sobota, 2 lutego 2013

Imbolgowe uzdrawianie


A więc uleciały resztki zimowego ospania, a jego miejsce w całości wypełniła rozpierająca energia, gotowa do spożytkowania. Długie noce, śnieg i mróz panujące  tu na północy nie dają jednak jeszcze możliwości do pełnego rozpędzenia się, a poza tym najpierw wypadałoby wziąć się za małe porządki i przygotowanie na wiosnę, która dla mnie samej szykuje w tym roku nowe wyzwania, między innymi w postaci przyjęcia na ten świat mojego pierwszego dzieciątka. Dodatkowo już za kilkanaście dni stuka mi długo wyczekiwana 30-stka i choć do wieku nie przywiązuję wielkiej wagi, to jednak ta równa liczba daje poczucie, że pewien etap życia się kończy, a więc dobrze byłoby zrobić jakieś podsumowanie i zrobić plan na kolejne lata.

Tak więc korzystając z ogólnie panującej o tej porze roku aury i wyznaczając sobie czas do Imbolgu, postanowiłam sporządzić trzy listy. Pierwsza to rzeczy, których dokonałam, marzeń, które spełniłam, ważnych spraw, które zamknęłam; druga to rzeczy, których nie zrobiłam, mimo że chciałam, ale na dobrych chęciach się skończyło, oraz spraw, które w ten czy inny sposób zawaliłam; trzecia natomiast to lista moich nawyków i cech, tych pozytywnych i tych negatywnych, z wyróżnieniem tej, z której jestem najbardziej dumna i tej, która najbardziej mi przeszkadza i nad którą zobowiązuję się popracować.

Wyszło nie najgorzej. Pierwsza lista okazała się być bardzo satysfakcjonująca, bowiem większość marzeń i postawionych sobie celów osiągnęłam. Żyję dokładnie tak, jak chciałam żyć, mieszkając w krainie fjordów, mało pracując, dużo podróżując, pisząc, ucząc się i ucząc innych, oraz mając czas i fundusze na większość swoich zachcianek. Z drugą listą również nie było tak źle, jak mi się wydawało, choć jak już kiedyś gdzieś napisałam, można ją podsumować jednym zdaniem: kiedy już coś psuję, to po całości. Trzecia lista okazała się być największym wyzwaniem i jej tworzenie zajęło mi całe dwa tygodnie, dzień w dzień, jakie przeznaczyłam sobie na jej sporządzenie. Efektu jej tworzenia mogłam się spodziewać, jednak myślenie o czymś to zwykle jedno, a zapisanie i przyjrzenie się temu fizycznemu wyrażeniu myśli to drugie. Nie dosyć, że jest to bardziej bolesne, wyraża bowiem jednoznaczne przyznanie się przed samym sobą „tak, taka właśnie jestem”, to na dodatek sprawia, że nie ma już odwrotu i - jeśli faktycznie zależy nam na pracy nad sobą - że trzeba zabrać się za siebie i to w tej chwili.   

Imbolg to sabat, który między innymi związany jest ze sztuką uzdrawiania. A uzdrawianie można rozumieć nie tylko jako przywracanie balansu w ciele czy duszy, ale również jako naprawianie wybranego aspektu naszego życia. Jaki więc okres w roku mógłby być lepszy na zabranie się za ulepszanie siebie, jeśli nie czas wokół tego właśnie sabatu, i jaki lepszy rytuał dla uzyskania boskiej pomocy i kierownictwa niż imbolgowy? Jako że mieszkam w Skandynawii i do tutejszych bogów mi najbliżej, swój rytuał poświęciłam Eir, nordyckiej bogini, którą Snorri nazywa „najlepszym z uzdrowicieli”, a o której wzmiankę można znaleźć w najstarszym norweskim czasopiśmie medycznym. Tradycja mówi, że bogini ta znała się dobrze na ziołach, a sztukę leczenia i uzdrawiania przekazywała wyłącznie kobietom, choć obecnie uważa się ją patronkę wszystkich uzdrowicieli i lekarzy, bez względu na ich płeć.

Pomimo kilku stopni poniżej zera i sporej warstwy śniegu zalegającej lasy, postanowiłam odprawić go na łonie natury – przy zamkniętych rytach wiccańskich świątynie domowe zupełnie mi nie przeszkadzają, ale tu, w Norwegii, i podczas rytuałów otwartych jakoś nie mogę się do czegoś takiego przekonać - w miejscu nad jeziorem, które już nie raz było do tego celu wykorzystywane i zdążyło zyskać swoją wyjątkową energię. Ze sobą zabrałam Podróż Odyna, karty stworzone na bazie nordyckiej mitologii, dzięki którym chciałam uzyskać podpowiedź, w jaki sposób najlepiej poradzić sobie z tym, co chciałam w sobie uzdrowić.

Eir okazała się być bardzo konkretna, otrzymana wskazówka prosta i właściwie oczywista, a rytuał budujący i pomimo przeszywającego zimna, rozgrzewający i rozświetlający ciepłem panującej podczas jego trwania atmosfery. Do domu wróciłam w prawdzie zmarznięta – co szybko naprawiła krótka sesja w saunie – ale uśmiechnięta i naenergetyzowana. Pomedytowałam jeszcze trochę nad otrzymaną kartą i najlepszym sposobem wdrożenia w życie ukrytej w jej obrazach rady, zanotowałam wszystko, co uznałam za warte zapamiętania, w moim magicznym dzienniku, a następnie -  z wiarą w pomoc i opiekę Eir - wzięłam się z miejsca za zastosowanie otrzymanej wskazówki. Z miejsca, bo jak pokazuje lista nr.3, odkładanie na później (czyli na nigdy) jest jednym z moich czołowych złych nawyków zakwalifikowanych do usunięcia.