sobota, 21 grudnia 2013

Noc Zimowego Przesilenia

I staję  oko w oko z nocą. Może nie najdłuższą, ale na pewno najciemniejszą.

Już tu kiedyś  byłam. Pamiętam ciemność i zimno, i strach. Pamiętam kamienną posadzkę, bose stopy i własny ciężki oddech. Krople potu i urażonej dumy pomiędzy piersiami, na policzkach cierniowe łzy, w ustach krwawy smak. I znowu jest noc, głęboka noc. Koło się zamknęło. Po latach wielkie Koło Życia wykonało swój obrót, by powrócić. Ale czy aby w dokładnie to samo miejsce?

Jestem. Stoję. Prosto i z głową uniesioną. Świadoma szalonej walki w głowie, świadoma niewidzialnej dziury w brzuchu, świadoma oddechu, świadoma siebie. A więc coś się jednak zmieniło. Czy zmieniło się miejsce czy zmieniłam się ja?

I nagle słychać śmiech. Mój własny, choć z początku jakby obcy. Śmiech wypełniający świat i moje własne obolałe żalem ciało. Coraz głośniejszy, coraz pełniejszy, coraz… Śmiech, który niszczy powagę chwili, poważnej i głębokiej chyba tylko dla zasady. Niczym delikatna zorza na północnym niebie. Rozjaśnia i maluje, nie niszcząc piękna ciemności.


I w chwili znika i zimno i strach. A ciemność pieści i tuli, i tańczy. Więc roześmiana tańczę i ja. Nie na kamiennej posadzce! Teraz już wiem, że to pod stopami to nie podłoga – to marmurowy ołtarz Bogini.
 


poniedziałek, 18 listopada 2013

Będzie e-book! :-)

Z przyjemnością chciałabym ogłosić, że jeszcze przed końcem listopada 2013 książka mojego autorstwa

„Wicca – religia czarownic dla tych, którzy chcą wiedzieć i zrobić pierwszy krok, by doświadczyć”

ukaże się w księgarniach internetowych w formie e-booka :-)



Korektę do wydania elektronicznego wykonała wiccanka tradycyjna i moja ukochana siostra w Rzemiośle, Aleksandra Jędraszewska.


Dla tych, którzy nie mieli jeszcze w rękach wersji papierowej, poniżej zamieszczam  fragmenty recenzji, jakie wyszły spod ręki tradycyjnych wiccan, pogan innych ścieżek, znawców tematu oraz osób poszukujących swojej drogi:


„(…) książkę polecam każdemu, kto zaczyna interesować się pogaństwem, czarownictwem, wicca i zastanawia się, czy to dla niego, czy może niekoniecznie. Każdemu, kto potrzebuje podstawowych informacji z czym i jak to jeść, od czego zacząć i w którym kierunku zwrócić wzrok. Każdemu, kto chce poczuć klimat, w jakim zanurzone są współczesne czarownice.”
- Aleksandra Sygin Sek’ach, wiccanka tradycyjna (1°)


„(…) sympatycznie napisane wprowadzenie do wicca eklektycznego, z informacjami, że istnieje również coś takiego jak wicca tradycyjne i inicjacja. Dużo ładnych kolorowych zdjęć.”
- Enenna, wiccanka tradycyjna (2°)


„Książkę dostałam kilka dni temu i połknęłam w dwie godziny.(…) Myślę, że zabrakło w książce pewnych ‘wiccanizmów’, które być może spowodowałyby, że ci, którzy nie lubią wicca lub przynajmniej większość wiccan nie czytałaby książki z tak wielką przyjemnością, ale za to można by się z niej więcej dowiedzieć. Mówiąc to nie chcę umniejszać zasługi Mojmiry, bo jednak można się z tej książki co nieco dowiedzieć. Pod względem merytorycznym bowiem jest kilka rzeczy, z którymi się nie zgadzam, ale nie widziałam żadnych bardzo rażących błędów. (…) ta książka jest bardzo ciekawa jako książka pisana przez osobę na początku ścieżki.” 
- Agni, wiccanka tradycyjna (3°)


