poniedziałek, 28 stycznia 2013

"Nie umiemy przewidywać najistotniejszego", czyli w poszukiwaniu imbolgowo-disablotowych inspiracji




Może to kwestia braku słońca, a może dzisiejszej Wilczej Pełni, której wpływy można było odczuć już nad ranem - najpierw ja w półśnie zaczęłam prorokować na temat potrzeby oczyszczenia dusz, a następnie kolega śpiący w salonie wrzeszczeć coś w jakimś arabsko podobnym języku - ale od samego rana czuliśmy zew natury i potrzebę odczucia świeżości, jaką niosą ze sobą wydłużające się dni.


A więc postanowiliśmy wybrać się do lasu, ja i dwoje asatryjczyków, nie zważając na zwały przykrywającego ziemię śniegu oraz płaty świeżego puchu, wciąż obficie spadającego z nieba. Wysiedliśmy na ostatniej stacji metra i wraz z tabunem zaopatrzonych w kijki i biegówki zapaleńców ruszyliśmy w stronę nordyckiej dziczy.


Tabun udał się na prawo, gdzie wytyczono trasę dla narciarzy, my natomiast na lewo, zakładając, że w taki dzień jak ten, na szlaku prowadzącym do małego jeziorka ukrytego w lesie nie spotkamy wielu podróżników. Tak też się stało.


Brnęliśmy więc w śniegu niczym małe wilcze stado, zlizując z gałęzi śnieg, nawąchując i starając się odnaleźć drogę, która choć latem łatwa do ustalenia, teraz ginęła w ogromie otaczającej nas bieli. Wyruszyliśmy na poszukiwanie imbolgowo-disablotowych inspiracji, czegoś, co by nas natchnęło, poruszyło, czegoś duchowego  i przepełnionego powagą. Podążaliśmy jedno za drugim, po śladach wyznaczonych przez norweskich szaleńców – bo obcokrajowców o taki hardcore nie podejrzewam - którzy wcześniejszą porą postanowili wybrać się na ten sam szlak.  

Pomimo oczekiwań, nasłuchiwania i uważnego wypatrywania, wielkie uduchowienie jednak nie przyszło. Co natomiast przyszło, to urocza i posiadająca moc oczyszczania zdrowa głupawka J Porysowaliśmy więc na śniegu, pobujaliśmy się na hamakach, które ktoś latem rozwiesił nad w tej chwili zupełnie zamarzniętym jeziorem, a następnie zapomniał ściągnąć, polataliśmy – szczególny podziw należy się w tym miejscu przedstawicielowi pogaństwa nordyckiego, który pokazał jak bardzo potrafi być true J - z gołymi lub częściowo obnażonymi klatami, a przede wszystkim wyśmialiśmy się za wszystkie czasy J Po powrocie natomiast, zmęczeni, częściowo przemoczeni i zmarznięci, ale z niegasnącym na twarzach uśmiechem, wygrzaliśmy wszelkie zimno na saunie i zwieńczyliśmy to niedzielne popołudnie gorącą zupą fasolową, przygotowaną na wegetariańskim rosołku i z utrzymaniem wszelkich zasad zdrowego odżywiania J 


Podsumowując ten dzień podczas wieczornej medytacji przyszło mi do głowy, że choć planowanie jest dobre, ponieważ pomaga nam świadomie i efektywnie wykorzystać posiadany czas, to często zbyt doprecyzowane oczekiwania, szczególnie w zakresie duchowości, potrafią odebrać nam możliwość doświadczenia tego, co ofiarować w danym momencie pragnie świat i bogowie. Czasem dobrze jest więc wyłączyć umysł, przestać analizować, oderwać się od planu i po prostu wytarzać się w śniegu J Jakkolwiek dobrymi architektami swojego życia byśmy bowiem nie byli – pozwólcie, że posłużę się tu słowami Antoine’a de Saint-Exupéry - „nie umiemy przewidywać najistotniejszego”.

