facebook’u.

Pytania proszę kierować na adres email: mojmira.wroc@gmail.com

* * *

UWAGA! Na chwilę obecną lista chętnych jest zamknięta, do końca miesiąca będzie jednak wiadomo, ile miejsc się zwolniło.





sobota, 31 października 2015

Samhain 2015

Jadę pociągiem. Siedzę na miejscu skierowanym w kierunku przeciwnym do kierunku jazdy [od kiedy pamietam właśnie takie wybierałam]. Oslo tonie we mgle, a ja jadę, by wraz z braćmi i siostrami w Rzemiośle celebrować nasze własne przejście w czas mgieł.

Jestem w drodze na kolejny sabat, w roku, który jeszcze nigdy wcześniej się nie wydarzył, na spotkanie z kowenem, z którym nigdy wcześniej w kręgu nie stałam. Jadę niby przed siebie, niby ku nowemu, a jednak przepełnia mnie nieodparte wrażenie, że w ostatnich tygodniach cofam się w czasie. Do miejsc, które kiedyś znałam, do uniesień, które kiedyś były moim udziałem, do ideałòw, za którymi lata temu podążałam i do słów, które już nigdy więcej nie miały zostać wypowiedziane.

[Oslo, 7:45]


Tak sobie myślę, że urodziłam się w dobrych czasach, w dobrym miejscu i dobrej rodzinie, bo dzięki temu tak pięknie mogę delektować się teraz życiem. ..

Frankfurt, podobnie jak Oslo, tonie we mgle. W powietrzu unosi się zapach jesiennej wilgoci, a szarość nadaje dzisiejeszemu świętu powagi i refleksyjnosci.

Dzisiejszy dzień to dla wielu ostatni dzień pogańskiego roku. Czas, kiedy mocą intencji zarzucamy sieci w przeszłość, by w teraźniejszosci móc połączyć się z tymi, którzy w swej istocie należą do chwil, które już przeminęły. Potocznie mówimy, że to Koło Roku obraca się, a my idziemy do przodu po linii czasu. To jednak tylko pozory. Bo jeśli przyjrzeć się sytuacji bliżej, jeśli wyjść poza dwuwymiarowość, do której przywykliśmy, zobaczymy, że nie ma tu ani koła, ani linii, ani obracania się. Poruszamy się nie tyle do przodu, ile w górę, i nie tyle po kole, co po spirali. Przeżywamy nowe jako stare i stare jako nowe, mając możliwość wejścia głębiej i głębiej za każdym razem w te same tajemnice, a także poprawić pewne niedociągnięcia i zacząć od nowa w sposób, jaki tylko ten ruch nam umożliwia.

[Frankfurt, 12:20]


Ostatni raz byłam w Wiedniu lata temu. Jeszcze z rodzicami, którzy od dziecka zwykli zabierać mnie na wspaniałe wycieczki po świecie, wspierając mój wrodzony pociąg do przemieszczania się, czego ja, naturalnie, jako dziecko zwykłam wówczas nie doceniać.

Wiedeń to miasto piękne i majestatyczne, w którego sercu nie tylko widać, ale i czuć wzniosłość pozostałą po cesarskich czasach. Założony jako celtycka osada, będący ważnym ośrodkiem Rzymskiego Imperium, centrum Europy, w którym na początku XIX wieku określono nowy jej porządek, domem dla największych kompozytorów klasycznych oraz darzonego sprzecznymi uczuciami Freuda, przyciągał i nadal przyciaga ludzi, którzy pragną zatopić się w jego niepowtarzalnej atmosferze, zachwycić bogatymi zbiorami jego muzeów, rozpieścić podniebienie ciastami i kawą oraz nacieszyć oko pięknem architektury.

Wiedeń. To tu w tym roku przyjdzie mi świętować Samhain; po raz ostatni zatrzymać się nad tym, co odchodzi, zadumać nad tematem śmierci i wytańczyć związany z nią smutek, radość i to wszystko, co tej nocy będzie we mnie żywego. A wiem, że emocji może być wiele.

Śmierć przywykliśmy łączyć ze śmiercią ciała, z odejściem cielesnej powłoki. Sama zwykłam mówić, że ja ze śmiercią mało miałam w swoim życiu do czynienia. Dzisiaj rozumiem jednak, jak nieprawdziwe było to stwierdzenie...

Śmierci można doświadczać wiele, wiele razy i na wiele sposobów. Czasem umiera w nas tylko jakaś część i dlatego z zewnątrz nie widać drastycznej zmiany. Te części mogą być tak cielesne jak i duchowe, umierać z choroby, z upływu czasu, ale też z niespelnionej miłości, z nienawiści czy tęsknoty. Niekiedy umierają w nas możliwości, bo obierajac jedną drogę uśmiercamy tym samym inną. Niekiedy umiera nadzieja, entuzjazm czy chęć do działania, czasem umierają plany i marzenia. Wiele razy możemy doświadczyć umierającej miłości, pasji w związku czy seksualnego pożądania. Czasem umiera cały związek. Czasem my sami umieramy dla siebie, postanawiając rozpocząć zupełnie nowe życie, o zupełnie nowej jakości, z zupełnie innymi nami samymi. Tych śmierci może być w naszym życiu bardzo wiele i mogą być tak smutne jak i radosne, tak trudne jak i łatwe, niosące poczucie wyzwolenia lub nakładające na nasze barki nowy ciężar. To, co dla nich jest jednak wspólne, to że każda z nich ma w sobie potencjał i zalążek początku.

Ja w tym dzisiejszym dniu bezpowrotnie chcę pożegnać dużą część siebie, część, ktora umierała już od jakiegos czasu.

A Ty? Czy Ty wiesz, co w Tobie umiera lub co tego uśmieracenia potrzebuje?


[Wiedeń, 14:35]


Pięknego Samhain, kochani!