„Książka Mojmiry to bardzo pouczająca pozycja. Na dobrą sprawę rzekłbym, niezbędnik w biblioteczce każdej młodej kandydatki czy kandydata na prawdziwą wiccankę czy wiccanina. Jej podstawową zaletą jest to, że duża ilość bogato ilustrowanych stron ze zdjęciami bardzo przejrzyście pokazuje nam schemat wiccańskiego ołtarza, rytuału etc. Autorka nie pominęła filozoficznych rozważań nad sprawami wyższej duchowości – książka zawiera prywatne przemyślenia nad tematami egzystencjonalnymi.”
- Silinez, religioznawca

Każdy, kto przeczyta tą pozycję czegoś się nauczy. A przede wszystkim - poczuje się dobrze. Bo czytanie tej książki zmienia. Na lepsze! :-D Jest pewną drogą, wskazówką, przewodnikiem - bez względu na to, czy trafi w ręce przyszłego wiccanina, czy kogoś całkiem innego. Pokazuje piękno tej ścieżki, radość z bycia poganką i wszystkie zalety życia w zgodzie ze sobą oraz w harmonii z naturą.
- Vrede, asatryjka

„Mojmira pisze prostym, czytelnym dla każdego językiem. Bez „ezonadęcia” i fanfaronady. Czyta się wspaniale, tym bardziej że książka tryska humorem i pozytywną energią – tak samo jak Mojmira. To chyba pierwsza publikacja polskiej autorki, która pokazuje jaką wicca jest, o co chodzi z inicjacją, i jak to wszystko wygląda na naszym słowiańskim podwórku.  Rozdział po rozdziale tłumaczy o co z tym całym współczesnym czarownictwem chodzi. A przede wszystkim pisze tak, jak najlepiej jest pisać o duchowości – ze swojego punktu widzenia, nie uzurpując sobie prawa do prawdy objawionej.”
- Asus, szaman

Pisząc (…) o wicca, Mojmira jednocześnie pisze o pogaństwie i o samym życiu jako takim. Pomiędzy wersami zawiera szereg subtelności bardzo uniwersalnych, a za to podanych w prostej, przystępnej, pozbawionej nadmiaru ozdobników i pokrętnych egzaltacji formie. Tym samym - posunęłabym się do stwierdzenia - że daje nam do ręki książkę dla czarownic różnorakiego formatu. Niezależnie od ścieżki.”
- Larhetta, asatryjka
  

Książka jest tak ciekawa, że czyta się ją jednym tchem, dosłownie się ją chłonie.”
- Ania, czytelniczka

Książka moim zdaniem świetna i dziękuję za taki dar dla polskiego "rynku magicznego".” 

- C. F., czytelnik

sobota, 5 października 2013

Jesienne refleksje. Równonoc.

Jakiś czas temu zadzwoniłam do przyjaciela. Nie jest to najodpowiedniejsze słowo na określenie naszej relacji, jednak lepsze chyba tak naprawdę nie istnieje. Jest to bowiem jedna z tych osób w moim otoczeniu, o których mogę powiedzieć, że bardziej ich czuję niż znam, że są bliscy i dalecy jednocześnie, a wymiana między nami zachodzi nie tyle podczas rozmów, ile w ciszy pomiędzy słowami i przestrzeni pomiędzy spotkaniami. Tak więc zadzwoniłam do przyjaciela, pozytywnego wariata, żeby zapytać jak się ma. Odpowiedź nie zdziwiła mnie i właściwie zdziwić nie mogła, bo od kiedy go znam, u niego zawsze jest wszystko w porządku. I nie dlatego, że obiektywnie jest – w ostatnich latach rozpadła mu się żona (a przy tym małżeństwo), ułożone życie zachwiało się w posadach, musiał zmierzyć się z żalem, bólem, poczuciem zawiedzenia, z kłopotami finansowymi - ale dlatego, że w jego oczach nic nie dzieje się bez przyczyny i wszystko stanowi przyczynę dla czegoś nowego. Parę miesięcy temu w ramach spełnienia dawnych marzeń i podążając za maksymą „jeśli nie teraz, to kiedy”, wypowiedział mieszkanie, część rzeczy sprzedał, część oddał, a resztę zapakował w cztery duże walizy i przeprowadził się… do samochodu. Przez jednych okrzyknięty świrem, przez innych uznany za uosobienie wyzwolonego umysłu, mieszkał tak sobie gdzie chciał, gdzie było najwygodniej lub gdzie widok o poranku był najpiękniejszy, szczęśliwy i spełniony, mimo oczywistych niewygód, z tym samym co zwykle promiennym uśmiechem na twarzy. I wszystko byłoby cudownie, gdyby któregoś dnia ktoś nie postanowił zaczaić się i okraść mu „domu”. Z jednej strony nie zginęło aż tak wiele - kilkanaście koszul, kilka kurtek, śpiwór, dwie gitary, torba fotograficzna, trochę kosmetyków itp. – z drugiej jednak to był przecież niemal cały jego dobytek. A on? A on z lekką nostalgią w głosie pożałował jedynie dysków, na których znajdowały się pliki ze zdjęciami z jego podróży; zdjęciami niezwykłymi, bo zawierającymi utrwaloną wolność, przestrzeń, wiatr, zapachy, smaki…