 * * *

sobota, 26 stycznia 2013

"Wicca - religia czarownic dla tych, którzy chcą wiedzieć i zrobić pierwszy krok, by doświadczyć" na Allegro

Od teraz książkę mojego autorstwa "Wicca - religia czarownic dla tych, którzy chcą wiedzieć i zrobić pierwszy krok, by doświadczyć" można zakupić bezpośrednio ode mnie poprzez portal Allegro

Cena książki przy zakupie przez Allegro: 37,99 zł. (44,00 zł.) 

Krótko o książce, relację ze spotkania premierowego oraz kilka pierwszych recenzji można znaleźć tutaj.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Imbolgowe przebudzenie



Przebudziłam się! Nareszcie się przebudziłam z apatii, która czy to przez ciążę czy przez wyjątkowo brzydką pogodę, może przez złą dietę, może wirusy, które jeden po drugim mnie atakowały, a najpewniej za sprawą połączenia się wszystkich tych czynników, ogarnęła mnie pod koniec zeszłego roku. To była jakaś makabra. Niby zimowy sen - bo jakby nie było zaszyłam się w domu, pod ciepłym kocem - a jednak taki, który wcale nie dawał regeneracji, nie dostarczał sił, a jedynie ściągał w jakiś ciemny dół, głębiej i głębiej. Nie czytałam, nie pisałam, a było i wiele takich dni, kiedy nawet nie mówiłam i zamiast tłumaczyć otaczającym mnie ludziom, o co mi chodzi, miałam ochotę przykleić sobie do piersi karteczkę z informacją „dajcie mi spokój”. Myśli kotłowały mi się w głowie, a że jak wiadomo, negatywne przyciąga negatywne, tak więc z każdym dniem pogrążałam się coraz bardziej w swoim niezadowoleniu, rozżaleniu, które – co raczej nie poraża błyskotliwością – zamiast rozwiązania trapiących mnie kłopotów, przynosiły jedynie większy dół i rozpaczliwą chęć ucieczki nie tylko przed światem, ale i przed samą sobą. Szczęśliwie były również chwile, kiedy w momencie przebłysku, zamiast użalać się nad swoim losem, który swoją drogą jest wspaniały i nie powinnam powiedzieć na jego temat złego słowa, siadałam naprzeciw ołtarza, którego centralne miejsce zajmuje olbrzymi Budda-Dziecko, zamykałam oczy i w ciszy czekałam. I wtedy odzywał się znajomy głos lub rozbrzmiewała muzyka, która mnie wypełniała, kojąc wszystkie bóle powstałe w moim ciele czy umyśle, i przynosząc światło, którego po raz pierwszy tak brakowało mi w te norweskie wczesnozimowe dni.

Dzięki tym właśnie momentom zebrałam się w końcu w sobie. Kupiłam kilka mądrych książek na temat ciąży i zdrowego, wegetariańskiego odżywiania, powoli zaczęłam się ruszać, uśmiechać sama do siebie, częściej zaglądać do Buddy i więcej przebywać na świeżym powietrzu. Kaszel – pozostałość ostatniej grypy, z której tym razem musiało mnie wyciągnąć uzdrawianie praniczne, a nie z lenistwa brana aspiryna – jeszcze od czasu do czasu o sobie przypomina, jednak poprawa stylu życiu już teraz wyraźnie daje się odczuć, nawet jeśli nie stało się to od razu. Resztki grypy wypacam na saunie, dostarczając sobie przy okazji brakujących porcji ciepła, odbudowuję dawną formę podczas porannej jogi i posiłków, które dostarczają mi tego, czego obie z rosnącą pod moim sercem dzidzią potrzebujemy, i ciągnę ile się da z ziemi, która choć na zewnątrz uśpiona, to w swoich głębiach kryje olbrzymią energię i nowe życie, które aż pali, by wystrzelić na powierzchnię i rozbłysnąć życiodajnym światłem.

Wszystkim, których również w tym roku zima trochę przytłoczyła i zamiast odpoczynku przyniosła ze sobą jeszcze większe zmęczenie, życzę, by nadchodzący Imbolg i wydłużające się powoli dni już teraz dodały energii potrzebnej do ruszenia z miejsca i powolnego wybudzania się z zimowego snu J