PS. Dla odmiany Wiedeń zatopiony jest w słońcu :-)


* * *

środa, 14 października 2015

„KOCHANA, NIE DASZ RADY!” O ZBLIŻAJĄCYM SIĘ KOŃCU POGAŃSKIEGO ROKU, WĄTPLIWOŚCIACH I PRZEŁOMACH, NA KTÓRE NADSZEDŁ CZAS


Znany głos?

Mi bardzo znany. Słyszę go ostatnio w swojej głowie za każdym razem, kiedy tylko doświadczam lekkiego spadku nastroju. Bo kiedy człowiek jest zmęczony, przytłoczony lub zwyczajnie nie wie, o co mu chodzi, wtedy łatwiej przyatakować i wygrać pojedynek. A wygrana umysłu zaczyna się już wtedy, kiedy w sercu zasiane zostanie ziarno wątpliwości. Wystarczy jedno ziarenko, by pomiędzy nami a naszymi marzeniami powstała szklana ściana „chroniąca” nas przed ich spełnieniem.

Ciemna część roku z każdym dniem coraz bardziej zaznacza swoje panowanie i to widać nawet po kolorach, w które sama się ubieram. Czernie, szarości, w najlepszym wypadku pruski błękit... Kolory wycofania, pogranicza, ciemnej strony, ale i kolory siły, władzy i dominacji. Zwykle moja szafa zapełniała się rzeczami w tych właśnie kolorach, kiedy chciałam się wyciszyć lub schować. Tym razem jest nieco inaczej. Nie chowam się ani nie usuwam się w cień. Raczej koncentruję swoją energię i uwagę na celach, które sobie wyznaczyłam, poświęcając swój czas na pracę, składanie do kupy pomysłów, które na przełomie lat pojawiały się w mojej głowie i na tysiącach porozrzucanych w całym mieszkaniu karteczkach, a przede wszystkim domykam proces odcinania się od dawnego życia i otwarcia na to, co nadchodzi – na miotłę i czerwone obcasy ;-)

Nigdy nie lubiłam żyć według schematu. Próbowałam, dosyć długo, ale to zupełnie nie dla mnie. Mi służy wolność, choć nie jest ona łatwa i nie trudno przejść niezauważnie z jej poziomu na poziom wolnościowej iluzji. A jednak wolność jest moim żywiołem, najwyższą wartością, celem i drogą samą w sobie. Dlatego świadomie pozwalam dojść do głosu tym cichym podszeptom mojego umysłu, które mówią „nie dasz rady” i świadomie pozwalam sobie na pobudzenie związanych z nimi emocji. Na chwilę. Gdyż już moment później równie świadomie wybieram, że nie tą drogą chcę iść. Obserwuję, skąd te podszepty się biorą, w którym miejscu się rodzą i co tam jest do podreperowania, a następnie zmieniam tor. Wiem, ile jestem warta i wiem, jak wielka moc kryje się w moim wnętrzu – tak, to jest ta sama moc, która kryje się również w Twoim wnętrzu! Wiem też, że z tym wewnętrznym głosem zwątpienia mierzy się każdy, kto postanowia wprowadzić poważniejszą zmianę w swoim życiu i ta wiedza jest na swój sposób wspierająca. 

Już niedługo Samhain, koniec pogańskiego roku. Podczas spotkań z moją pogańską rodziną zaczynamy powoli robić podsumowania tego, co wydarzyło się w przeciagu ostatnich 10 miesięcy (licząc od Jule, gdyż czas pomiędzy Samhain a Jule widzimy jako okres przejściowy pozostający poza czasem). Dla mnie samej był to niesamowity rok! Głównie okazał się być poświęcony tematowi relacji – z rodziną, przyjaciółmi, poganami różnych ścieżek i samą sobą. Spotkałam ludzi, z którymi od lat nie miałam kontaktu, by móc pewne sprawy podomykać, by koło zatoczyło swój krąg. Innym podziękowałam za wspólną drogę i odeszłam, bo – choć odpuszczenie wiele mnie kosztowało – tylko dzięki temu mogłam pozostać w zgodzie z samą sobą i swoim szlakiem. Poznałam też wielu nowych, inspirujących ludzi, na poważnie zaczęłam tworzyć wrocławski kowen, przeżyłam kilka pięknych zauroczeń i wykonałam kilka skoków z mojego własnego klifu. Zostałam wyświęcona na wiccańską arcykapłankę, współorganizowałam warsztaty magiczne (Luminaty), które okazały się wielkim sukcesem i sama wzięłam udział w paru wydarzeniach, które pomogły mi uwolnić się od tego, co mnie pętało. W końcu stworzyłam również dokładny plan na to, co chcę robić w przyszłości i zaczęłam wcielać go w życie – skontaktowałam się z odpowiednimi ludźmi, zapisałam się na odpowiednie szkolenia, zaczęłam projektować swoją stronę internetową, skończyłam pisać książkę o jodze dla kobiet w ciąży i młodych matek, a dla postawienia kropki nad i oraz przypieczętowania wewnętrznej zmiany bardzo zewnętrznym czynem, postanowiłam oficjalnie zamienić swoje dwa długie imiona na jedno krótkie (dokładnie dwa dni temu otrzymałam odpowiedź z USC, że mój wniosek został rozpatrzony pozytywnie :-)).

Tak, to był piękny, szalony i bardzo znaczący rok :-) Idealny na rok, który z perspektywy czasu będę widziała jako pomost pomiędzy jednym życiem a drugim :-)


A jak wygląda Twoje podsumowanie tego powoli mijającego pogańskiego roku? Z czym udasz się na późno-jesienny odpoczynek, bo wciąż pragniesz, by kiedyś wykiełkowało, a co chcesz pozostawić za sobą, by w Jule zapłonąć zupełnie nowym świętym ogniem początków? Ile wolności jest w Tobie teraz, ile było jej na początku tego roku i ile było jej w chwilach, kiedy podejmowałaś/-eś decyzje; te ważniejsze i te mniej znaczące? Jak często w tym mijającym roku pozwalałaś/-łeś sobie na to, by wewnętrzny głos pełen wątpliwości udaremnił Twoje dążenie do spełnienia pragnień, jakie z entuzjazmem narodziły się w Twoim sercu? Ile razy poddałaś/-łeś się, bo tak było bezpieczniej, łatwiej, bo to nie wymagało takiego wysiłku?

Tyle pytań. Tyle odpowiedzi. Tyle możliwości, by odrzucić wątpliwości i zacząć wszystko od nowa lub kontynuować to, co już zaczęło przynosić plony J Lub zostać przy tym, co wygodne i bezpieczne J Ostatecznie to tylko Twój wybór i również ta opcja jest przecież jak najbardziej ok :-)


* * *



poniedziałek, 28 września 2015

Nadawanie znaczenia – narzędzie mocy.














Drogę przebiegł mi przed godziną czarny kot... Ale przebiegł ją z lewa na prawo, nie z prawa na lewo, a to robi różnicę, nie prawdaż?


Obudziłam się dzisiaj w świetnym nastroju, choć noc nie do końca przespana. Bo książyc w pełni, w baranie, tak blisko ziemi i jeszcze w zaćmieniu.
Był piękny, tajemniczy i krwawy. Spoglądałam na niego i czułam, jak budzą się we mnie instynkty, jak budzi się we mnie Ona. Czas magii, czas seksu, czas krwi. Aż żałuję, że nie przygotowałam się do tego jak należy... Choć z drugiej strony może i lepiej. Ten czas nie był czasem światła...

Istnieją takie zdarzenia, przedmioty, ludzie i słowa, które budzą... Pomagają nam stać się Rzeźbiarzami przez duże R. Coś w nas nadaje im znaczenie, które staje się katalizatorem dla naszej woli, które sprawia, że my przekształcamy się w wolę.
Czy to dobrze czy źle, że pozwalamy, by to, co zewnętrzne, wpływało na to, co wewnętrzne, skoro efekt jest zgodny z naszym pragnieniem? Czy to ważne, w którą stronę płynie fala manifestacji? I czy kierunek sam w sobie nie jest jedynie złudzeniem?



Nadawanie znaczenia – jedno z narzędzi mocy.




* * *

poniedziałek, 21 września 2015

WDZIĘCZNOŚĆ, RADOŚĆ I PEŁNIA. CELEBRACJA JESIENNEJ RÓWNONOCY 2015

Herbata z jabłkiem, cynamonem i rodzynkami – mój osobisty smak noweskiej jesieni. Upijam łyczek po łyczku, delektuję się każdym z nich, spoglądam przez okno na iście jesienną aurę i rozkoszuję się wciąż żywymi w ciele i umyśle wspomnieniami ostatniego weekendu...

Było wspaniale! Trochę aktywnie i trochę leniwie. Była muzyka, był śpiew i tańce pod gwiazdami, była magia, sporo wzruszeń i bardzo, bardzo dużo śmiechu. Były rozmowy, była nauka i był rytuał, w którym otuleni nocą, celebrowaliśmy Drugie Święto Zbiorów i początek ciemnej części roku. Rytualne piwo smakowało wyśmienicie, a wino, na poły z ogniskiem, rozgrzewało nas do tańca, pozwalając zapomnieć o jesiennym chłodzie nocy. Bogowie byli z nami! W błyskach piorunów, które wieczorową porą raz po raz przedzierały niebo, choć kropla deszczu na nas nie spadła, i w zapierającym dech w piersiach pięknie tęczy, która jakby chcąc pożegnać zachodzące słońce, ukazała się nam na wschodzie. Było pięknie i bardzo rodzinnie, choć wśród nas znaleźli się tak starzy wyjadacze, jak i świeżaczki :-)

Wdzięczność, radość i pełnia - trzy słowa, które określają wszystko, czym w tej chwili jestem  :-)


* * *

czwartek, 10 września 2015

CZAS WDZIĘCZNOŚCI. W STRONĘ JESIENNEJ RÓWNONOCY 2015

„(...) kiedy zaczynasz dostrzegać dobro w swoim życiu, otwierasz się na więcej dobra. Tworzysz dla niego przestrzeń.”Mama Gena

Szczęście rodzi się w tu i teraz. Nie jest produktem przyszłości ani efektem spełnionych marzeń – szczęście jest dla nich trampoliną. To poczucie szczęścia musi pojawić się w naszym życiu jako pierwsze, ponieważ tylko wtedy będziemy mogli skorzystać na prawie przyciągania, przywołując do naszego życia jeszcze więcej szczęścia, i jeszcze więcej, i jeszcze więcej.

Wszystko zaczyna się od wzbudzenia pozytywnych emocji, tej chwili, w której następuje zmiana naszej uwagi z tego, co negatywne i ciągnące w dół na to, co dobre, rozwijające, przyjemne.

Nie jest łatwo w jednej chwili przeskoczyć z jednego miejsca w drugie. Podnoszenie naszych wibracji zajmuje czas i pochłania energię, szczególnie, kiedy chcemy wykonać tak wielki przeskok. Dlatego dużo łatwiej jest najpierw się zatrzymać, przyjrzeć temu, co jest, nazwać to, co w danej chwili dzieje się w naszych wnętrzach. Danie sobie prawa do negatywnych emocji to pierwszy krok; dla niektórych milowy.

Drugi krok to wdzięczność. W każdej sytuacji, nawet tej najcięższej, jesteśmy w stanie znaleźć coś, za co jesteśmy wdzięczni, bo zawsze jesteśmy w stanie wyobrazić sobie kogoś, kto ma gorzej. Nawet jeśli nie masz domu, możesz być wdzięczna/-y za zdrowie czy za to że możesz chodzić, jeśli jesteś niepełnosprawna/-y, zawsze możesz być wdzięczna/-y za to, że masz w okół siebie ludzi, którzy o ciebie się troszczą. Zawsze można znaleźć kogoś, kto ma gorzej...

