wtorek, 30 lipca 2013

GRECKI PORANEK, czyli sztuka posługiwania się emocjami

 Obudziło mnie uporczywe bzyczenie komara i duchota panująca w hotelowym pokoju. Zły początek dnia! Otworzyłam zaspane oczy i rzuciłam okiem na śpiące obok mnie dziecko, szukając śladów zbrodni dokonanej przez latającego potwora. Tym razem ani jednego ugryzienia. Choć tyle na pocieszenie. Podniosłam się i - po części świadomie, po części na autopilocie - udałam się do toalety. Widok nierówno opalonego czoła w lustrze nie poprawił ogólnej sytuacji. Nie mogło poprawić jej również śniadanie, na które po raz dziesiąty podano dokładnie ten sam zestaw, ani mina mojego męża, który z wyrazem bezsilnego zniesmaczenia przez większą część jego trwania bawił się mechanicznie suszonymi bananami, pływającymi w płaskim talerzu zalanym mlekiem. Nie ma to jak subtelne próby zachęcenia hotelowych gości do rezygnacji ze śniadania. W końcu w Grecji panuje kryzys… :-/

Podczas wakacji cały normalny plan dnia idzie zazwyczaj w rozsypkę, a poza tym latanie z malą i mantrowanie pozytywnych afirmacji i tak nie wchodziło w rachubę ze względu na małego szkraba, który tego dnia również obudził się nie w sosie. (Czasem zastanawiam się czy to tylko przypadek, czy to dziecko jest ze mną do tego stopnia zsynchronizowane, że przejmuje wszelkie emocje, pod których wpływem w danym momencie się znajduję.) A jednak wystarczyło coś innego, w pewnym sensie przypadkowego, co ciągu kilku minut odmieniło dzień z „lewonożnego” na „prawonożny” i raz jeszcze uświadomiło mi, że jeśli tylko chcę, sama mogę decydować o jakości każdej chwili. Tym czymś okazał się krótki artykuł na blogu przyjaciółki, przeczytany w biegu pomiędzy zmianą bobasowej pieluchy a wciąganiem na siebie stroju kąpielowego, który wywołał we mnie stan radosnego uniesienia, pociągając za sobą pozytywną lawinę, w niepamięć obracającą wszelkie poranne niedogodności. I w mgnieniu oka wszystko znowu było wspaniałe, a to, co nie było, zdawało się (i faktycznie się okazywało) łatwym do naprawienia!  


Zasada funkcjonowania tego mechanizmu jest prosta: emocje przyciągają myśli, myśli tworzą rzeczywistość. Zabawa polega jednak na tym, że działa on bez względu na to czy pragniemy swoim losem pokierować czy dajemy się ponieść przypływom i odpływom codzienności. Rozpocząć dzień nie najlepiej wcale nie jest trudno; wystarczy do tego nocny koszmar, niewygodne łóżko czy, jak w moim wypadku, upierdliwy owad krążący nad głową i zmęczenie powodowane niedziałającą klimatyzacją. Potem okazuje się, że mleko do kawy się zepsuło, ukochany zapomniał dać buzi na dzień dobry, a kot akurat tego dnia musiał pomylić balkonową donicę z kuwetą. I staczamy się po równi pochyłej, zwalając wszystko na niczemu winną lewą nogę. Cała natomiast sztuka, by w porę zorientować się, co się święci (jeśli odczekamy za długo, może okazać się, że zabraknie nam siły woli, by coś zmienić), zatrzymać się i zrobić coś, co wywoła na naszej twarzy szczery uśmiech. Następuje zwrot, a zasada choć działa jak działała, zamiast nieszczęść przyciągać zaczyna tylko to, co dobre. A to co dobre wcale nie musi oznaczać nagłych cudów. Najczęściej wystarcza bowiem zmiana perspektywy i ujrzenia szklanki w połowie pełnej, a nie pustej.


* * *

2 komentarze:

  1. Zauważyłam pewna zasadę, że gdy dzień rozpoczyna sie "lewonożnie", to "prawonożnie" się kończy. Zawsze. Zaczyna mnie to wtedy nawet pocieszać, ta świadomość, że nieszczęścia mają swój pass jeszcze tego samego dnia :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczęściara z Ciebie w takim razie :-) Ja potrafię utrzymać swój zły nastrój aż do czasu pójścia do łóżka, choć zazwyczaj do rana następuje zwrot :-)

    OdpowiedzUsuń