czwartek, 11 kwietnia 2013

CZAROWNICA NA ŚLUBNYM KOBIERCU, czyli o pogańskich zrękowinach cz.2



Przez całe dwa pierwsze tygodnie czerwca lał deszcz, a ja – co dzień przeczesując wszelkie portale w poszukiwaniu pozytywnych prognoz, których uparcie nie było - powoli zaczynałam powątpiewać czy zamówiona na zaślubiny pogoda faktycznie okaże się taka, jakiej sobie życzyliśmy. A było to o tyle ważne, że nasz handfasting miał odbyć się pod gołym niebem, daleko za miastem i bez wykorzystania jakichkolwiek przeciwdeszczowych zabezpieczeń. I mimo że telewizja oraz internet zapowiadały deszcz również na wyczekiwany przez nas weekend, w piątkowy poranek stał się cud i zza chmur wyszło słońce, które pozostało z nami aż do wyjazdu w podróż poślubną, fundując temperatury, jakich nikt się nie spodziewał :-)

Na ceremonię zrękowin (handfasting) wybraliśmy z mężem miejsce nieopodal Ślęży, za rodzinnym Wrocławiem, i pamiętam jak dziś, jak mokra od deszczu była trawa jeszcze w ten piątkowy poranek, kiedy pojechaliśmy przygotować wszystko na wieczorny rytuał, i jak pluskała nam w przemoczonych butach woda, kiedy koło południa – już w pełnym słońcu - wracaliśmy do domu, by zająć się dalszą częścią przygotowań. A wbrew pozorom trochę tego było, choć muszę powiedzieć, że moje doświadczenia związane z organizacją tak zrękowin, jak i sobotniej ceremonii w USC oraz wesela, są dużo lepiej przeze mnie wspominane niż w wypadku większości par, jakie znam. Po części sprawił to fakt, że niemal wszystkie formalności załatwialiśmy z mężem sami, a więc nie było spięć ani kłótni o to, co jak ma wyglądać, bo decyzje należały do nas, główną jednak zasługą było chyba nasze niezachwiane przekonanie, że będzie tak, jak chcemy (mój nieuduchowiony mąż to też niezła wiedźma :-) ). I choć czasu od zaręczyn do ślubu było niewiele, a wszyscy twierdzili, że nie uda nam się załatwić ani odpowiedniego miejsca ani muzyków, a już na pewno nie w ustalonym przez nas terminie (weekend w połowie czerwca!) i w połączeniu z pogańskimi „wariactwami”, to nie tylko udało się zaklepać wymarzoną Karczmę i ukochanego DJ-a oraz logistycznie tak wszystko rozplanować, by pogańska impreza została oddzielona od reszty upojną nocą poślubną, to jeszcze wszystko odbyło się dokładnie w dniach, jakie sobie wymyśliliśmy :-)

Ceremonia Zrękowin odbyła się więc w piękny piątkowy wieczór, już po zachodzie słońca, w obecności najbliższych, przy śpiewie ptaków, zapachu traw i z dostojną górą Ślężą w tle. Było nas niemal 50 osób i jeszcze podczas podróży autokarem zostały rozdzielone zadania, jakie należało wykonać w ramach przygotowań do rytuału, więc wszystko poszło bardzo sprawnie. Jedni dekorowali zakreślony rano wstępnie krąg, inny szykowali ołtarz i zbierali kwiaty do jego ozdobienia, jeszcze inni ogarniali wykładanie jedzenia przygotowanego na porytualną bibę, natomiast garstka najbardziej zestresowanych swoim pierwszym pogańskim "razem" udawała, że coś robi, popijając w między czasie piwo i licząc na to, że ukoi ono nieco strach przed nieznanym :-) Byli też i tacy, którzy przed rytuałem odmawiali chrześcijańskie modlitwy lub starali się zagłuszyć sumienie (wcześniej zostali uczciwie poinformowani, iż udział w pogańskim rytuale obłożony jest grzechem ciężkim), jednak okadzanie podczas wstępowania w krąg chyba na wszystkich zadziałało nadzwyczaj pozytywnie :-)   

Rytuał rozpoczęli szamani, uczestników do kręgu zaprosiła przedstawicielka pogaństwa nordyckiego, naszą przewodniczką była wiccanka, świadkami asatryjka i chrześcijanka, natomiast sam rytuał poprowadziła joginka. Było pouczenie otrzymane od Posłańców Żywiołów, było wiązanie sznurami, przysięga i wymiana obrączek, było skakanie przez miotłę i życzenia składane przy rogu wypełnionym miodem, a także śpiewy i sporo śmiechu. A potem było ognicho, lał się miód, wino i piwo, były rozmowy i pozowanie do zdjęć, a wszystko zakończyło się przepięknymi, prawie czterominutowymi fajerwerkami. Dalej był już tylko czas, by zapakować się do czekającego na nas autokaru i wrócić do Wrocławia, gdzie jedni udali się na odpoczynek przed kolejnym, bogatym w program, dniem, inni pognali w miasto w celu dalszej zabawy, a ja z mężem w kierunku sypialni, by tam przypieczętować zawarcie małżeńskiego związku :-)


Więcej nie ma co się na ten temat rozpisywać, poniżej zamieszczam bowiem link do filmiku z ceremonii, który udało mi się w końcu pociąć i nieco zmodyfikować (ten od fotografów był za długi i za dużo było na nim nieistotnego gadania lub treści zbyt prywatnych), a na którym wszystko ładnie widać. Wybaczcie tylko techniczne niedociągnięcia, filmik jest bowiem efektem mojej pierwszej przygody z Movie Maker'em





6 komentarzy:

  1. Dla mnie czytać i oglądać coś takiego, to niesamowite odrealnienie. W dzisiejszych czasach... chyba Cięto nie dziwi, że odczułam lekką euforię :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja sama odczuwam euforię, jak na to patrzę, więc jak najbardziej rozumiem :-D

    OdpowiedzUsuń
  3. Pomimo że jestem nieinicjowana a mój wybranek jest ateistą to bardzo bardzo chcę takiego ślubu zwłaszcza że pod gołym niebem, w wysokiej trawie, na skraju lasu, przy ognisku, piwie i z najbliższymi znajomymi... Zachwyt euforia trochę zazdrość...
    Zastanawia mnie tylko kto by poprowadził u mnie tą ceremonię xD Musiałabym pewnie ludzi wynająć xD

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój też jest ateistą, ale dało radę :-)
    Z tego, co widzę, to jesteś z Poznania, więc gdybyś potrzebowała, spokojnie mogłabym się zaoferować do przeprowadzenia ceremonii :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie i bajecznie :D
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Mojmirku, jestem pewna, że w razie potrzeby nie jedna osoba zaoferowałaby pomoc w zorganizowaniu ceremonii dla Quirin czy innej osoby, która by jej potrzebowała ;)

    Jestem pełna podziwu, że udało Ci się załatwić wszystko samej, nawet pogodę ;) To była na prawdę przyjemność i zaszczyt móc brać udział w tak ważnym dla Ciebie i Twojego oblubieńca dniu. Bardzo cieszę się, że tam byłam (ale o tym już też pisałam).
    Poza tym fajnie było prowadzić Was na sznurku ;)

    OdpowiedzUsuń