Wdzięczność podnosi nasze wibracje, daje nam poczucie szczęścia, i choć z jednej strony nie zmiania aż tak wiele – teoretycznie zmienia tylko kolor okularów, przez jakie patrzymy na świat – to z drugiej strony zmienia wszystko. Wdzięczność jest piękna. Otwiera serca, zbliża ludzi i przyciąga więcej tego, co sprawia nam przyjemność, co pozwala nam poczuć się lepiej i pełniej. Czując się wdzięczni i szczęśliwi mamy siłę, by wychodzić do świata i by w działać.

Jestem wdzięczna. Wdzięczna za wczorajsze spotkanie ze starym przyjacielem, którego obecność zainspirowała mnie kiedyś do zmiany swojego życia. Wdzięczna za spokojny sen mojej córeczki tej nocy i jej uśmiech zaraz po przebudzeniu. Wdzięczna za smak świeżo zapażonej herbaty przywiezionej jako prezent dla mnie z dalekiego Taiwanu, za ciszę, która mnie otacza, kiedy piszę te słowa, za wizję radosnego spotkania z przyjaciółmi podczas zbliżającego się sabatu i za to, że zapoczątkowani przeze mnie Poganie Wrocławscy skończą w Święto Plonów 7 lat. Jestem wdzięczna i jestem szczęśliwa, bo moje życie, pomimo swoich wad, jest piękne, a świat daje mi narzędzia, by dokonywać korekty tych jego obszarów, które pragnę zmienić.  


* * *

piątek, 14 sierpnia 2015

WSŁUCHUJĄC SIĘ W BICIE SWOJEGO SERCA. Nów Księżyca w znaku Lwa 14.08.2015













Z bloga Marii Moonset:

"Nów w Lwie jest czasem kiedy zwracamy się do wnętrza po to by odnaleźć to co w nas wymaga wyrażenia, twórczej ekspresji, zasilenia energią ognia. Znak Lwa patronuje naszemu sercu, dlatego jest to dobry czas na to by posłuchać tego co ono nam mówi, wsłuchać się w swoje uczucia, przypomnieć to co jest dla nas naprawdę ważne i co nas odżywia. (...)

(...) połączonym energiom Słońca i Księżyca w Lwie będzie towarzyszyć Wenus, która retrogradując pomaga nam uwolnić się od tego wszystkiego co oddziela nas od miłości, a co zazwyczaj ma źródło w naszej przeszłości. (...)"

MEDYTACJA:

Usiądź w wygodnej pozycji z prostym kręgosłupem i weź kilka głębokich wdechów do przepony. Wydychając powietrze wizualizuj, jak Twoje ciało opuszczają wszelkie napięcia i niechciane emocje, a Twój umysł oczyszcza się z szalejących w nim myśli. Wdychając powietrze zobacz oczami wyobraźni jak Twoje ciało wypełnia przyjemne rozluźnienie, a Twój umysł zapada się w ciszę.

Kiedy poczujesz się gotowa/-y unieś obie dłonie i połóż je jedna na drugiej na sercu lub w miejscu, gdzie zlokalizowana jest czakra serca. Przez chwilę wczuj się w bicie swojego serca. Niech cała Twoja uwaga zostanie skupiona właśnie na nim. Po chwili zmień pozycję dłoni, tworząc z nich jakby platformę, i wyobraź sobie, że Twoje serce za sprawą Twojej woli przenosi się na tą właśnie platformę. Teraz nie tylko możesz je czuć, ale również usłyszeć oraz zobaczyć.

Przyjrzyj mu się dokładnie. Co widzisz? Jak wygląda Twoje serce? Czy wygląda zdrowo? Jaki ma kolor? W jaki sposób odczuwasz jego bicie? Czy coś znajduje się wokół niego? Czy coś je plącze, zniewala, ogranicza? Serce to dla nas ośrodek Miłości. Wczuwając się i obserwując swoje serce postaraj się więc odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest tam coś, coś oddziela je/Miłość od Ciebie samej/-ego/?

Jeśli nie odnajdujesz niczego, co uważasz za niesłużące Ci (to Ty podejmujesz decyzję, co Ci służy, a co nie), to wspaniale! Jeśli jednak odnajdujesz więzy, naleciałości, brud, który pragniesz usunąć, to czy jesteś w stanie zrobić to przy pomocy wizualizacji i swojej woli? Może trzeba coś przeciąć, może zmyć, a może wystarczy serce utulić. Co mówi Ci intuicja? Jaką formę „naprawy” podpowiada Ci Twój własny umysł? Jakie symboliczne czynności przemawiają do Twojego wnętrza? Gdzie dla Ciebie kryje się magia i jak będzie wyglądał Twój własny rytuał odzyskiwania lepszego kontaktu z Miłością, którą masz w sobie?

Medytację zakończ wizualizując jak Twoje serce powraca na swoje miejsce, a następnie jeszcze przez chwilę ponownie przyłóż dłonie na klatce piersiowej, wczuwając się w jego bicie i wyczuwając czy pojawiła się jakakolwiek zmiana.


Jeśli prowadzisz dziennik, na koniec zapisz swoje reflekcje i odczucia.

BB,
Mojmira

* * *

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

WYDARZENIE: Wiccański Weekend Węsiory 2015

Wszyscy zainteresowani bliższym poznaniem wicca oraz spotkaniem osób praktykujących religię czarownic zaproszeni są na wspólny wiccański weekend, który odbędzie sie na Kaszubach w terminie: 26-27 września.
Chętnych na spotkanie z wicca, organizatorzy - Albruna, Enenna, Marcin i Velkan - powitają w klimatycznej gockiej osadzie położonej w znanej z kamiennych kręgów miejscowości Węsiory. W programie całoweekendowe warsztaty oraz wykłady na tematy wiccańskie i pogańskie, ognisko i wycieczka z przewodnikiem do kamiennych kręgów, a wszystko przeplatane zorganizowanymi atrakcjami z życia dawnych Gotów, oraz pchli targ, czyli możliwość sprzedania i kupienia rękodzieła albo magicznych przedmiotów i literatury tematycznej. 


