środa, 30 lipca 2014

LAMMAS - NAUKA PUSZCZANIA

Trzymam się mocno. Przekonań, które dawno straciły swoją ważność, emocji, które zamiast przynosić pełniesze przeżywanie teraźniejszości, utrwalają mnie w przeszłości, myśli, które nie służą niczemu więcej jak tylko użalaniu się nad sobą, wizjom i planom na życie, które dawno się przeterminowały. Trzymam się ich, bo mimo wszystko są mi znane, udomowione, dające poczucie bezpiecznej niezmienności i bez względu na to, jak przeszkadzające, raniące czy wyniszczające, to nadal „dobre”, bo swoje i przewidywalne w swoim działaniu. Chodowane miesiącami bądź latami, są jak grzyb na ścianie mieszkania, którego nic nie może usunąć, bo trzyma go tam moje własne, często nie w pełni uświadomione, przywiązanie, bądź jak przejrzało jabłko, które choć dawno powinno było spaść, uparcie trzyma się gałezi, tak jakby to miało odmienić jego los.


W powietrzu i na polach lato już w pełni. W ciepłych promieniach lipcowo-sierpniowego słońca dojrzewają plony Matki Ziemi. Te, których nikt nie zbierze, dojrzeją i opadną, by - jak działo się to od setek tysięcy lat – umierając, dać miejsce nowemu. Jedne staną się pokarmem dla zwierząt, inne zagnieżdżą się w ziemi, by kiedyś w przyszłości narodzić się do nowego życia i wzrastając, ukazać światu swoje piękno w nowym wcieleniu.

W tym roku powiew wiatru pachnący ściętym zbożem i zapowiadający nadejście lammasowego sabatu był inny niż zwykle - chłodniejszy pomimo upałów i choć jak co roku melancholijny i dosyć leniwy, to jednak niosący w sobie dziwne poruszenie. Nauka, która wraz z nim do mnie przyszła, też była inna niż w minionych latach.

Od tygodni czułam, że coś się zbliża, a dzięki sporej ilości nagle spadłego z nieba wolnego czasu, mogłam poświęcić się uważniejszemu i głębszemu oddychaniu* oraz obserwacji siebie. Przyglądałam się motywom, które mną kierują, emocjom, które się we mnie pojawiają, myślom, którym poświęcam swój czas i energię. Przyglądałam się i oceniałam to, co sama niegdyś zasadziłam i co wychodowałam. Przyglądałam się moim własnym plonom, znajdując wśród nich wiele, które dadzą mi siłę w mojej dalszej wędrówce, ale również wiele, których czas się skończył i które muszę puścić, pozwalając im odejść. Nie ze złością czy wyrzutami sumienia - bo jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to te wszystkie plony-do-wymiany zostały przeze mnie wychodowane w dobrej wierze; dla ochrony przed bólem, przed zejściem z obranego szlaku czy przed niechcianą prawdą – ale z szacuniem dla samej siebie i wdzięcznością za ten czas pierwszych zbiorów.  

Tak więc tego lata uczę się puszczać! J Z radością i uśmiechem na twarzy, z wdzięcznością w sercu i z motylami w brzuchu (my wodniki kochamy rewolucje J), w towarzystwie tych wszystkich, którzy wraz ze mną staną w lammasowym kręgu, oraz tych, którzy na lammasowych ołtarzach zdecudują się złożyć nie tylko te dobre, ale i te gorsze plony J

Blessed Be!

*Często zapominamy jak ważna jest to czynność! Kiedyś pewnie o tym napiszę J


* * *

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz