poniedziałek, 21 stycznia 2013

Imbolgowe przebudzenie



Przebudziłam się! Nareszcie się przebudziłam z apatii, która czy to przez ciążę czy przez wyjątkowo brzydką pogodę, może przez złą dietę, może wirusy, które jeden po drugim mnie atakowały, a najpewniej za sprawą połączenia się wszystkich tych czynników, ogarnęła mnie pod koniec zeszłego roku. To była jakaś makabra. Niby zimowy sen - bo jakby nie było zaszyłam się w domu, pod ciepłym kocem - a jednak taki, który wcale nie dawał regeneracji, nie dostarczał sił, a jedynie ściągał w jakiś ciemny dół, głębiej i głębiej. Nie czytałam, nie pisałam, a było i wiele takich dni, kiedy nawet nie mówiłam i zamiast tłumaczyć otaczającym mnie ludziom, o co mi chodzi, miałam ochotę przykleić sobie do piersi karteczkę z informacją „dajcie mi spokój”. Myśli kotłowały mi się w głowie, a że jak wiadomo, negatywne przyciąga negatywne, tak więc z każdym dniem pogrążałam się coraz bardziej w swoim niezadowoleniu, rozżaleniu, które – co raczej nie poraża błyskotliwością – zamiast rozwiązania trapiących mnie kłopotów, przynosiły jedynie większy dół i rozpaczliwą chęć ucieczki nie tylko przed światem, ale i przed samą sobą. Szczęśliwie były również chwile, kiedy w momencie przebłysku, zamiast użalać się nad swoim losem, który swoją drogą jest wspaniały i nie powinnam powiedzieć na jego temat złego słowa, siadałam naprzeciw ołtarza, którego centralne miejsce zajmuje olbrzymi Budda-Dziecko, zamykałam oczy i w ciszy czekałam. I wtedy odzywał się znajomy głos lub rozbrzmiewała muzyka, która mnie wypełniała, kojąc wszystkie bóle powstałe w moim ciele czy umyśle, i przynosząc światło, którego po raz pierwszy tak brakowało mi w te norweskie wczesnozimowe dni.

Dzięki tym właśnie momentom zebrałam się w końcu w sobie. Kupiłam kilka mądrych książek na temat ciąży i zdrowego, wegetariańskiego odżywiania, powoli zaczęłam się ruszać, uśmiechać sama do siebie, częściej zaglądać do Buddy i więcej przebywać na świeżym powietrzu. Kaszel – pozostałość ostatniej grypy, z której tym razem musiało mnie wyciągnąć uzdrawianie praniczne, a nie z lenistwa brana aspiryna – jeszcze od czasu do czasu o sobie przypomina, jednak poprawa stylu życiu już teraz wyraźnie daje się odczuć, nawet jeśli nie stało się to od razu. Resztki grypy wypacam na saunie, dostarczając sobie przy okazji brakujących porcji ciepła, odbudowuję dawną formę podczas porannej jogi i posiłków, które dostarczają mi tego, czego obie z rosnącą pod moim sercem dzidzią potrzebujemy, i ciągnę ile się da z ziemi, która choć na zewnątrz uśpiona, to w swoich głębiach kryje olbrzymią energię i nowe życie, które aż pali, by wystrzelić na powierzchnię i rozbłysnąć życiodajnym światłem.

Wszystkim, których również w tym roku zima trochę przytłoczyła i zamiast odpoczynku przyniosła ze sobą jeszcze większe zmęczenie, życzę, by nadchodzący Imbolg i wydłużające się powoli dni już teraz dodały energii potrzebnej do ruszenia z miejsca i powolnego wybudzania się z zimowego snu J  



       

2 komentarze:

  1. Może stan o jakim piszesz był potrzebny? Nieraz by właściwie odczuć "przebudzenie" trzeba zejść na najniższy i głęboki poziom snu. By potem otworzywszy oczy, doświadczyć być może jeszcze pełniej tego wszystkiego. Ładnie to opisałaś. Teraz, będąc w błogosławionym stanie masz w sobie ogromny ładunek miłości i współczucia. Zawsze uważałem że to najpiękniejszy okres w życiu kobiety- wspaniałego uczucia które łączy to co "na górze" z tym "co na dole". Twoje ciało i świadomość stały się katalizatorem najpiękniejszych energii jakie tylko istnieją we Wszechświecie. Tak mi się wydaje. Ale czytając wpis widzę że wiesz o tym doskonale. Pozdrawiam i dużo pięknych chwil życzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Też myślę, że ten stan był mi potrzebny, nie tylko dla mnie samej i mojego osobistego rozwoju, ale również, by dzięki temu lepiej rozumieć ludzi, z którymi pracuję lub zamierzam pracować (kobiety w ciąży).
    Ślicznie dziękuję za Twoje życzenia i miłe słowa :-) Życzę Ci, żeby i Tobie ta zima przyniosła to, czego potrzebujesz :-)

    OdpowiedzUsuń