Cała ta sytuacja wydarzyła się kilka tygodni temu, niedługo przed ostatnim sabatem, i przywiodła mi na myśl dwie refleksje. Podczas medytacji w okresach równonocy – jesiennych czy wiosennych - zawsze koncentrowałam się na równowadze, tej w życiu i w przyrodzie. Nigdy natomiast nie zastanowiłam się nad tym, że równowaga, a przynajmniej ta najłatwiej zauważalna, bo niewymagająca przyjęcia szerokiej perspektywy, trwa bardzo krótko. W samym Kole Roku to przecież tylko 2 na 365 dni! I w życiu jest dokładnie tak samo. Równowaga istnieje, jednak ciężko wyznaczyć dla niej konkretny punkt. Najczęściej możemy powiedzieć, że w danej sferze życia jesteśmy albo na wozie albo pod wozem. I dopiero spoglądając na całokształt naszej twórczości niejako z góry, jesteśmy w stanie dostrzec, że nie ma czegoś takiego jak „pod” czy „nad” – jest po prostu wóz; idealnie wyważony, idealnie skonstruowany. 
I druga myśl. Obserwując siebie i ludzi wokół zaczynam coraz częściej dostrzegać fakt, że najszczęśliwsi są jednak ludzie bogaci. Trik polega natomiast na tym, że – podobnie jak w przypadku piękna - pojęcie bogactwa jest względne. Bo jak często mawia mój tato (który pod względem finansowym znajduje się w tej lepiej żyjącej części naszego społeczeństwa), bogatym nie jest ten, kto obiektywnie dużo posiada, ale ten, kto się za takiego uważa. I to i widać i czuć. Bogaci są uśmiechnięci i pozytywnie nastawieni do otaczającej ich rzeczywistości. Żyją jak chcą, robią, co chcą, mają otwarte umysły, są prawdziwi i niestety nadal dosyć rzadcy. I choć ich bogactwa nie da się wpłacić na konto, nie można za nie kupić giełdowych akcji ani ulokować ich w nieruchomościach, to jednak ludzie bogaci - jeśli tylko chcą - potrafią to swoje wewnętrzne bogactwo przełożyć na materialny dostatek.   

Tak więc, oby Bogaczy przez duże B było coraz więcej i obyśmy w każdej sytuacji dostrzegali to, co może nam ona przynieść dobrego. Bo choć prawem natury jest dążenie do równowagi, to nasze życie bardziej przypomina sinusoidę niż linię prostą, i ani wzloty ani upadki nie mogą trwać w nieskończoność.


poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy… Czas żniw.

Wszystkim, których rozpoznaję na nowo; tym, z którymi pożegnania są zapowiedzią jeszcze piękniejszych przyjaźni; i nawet tym, z którymi rozchodzę się z prawdziwą przyjemnością.


W trakcie swojego życia spotykamy różnych ludzi. Z jednymi się zaprzyjaźniamy, pokochujemy, wiążemy na lata, innych odpychamy, znienawidzamy, ignorujemy. Jedni stają się naszymi nauczycielami, inni nic nieznaczącymi epizodami. Za jednymi tęsknimy, gdy odchodzą, innych żegnamy wyzwiskami. Czasem dzieje się tak, że z nie do końca zrozumiałych powodów coś idzie źle i ludzie bardzo nam bliscy znikają z horyzontu, pozostawiając po sobie bolesną pustkę i uwierające poczucie niedopowiedzenia, niekiedy krzywdy, czasem natomiast ta sama pusta i ten sam ból powstają w wyniku naszych własnych wyborów, gdy żadna z opcji nam dostępnych nie wydaje się być idealnie dobrą czy jednoznacznie złą.