Koszt:
a) koszt dla 1 osoby (udział w warsztatach i wykładach, miejsce na rozbicie namiotu, ognisko, animacje i wycieczka do kręgów) - 65 zł
b) koszt dla 1 osoby (opcja a + 2 obiady) - 105 zł
c) koszt dla 1 os (opcja b + nocleg w pobliskim pensjonacie), 165 zł



Uwaga, liczba miejsc jest ograniczona!

Zainteresowani? Piszcie na enenna@gmail.com po dalsze instrukcje.

* * *
Program:
Sobota, 26 września
10.00-11.30 Powitanie i zakwaterowanie uczestników
11.30-13.30 Warsztat „Korzeń lulka i cykuty z łona ziemii w noc wypruty, czyli o ziołach w praktyce wiccańskiej” - Albruna.
13.45-15.30 Warsztat „Powietrze, Ogień, Woda, Ziemia. Żywioły w wicca” - Marcin.
15.30-16.30 Przerwa obiadowa
16.30-18.30 Warsztat „Medytacja. Trans. Taniec. Teoria i praktyka” - Enenna.
18.30-19.15 Kolacja
19.30 Świetowanie równonocy jesiennej + ognisko + worek pytań

Niedziela, 27 września

9.45-11.30 - Warsztat „Magia świec. Świece w magii” - Velkan.
11.30-14.00 Atrakcje zorganizowane garncarstwo, wikliniarstwo, łucznictwo do wyboru) + pchli targ
14.00-15.00 Przerwa obiadowa
15.00-17.00 Wycieczka do kamiennych kręgów + pożegnanie uczestników

poniedziałek, 27 lipca 2015

DO ODWAŻNYCH NALEŻY ŚWIAT! Błękitna pełnia księżyca w znaku Wodnika 31.07.2015 i Lammas 2015.


Zbliżające się wielkimi krokami Lammas nie za bardzo czuję jeszcze w powietrzu (choć niektórzy twierdzą, że zaczyna już pachnieć jesienią), jednak bardzo mocno czuję je w sobie. I to od dosyć dawna...

Wiele razy wspominałam w swoich wpisach, że czas pomiędzy Lammas a Jesienną Równonocą to mój ulubiony okres w Kole Roku. Dni są nadal dosyć długie i ciepłe, ziemia ugina się pod naporem jej dojrzewających owoców, a poczucie spełnienia (bądź zawodu) przeplata się z melancholią zaklętą najpierw w czerwieni maków i niebieskich chabrach, później natomiast w zapachu słomianych bel i coraz krótszych dniach. Niegdyś czas żniw oznaczał ciężką pracę w polu, teraz natomiast, szczególnie dla osób mieszkających w miastach, jest to raczej czas rozmarzenia i spowolnienia tempa, wakacyjnego odpoczynku przed kolejnym rokiem szkolnym czy akademickim (lub odpoczynku po wakacjach), a dla osób pracujących czas rozrzewnienia, bo w końcu kolejne wakacje dopiero za rok.

I tu pojawia się refleksja: czy zbieranie plonów powinno oznaczać odpoczynek i popuszczenie wodzy czy właśnie powinno przybierać formę wyciśnięcia z siebie ostatnich sił, by zebrać jak najwięcej tego, co dobre i nie przegapić odpowiedniego momentu?

Ja na swój sposób kocham melancholię. Uwielbiam poddawać się delikatnym falom późnoletniego wiatru i pozwalać dryfować sobie, swoim myślom i smutkowi (którego – jak pokazały ostatnie warsztaty tantry – nadal mam w sobie ogromne ilości) w nieokreślonym kierunku, bez celu, bez potrzeby działania, bez przymusu, tak po prostu. Niestety również w życiu często pozwalam sobie na takie dryfowanie i wcale nie wtedy, kiedy jest ku temu dobry czas, ale właśnie u kresu jakiś działań, wtedy, kiedy powinnam z siebie wycisnąć ostatnie soki. Ja wtedy odpuszczam. Zamiast zbierać plony, ja siadam na skraju pola i patrzę. Patrzę jak zboże dojrzewa, podziwiam ukryty w nim potencjał, po czym nie robię nic lub robię niewiele, by go wykorzystać. A na koniec nie mogę nawet mieć do siebie pretensji, że jakiś projekt mi się nie powiódł, bo przecież nie włożyłam w niego tak wiele energii, ile było trzeba i ile bym mogła. Jakaż wygodna wymówka, czyż nie?

Wytrwałość w działaniach i pozbycie się lęku przed porażką. Jedno do wypracowania, drugie do przepracowania. Jedno, by je pielęgnować, drugie, by je wyplenić. Oto z czym do mnie przychodzi tegoroczne Lammas J

A Ty już wiesz, z czym przychodzi do Ciebie?

* * *






Lammas już za kilka dni, wcześniej jednak czeka nas inne piękne wydarzenie - błękitna pełnia w znaku Wodnika. Wydarzenie wyjątkowe o tyle, że kolejna taka pełnia przydarzy nam się dopiero w 2018 roku, a dla mnie samej dodatkowo niesamowicie wymowne – nie tylko dlatego, że to pełnia w ukochanym Wodniku, ale również ze względu na ostatnie zmiany w moim życiu oraz długofalowe plany, za których porządne tworzenie w końcu się zabrałam.

Znający się na astrologi również piszą o nadchodzącej pełni jako o czasie bardzo specjalnym, oddzielającym grubą kreską to, co było, od tego, co nadchodzi, czasie, który może być równie budujący, jak trudny, bo wymagający od nas skoku (znowu ten skok!) poza sferę komfortu, tam, gdzie dzieje się magia i gdzie prawdziwie można dojrzeć rozpościerające się przed nami możliwości J

Wszystko, przez co przechodziliśmy w ostatnim roku, prowidziło nas to tego właśnie księżyca. Jest to czas nieograniczonych możliwości, bulgoczących pragnień i ich objawiania się w naszym życiu w sposób, w jaki nigdy byśmy nie pomyśleli, że jest możliwy.

Bez względu na to, co pojawiło się i zniknęło z naszego życia w ciągu ostatnich kilku lat, czasem otrzymujemy szansę, by otrzymać wszystko, czego zawsze pragnęliśmy – musimy tylko podjąć decyzję teraz, by tej szansy nie starcić.

Bo niektóre szanse pojawiają się tylko od święta (angielskie wyrażenie ‘once in a blue moon’ – raz na błękitny księżyc).



A więc udanych skoków ku szerszej perspektywnie i nowym możliwościom oraz pracowitych żniw, które dadzą nam lepszy start w tym nowym rozdziale naszego życia J

BB


* * *

piątek, 24 lipca 2015

Warsztatowy maraton wakacyjny, czyli o Luminatach, Wiccanisku i Tantrze :-)

Od mojego powrotu na Północ minęło już półtora tygodnia, a ja dopiero dzisiaj czuję, że w końcu prawdziwie się wyspałam J

To były mordercze wakacje! :-)

Najpierw Luminaty z Wiccaniskiem, które pochłonęły ogromne ilości mojej energii (organizacja zrobiła swoje, ale przede wszystkim wyczerpała mnie opieka nad moją córeczką, która strasznie się pochorowała i przez większość czasu nie schodziła mi z rąk), a następnie III Festiwal Tantry i Seksualności w Nowym Kawkowie, z którego chciałam wyciągnąć jak najwięcej.

Festiwal Tantry miał być dla mnie czasem odpoczynku, ciekawych warsztatów i rytuałów, spotkania z przyjaciółmi, ale i pobycia z samą sobą. W jakimś stopniu chciałam powtórzyć to, co przeżyłam tam w zeszłym roku. I w jakimś stopniu przeżyłam... Na pewno inna była energia i bardzo brakowało mi Świątyni Miłości oraz trzymającej nad nią rok temu pieczę Karo Akabal, jednak program okazał się być ponownie wspaniały, a oprócz spotkania bardzo bliskich mi osób, poznałam kilka nowych, pięknych dusz, które już na zawsze będą miały swoje miejsce w moim sercu. Dzień zaczynaliśmy o 7.00 rano przedśniadaniowymi medytacjami, a kończyliśmy o 2.00 czy 3.00 nad ranem, padając ze zmęczenia na twarz po kilkugodzinach tantryczno-tanecznych szaleństwach (odkryciem Festiwalu okazał się David Goodman i jego Biodanza! :-)). Pomiędzy warsztatami nie było za wiele czasu na odespanie zarwanych nocy, a same zajęcia pochłaniały tak ciało jak umysł i ducha. Szczęśliwie dla mnie, tym razem pochłanianie nie oznaczało żadnych ciężkich procesów do przejścia, a stało się raczej okazją do zatapiania się w tym, co robiliśmy i ludziach, z którymi obcowałam, a także do odnajdywania czystej radości w przeżywanych ceremoniach i poznawanych technikach.

Luminaty i Wiccansko to natomiast zupełnie inna historia i jeszcze inna energia. Było bardzo aktywnie, a jednocześnie wszystko działo się według planu i punktualnie jak w zegarku :-) Dzień rozpoczynał się niewiele później niż na tantrze, a nocna zabawa kończyła się najczęściej o wschodzie słońca. Było ciekawie i bardzo, bardzo magicznie! :-) Za dnia uczyliśmy się medytacji i szkoliliśmy w koncentracji, tworzyliśmy myślokształty i ładowaliśmy sygile, doświadczaliśmy energii naszych ciał i dowiadywaliśmy się, co można z tym doświadczeniem zrobić, łączyliśmy się ze światem duchów, dyskutowaliśmy o swoich poglądach i poszerzaliśmy horyzonty. Wieczorami odprawialiśmy rytuały wykorzystując zdobytą wiedzę i stosując poznane techniki, oraz słuchaliśmy opowieści o czarach i czarownicach. A nocami.... Nocami uskutecznialiśmy dzikie tańce przy ognisku i na polach, pośród unoszących się nad nimi mgieł, oraz nagie kąpiele w jeziorze w blasku pełniowego książyca :-) Tak, zarówno Luminaty jak i Wiccanisko – każde posiadające swój własny styl i barwę - przyniosły nie tylko mi samej, ale i większości uczestników, bardzo dużo radości i satysfakcji :-)


To wszystko za mną, a co przede mną? :-) Przede mną kolejne spotkania, których plany zaczynają powstawać już nie tylko w głowach osób stojących za organizacją Luminatów i tegorocznego Wiccaniska, ale powoli przenoszone są na papier, by wkrótce przybrać jeszcze bardziej namacalną formę :-)

Co by tu więc na koniec rzec? Chyba tylko jedno: NIECH SIĘ DZIEJE! :-)


* * *


piątek, 19 czerwca 2015

BY TEORIA NIE POZOSTAŁA JEDYNIE TEORIĄ. O GÓRSKICH SZCZYTACH, LETNIM PRZESILENIU I PACHNĄCEJ LASEM NORWEGII


Litha. Święto ukochanego ognia i wody, która obecnie jest we mnie najsłabsza, lecz której z zamiłowaniem się uczę.