Okres pomiędzy świętem lammasowym i jesienną równonocą to mój ulubiony czas w pogańskim Kole Roku. A jednak wraz z zapachami nadchodzącej jesieni wiatr nieustannie przynosi mi w pakiecie wspomnienia nieszczęśliwie utraconych przyjaźni, źle zakończonych związków oraz pytania o przyczynę, o sens i o to, czy wszystko mogło potoczyć się inaczej. I właściwie nic w tym dziwnego, bo to przecież czas na takie właśnie refleksje. W Lammas bóg poświęca siebie dla dobra ludzi; podejmuje trudną decyzję o samoofiarowaniu, by cykl życia, śmierci i odrodzenia nie został przerwany ani naruszony; świadomie oddaje coś, by w zamian zyskać coś innego. Niedługo po tym, w Mabon*, osamotniona i nieco smutna, choć jednocześnie nosząca pod sercem jego nienarodzonego następcę bogini, udaje się do podziemi**, zabierając ze sobą melodie, bogactwo oraz kolory ciepłej pory roku. Ziemia powoli staje się chłodna i milcząca, a żniwa przypominają, że dobry plon pochodzi tylko z dobrego siewu.

Melancholia ogarnęła mnie i w tym roku, kiedy ponownie nadszedł czas żniw i podsumowywania dokonań, a jednak coś się zmieniło; coś, co pozwoliło przełamać dotychczasowy schemat. Ten rok nie przyniósł bowiem odpowiedzi, na które czekałam, w zamian za to pokazał jednak, że nie w nich, a w umiejętności wybaczania sobie samej kryje się prawdziwa nauka. Nie stał się środkiem przeciwbólowym (jak to się mówi: czas leczy rany), pokazał za to, że pamięć może zmotywować do starań o zmianę tego, co już dawno zdawało się być przesądzone. I nagle znalazły się drogi powrotu w miejsca, które niegdyś zarosły, i znalazły się bramy, choć wcześniej widać było tylko nieprzekraczalne mury. Pełne przejście przez jedne z nich zajmie jeszcze sporo czasu, a jednak wykonanie pierwszych kroków napawa nadzieją i pokazuje, że jest to wykonalne; inne z nich otworzyły się same, jakby od dawna czekały na właściwy moment i na gotowość obu stron.  Okazało się, że kiedy pojawiła się chęć i odwaga, pojawił się i sposób, a melancholię zastąpiło poczucie wykonania kawałka dobrej roboty, a do tego spokój oczekiwania na niosącą regenerację i odpoczynek zimę. Nie obyło się w prawdzie bez małych rozczuleń, bo jednak życie toczy się dalej, a pożegnania są czymś nierozerwalnie z nim połączonym. Coś musi odejść, by nowe mogło się narodzić. Są to jednak już inne pożegnania; nie smutne i nie rozrzewniające - jedne pełne słońca, inne pełne swoistej ulgi. 

* Tradycyjni wiccanie używają wyłącznie terminu równonocy jesiennej na określenie tego święta.
** W innej wersji schodzi ona do królestwa podziemnego dopiero w Samhain.    


* * *

wtorek, 13 sierpnia 2013

Czarownice są piękne! *

- Nie rozmazałam się? – zapytała z uśmiechem, po czym - nie czekając na moją odpowiedź - przejrzała się kontrolnie w niewielkim lusterku, stanowiącym część kawiarnianej lady. - Bo wiesz, - dodała z nieukrywaną dumą - dziś zrobiłam sobie makijaż.

Chwilkę później na ladzie pojawiły się dwa orzeźwiające napoje, na które czekałyśmy, a my, wyszukawszy najprzyjemniejsze miejsca do siedzenia, z radością przystąpiłyśmy do ich konsumpcji oraz pogaduch o magii, twórczości, sensie życia i tych wszystkich ważnych i nieważnych rzeczach, które wydarzyły się od ostatniego spotkania. Dopiero wieczorem, kiedy powolnym krokiem wracałam do domu i w ciszy kontemplowałam przepięknie malujący się na ciemnobłękitnym niebie sierp księżyca, przypomniałam sobie o tych słowach wypowiedzianych przez moją przyjaciółkę-czarownicę i na myśl o nich oraz nasuwającej się jednocześnie refleksji uśmiechnęłam się sama do siebie.

Makijaż, o którym mowa, stanowił tak delikatne pociągnięcie rzęs tuszem, że trudno było je dostrzec i nie miało nic wspólnego z tapetą, jaką niektóre kobiety potrafią oblepić sobie twarz. Dodawał wyjątkowości, ale nie dzięki wprowadzeniu zmiany, a za sprawą podkreślenia tego, co już samo w sobie posiadało moc zniewalania i elektryzowania. Nie to, żeby niektóre z nas nie lubiły porządnie się pomalować (włączając w to body painting :-)) i wykorzystać dostępne na rynku kosmetyki, by zaskoczyć, zwrócić uwagę, skuteczniej oczarować, jednak nie robimy tego, by ukryć niedoskonałości, czy podleczyć kulejące poczucie własnej wartości, ale dla czystej przyjemności, zabawy i by pokazać, że jesteśmy piękne bez względu na to, w jakim procencie wpasowujemy się we współcześnie panujące kanony.

Bo czarownice są piękne! Fizycznie piękne! Są takie, ponieważ takimi się czują i ponieważ wiedzą, że tak jest. Takimi się widzą, a dzięki temu ich piękno dostrzegają również inni. Niektóre lubią się dobrze ubrać i nałożyć mocniejszy makijaż, inne nie przykładają wagi do markowych ciuchów i zasad dobierania kolorów, a jednak i od jednych i od drugich bije ten sam blask, który sprawia, że to, co mają na sobie ostatecznie nie ma znaczenia. Czarownice są piękne, ponieważ chcą i ponieważ znają swoją prawdziwą, boską, naturę. Wiedzą, że o ducha należy dbać z taką samą starannością jak o ciało, jego świątynię, i że jedno nierozłącznie wiąże się z drugim. Czarownice przybierają się w uśmiech i blask w oczach, od których młodnieje skóra i wygładzają zmarszczki, nakładają balsamy z pozytywnego nastawienia do życia, które z osobistego słownika eliminują słowo cellulit, a do tego posiadają wiedzę na temat zdrowego stylu życia i odpowiednią rezerwę w stosunku do tych, którym zazdrość wykrzywia twarze, a na język nasuwa złośliwości.

A co w tym wszystkim najważniejsze i po co była ta cała pisanina… Z moich obserwacji wynika, że czarownica nie jest piękna, ponieważ najpierw stała się czarownicą. Ona staje się czarownicą, ponieważ najpierw potrafiła stać się piękna. 


* Czarownicami są oczywiście zarówno kobiety, jak i mężczyźni, ale natchnienie tak mnie poniosło, że wyszło bardziej o kobietach i dla kobiet :-)

* * *

wtorek, 30 lipca 2013

GRECKI PORANEK, czyli sztuka posługiwania się emocjami

 Obudziło mnie uporczywe bzyczenie komara i duchota panująca w hotelowym pokoju. Zły początek dnia! Otworzyłam zaspane oczy i rzuciłam okiem na śpiące obok mnie dziecko, szukając śladów zbrodni dokonanej przez latającego potwora. Tym razem ani jednego ugryzienia. Choć tyle na pocieszenie. Podniosłam się i - po części świadomie, po części na autopilocie - udałam się do toalety. Widok nierówno opalonego czoła w lustrze nie poprawił ogólnej sytuacji. Nie mogło poprawić jej również śniadanie, na które po raz dziesiąty podano dokładnie ten sam zestaw, ani mina mojego męża, który z wyrazem bezsilnego zniesmaczenia przez większą część jego trwania bawił się mechanicznie suszonymi bananami, pływającymi w płaskim talerzu zalanym mlekiem. Nie ma to jak subtelne próby zachęcenia hotelowych gości do rezygnacji ze śniadania. W końcu w Grecji panuje kryzys… :-/