O dziwo nigdy za bardzo nie lubiłam tego sabatu. Wbrew pozorom to Samhain zawsze okazywało się czasem największych szaleństw i najlepszej zabawy [Ach, niekiedy tak pięknie wpisujemy się w stereotypy... J]. W Letnie Przesilenie niemal zawsze brakowało energii, by spędzić całą noc na tańcach, śpiewie i miłości. Czasem nie udawało nam się nawet zrobić wszystkich zaplanowanych rytuałów. Może to zwykły zbieg okoliczności – w końcu nie miałam w swoim życiu tych celebracji nie wiadomo ile - a może po prostu w tym okresie energii jest w powietrzu tyle, że podwyższenie jej poziomu o jeszcze kilka stopni, staje się komfortowe jedynie przez względnie krótki czas rytuału. Pozostawanie w zenicie potrafi być tak samo męczące, wypalające i ostatecznie destrukcyjne, jak każdy inny rodzaj fanatyzmu.

Pamiętam, że w zeszłym roku moja wiccańska celebracja (była też inna, odprawiona dokładnie w noc Przesilenia, jednak to już zupełnie inna historia i zupełnie inna energia) okazała się być dla odmiany na prawdę dobra. Najpierw popłynęliśmy trochę za bardzo (przede wszystkim polało się za dużo wina), później było strasznie dużo ognia (tu akurat czułam się w swoim żywiole), jednak ostatecznie w tych dwóch ekstremach odnaleźć można było przedziwnie magiczny balans, którego chyba wszyscy obecni wówczas potrzebowali.  

Podczas gdy Równonoce niosą ze sobą moc równowagi, Przesilenia są właśnie zatopieniem się w ekstremach. Dosyć niebezpiecznym zatopieniem. Przesilenie Letnie jest jak wspinanie się na wysoką górę – to na jej szczycie trzeba zachować największą ostrożność. Im wyżej, tym trudniej, i im wyżej, tym mniej miejsca i tym większe niebezpieczeństwo, że potencjalny upadek będzie bardzo bolesny i sprowadzi nas do parteru. Analogicznie w Zimowe Przesilenie schodzimy w dół, sięgamy miejsc, które mogą być bolesne lub przerażające, zaglądamy do najciemniejszych zakamarków. Tu można się zapomnieć i zatracić w swojej ciemnej stronie. Tu można utknąć, tracąc siły, które są niezbędne, by ponownie wydostać się na powierzchnię.

W Norwegii ta najkrótsza w roku noc posiada jeszcze silniejszą wymowę niż w Polsce czy w Anglii, gdzie zwykłam spędzać większość sabatów. Tu, w Oslo, ta noc niemal nie nastaje. Stanowi raczej delikatne przejście pomiędzy jednym dniem a drugiem. Gdy na zachodzie pojawia się rozgwieżdżone nocne niebo, na wschodzie widać już zapowiedź świtu. Nie ma czasu na odpoczynek, dłuższej chwili na zaczerpnięcie powietrza przed dalszym biegiem. Świat żyje tu teraz 24h na dobę. Wieczór i poranek stają się dla nas nocą, a dzień nabiera zupełnie innego wydźwięku w swoim znaczeniu.

A jednak Norwegia jest jednocześnie o tej porze roku tak piękna. Pachnie lasem i deszczem, i w końcu zdarzają się prawdziwie ciepłe dni. Pojawia się specyficzna miękkość w powietrzu, niosąca ze sobą myśl, że życie – tak, jak norweskie lato – jest za krótkie, by czasem nie posmakować ekstremów, nie puścić się, nie zaryzykować. I choć o tym się teoretycznie wie, to sama lubię sobie o tym przypominać, by teoria nie pozostała jedynie teorią.

Tu, na Północy, inaczej też czuje się pogaństwo i inaczej odprawia rytuały. Tu dawne tradycje są wciąż żywe. Celebrując nadejście lata ludzi nadal palą ogniska nad morzem i leśnymi jeziorami, zawierają fikcyjne małżeństwa, będące symbolem rozkwitu nowego życia, i tańczą wokół udekorowanych pali, nazywanych w skandynawii palami midsummerowymi, a nie jak na Wyspach, majowymi. Tu wszystko żyje nieco innym życiem – inni są ludzie, inne są pory roku, inne jest przesłanie ukryte w kolejnych sabatach - i inaczej się to życie odbiera i smakuje. I choć cieszę się bardzo, że już za niewiele ponad tydzień zawitam po raz kolejny na słowiańskiej ziemi i po naszemu, z polskimi poganami, będę bawić się i magię odprawiać podczas Luminatów i Wiccaniska, to cieszę się również, że faktyczną noc Przesilenia spędzę tu, w Norwegii J

Wszystkim czytającym życzę, by to Czerwcowe Przesilenie, przyniosło Wam tyle światła i energii do działania, ile tylko Wam potrzeba, i by jasność i wysokość górskiego szczytu stały się okazją do jedynie bezpiecznego cieszenia się pięknymi widokami J



*Dla doprecyzowania i by nie wprowadzać zamieszania.... Wiccańska Księga Cieni mówi o tym, że wiccańskie czarownice obchodzą Lithę, sabat Letniego Przesilenia, 22 czerwca. Ta data czasem pokrywa się z faktycznym czasem Przesilenia – na naszych polskich ziemiach celebrowanym jako Noc Kupały - jednak jest ono ruchome i wypada gdzieś pomiędzy 20 a 22 czerwca. W praktyce wiccańska celebracja czerwcowego sabatu odbywa się najczęściej w sobotę najbliższą tym datom. Chrześcijańskim zamiennikiem pogańskiej kupalnocki stała się noc św. Jana, czyli noc z 23 na 24 czerwca. Kiedy piszę o sabacie Letniego Przesilenia, mogę mieć na myśli faktyczną noc Przesilenia, ale również mogę się do niej odnosić jako do czasu ją otaczającego. 



wtorek, 16 czerwca 2015

W TEJ WALCE WYGRYWA OGIEŃ! Nów Księżyca w znaku Bliźniąt (16.06.2015) i Letnie Przesilenie


Skończyły mi się słowa na określenie siebie. Przekroczyłam granicę, za którą słów jest tak wiele, że choć mówią wszystko, to nie mówią już właściwie nic. Tak wiele twarzy i tak wiele żyć. Tak wiele imion, elementów wielowymiarowej układanki, z których każdy opowiada swoją własną historię, z których każdy odkrywa jedynie część mnie.

Wymknęłam się własnym opisom. Zatopiłam w chaosie i obserwuję. Tańczę, śmiejąć się lub płacząc, przyglądając się postaciom żyjącym w ciele, które przyjęłam uważać za swoje. Które my przyjęliśmy...

Nie, ten nów to nie czas wyciszenia czy izolacji. Rozpoczynający swój nowy cykl aktywności Mars robi swoje. Rozbudza nieznane pragnienia i ognistą dłonią otwiera wrota, które do tej pory pozostawały zamknięte. Wciąga w swoją orbitę, dopalając resztki przeszłości i oświetlając nowe terytoria. Powietrzna energia Bliźniąt jedynie ten ogień podsyca. I choć jednocześnie miesza w umyśle, upiera się, by analizować jakość i cel istnienia płomieni szalejących w moim ciele, to sama jest przecież zaledwie pokarmem dla ognia. Nie może go zdusić ani pokonać. W tej walce, we mnie, wygrywa ogień!

Niech więc umysł ofiarowuje opiekę przed pełnym szaleństwem, lecz niech pozwoli mi płonąć! W ten nów ognistymi motylami, które unoszą mnie ponad ziemią, a wkrótce, w sabat Letniego Przesilenia, tysiącami ognisk, jakie rozświetlą tą najkrótszą w roku noc.  

 

czwartek, 11 czerwca 2015

KOBIETA W SWEJ KOBIECOŚCI

W pracy tańczę po biurowej kuchni, a w przerwie lunchowej tarzam się po trawie J W domu robię z córką fikołki, kicham i śmieję się tak głośno, że słyszą mnie sąsiedzi J Porzuciłam codzienną, wykonywaną od półtora roku, 30-minutową pratyaharę (praktyka wycofania zmysłów), zamieniając ją na szaleńczą jazdę wózkiem po supermarkecie, bieganie boso po trawie, wieczorne wylegiwanie się na balkonie z ulubioną książką i kilka innych rzeczy, które sprawiają, że krew we mnie buzuje, a ja czuję się sexy, a o których pisać nie będę, bo wiem, co nieprzychylne mi osoby mogłyby z tym zrobić J Porzuciłam jakikolwiek plan i zwyczajnie płynę, ciesząc się każdą minutą każdego dnia, uwrażliwiając się na przyjemność i wyszukując ją tam, gdzie pozornie jej nie ma J

Robię to, co kocham i co mnie podnieca, co sprawia, że płonę i że zasypiam z uśmiechem na twarzy J Nie zwracam uwagi na cel, ale w końcu prawdziwie zatracam się w drodze. Chwilowo w poważniu mam konkluzje, wnioski i podsumowania.

Jestem w miejscu, które można by określić pełnią mojej kobiecości. Jestem ruchem, energią, zmianą, tańcem, szaleństwem, niezdecydowaniem i zadziwiająco płynącym z tego poczucia zadowoleniem J Moje męskie jakości, zwykle tak silne we mnie, zeszły gdzieś na drugi plan - prawa, ramy, zasady, schematy, które sama na siebie nałożyłam, bo nauczono mnie, że to jest lepsze, wartościowsze, pomocniejsze w życiu, a ja w to uwierzyłam i nie śmiałam podważyć.

W tej chwili i w tym momencie jestem kobietą w swojej kobiecości! W swoim ogniu, w swoim ruchu i w swojej pasji! Czuję, że promienieję, w śmiechu czy we łzach, w uniesieniu czy w złości! Jutro, za tydzień czy miesiąc może będzie inaczej, jednak teraz, by odzyskać dawno zatraconą równowagę, muszę i chcę raz po raz stawać nad przepaścią i pozwalać sobie na zmianę perspektywy, zmianę planów, na wyjście poza to, co do tej pory wydawało mi się bezdyskusyjnie ważne i niecierpiące zwłoki. Teraz chcę skakać z moich osobistych klifów i lecieć, lecieć, gdzie mnie wiatr poniesie. Widoki tu są piękne, tak piękne! J

I tak, wciąż brakuje mi czasu J Brakuje mi czasu na rzeczy, które nie sprawiają mi przyjemności, które nie przynoszą radości mi samej lub moim bliskim, i na te, które zwyczajnie mogą poczekać J Bo przecież czyż to, że mamy na coś czas lub nie, ostatecznie nie jest jedynie kwestią priorytetów? Jeśli na coś chce się czas znaleźć, wtedy zawsze się go znajdzie! Nie dlatego, że nagle się on rozmnoży, ale że albo my się zepniemy z innymi sprawami i wywalimy ze swojego dnia bezproduktywne minuty albo zwyczajnie to, czego chcemy, wyląduje na szczycie naszej listy, bez względu na konsekwencje. Każda wymówka w odniesieniu do braku czasu, to jedynie informacja, że dana rzecz nie jest naszym priorytetem – i w tym nie ma nic złego J Czasem trzeba mieć tylko wystarczająco odwagi, by potrafić się do tego przyznać i głośno – bardziej lub mniej dyplomatycznie, kierując te słowa do innych bądź do siebie – powiedzieć: 
TAK, to są moje priorytety
TAK, ty lub to w tej chwili nie jesteście wśród nich, 
i TAK, moje priorytety i moja ich lista - podobnie jak moje granice, potrzeby i marzenia - mają prawo się zmieniać J

| | |