Podczas wakacji cały normalny plan dnia idzie zazwyczaj w rozsypkę, a poza tym latanie z malą i mantrowanie pozytywnych afirmacji i tak nie wchodziło w rachubę ze względu na małego szkraba, który tego dnia również obudził się nie w sosie. (Czasem zastanawiam się czy to tylko przypadek, czy to dziecko jest ze mną do tego stopnia zsynchronizowane, że przejmuje wszelkie emocje, pod których wpływem w danym momencie się znajduję.) A jednak wystarczyło coś innego, w pewnym sensie przypadkowego, co ciągu kilku minut odmieniło dzień z „lewonożnego” na „prawonożny” i raz jeszcze uświadomiło mi, że jeśli tylko chcę, sama mogę decydować o jakości każdej chwili. Tym czymś okazał się krótki artykuł na blogu przyjaciółki, przeczytany w biegu pomiędzy zmianą bobasowej pieluchy a wciąganiem na siebie stroju kąpielowego, który wywołał we mnie stan radosnego uniesienia, pociągając za sobą pozytywną lawinę, w niepamięć obracającą wszelkie poranne niedogodności. I w mgnieniu oka wszystko znowu było wspaniałe, a to, co nie było, zdawało się (i faktycznie się okazywało) łatwym do naprawienia!  


Zasada funkcjonowania tego mechanizmu jest prosta: emocje przyciągają myśli, myśli tworzą rzeczywistość. Zabawa polega jednak na tym, że działa on bez względu na to czy pragniemy swoim losem pokierować czy dajemy się ponieść przypływom i odpływom codzienności. Rozpocząć dzień nie najlepiej wcale nie jest trudno; wystarczy do tego nocny koszmar, niewygodne łóżko czy, jak w moim wypadku, upierdliwy owad krążący nad głową i zmęczenie powodowane niedziałającą klimatyzacją. Potem okazuje się, że mleko do kawy się zepsuło, ukochany zapomniał dać buzi na dzień dobry, a kot akurat tego dnia musiał pomylić balkonową donicę z kuwetą. I staczamy się po równi pochyłej, zwalając wszystko na niczemu winną lewą nogę. Cała natomiast sztuka, by w porę zorientować się, co się święci (jeśli odczekamy za długo, może okazać się, że zabraknie nam siły woli, by coś zmienić), zatrzymać się i zrobić coś, co wywoła na naszej twarzy szczery uśmiech. Następuje zwrot, a zasada choć działa jak działała, zamiast nieszczęść przyciągać zaczyna tylko to, co dobre. A to co dobre wcale nie musi oznaczać nagłych cudów. Najczęściej wystarcza bowiem zmiana perspektywy i ujrzenia szklanki w połowie pełnej, a nie pustej.


* * *

czwartek, 11 kwietnia 2013

CZAROWNICA NA ŚLUBNYM KOBIERCU, czyli o pogańskich zrękowinach cz.2



Przez całe dwa pierwsze tygodnie czerwca lał deszcz, a ja – co dzień przeczesując wszelkie portale w poszukiwaniu pozytywnych prognoz, których uparcie nie było - powoli zaczynałam powątpiewać czy zamówiona na zaślubiny pogoda faktycznie okaże się taka, jakiej sobie życzyliśmy. A było to o tyle ważne, że nasz handfasting miał odbyć się pod gołym niebem, daleko za miastem i bez wykorzystania jakichkolwiek przeciwdeszczowych zabezpieczeń. I mimo że telewizja oraz internet zapowiadały deszcz również na wyczekiwany przez nas weekend, w piątkowy poranek stał się cud i zza chmur wyszło słońce, które pozostało z nami aż do wyjazdu w podróż poślubną, fundując temperatury, jakich nikt się nie spodziewał :-)

Na ceremonię zrękowin (handfasting) wybraliśmy z mężem miejsce nieopodal Ślęży, za rodzinnym Wrocławiem, i pamiętam jak dziś, jak mokra od deszczu była trawa jeszcze w ten piątkowy poranek, kiedy pojechaliśmy przygotować wszystko na wieczorny rytuał, i jak pluskała nam w przemoczonych butach woda, kiedy koło południa – już w pełnym słońcu - wracaliśmy do domu, by zająć się dalszą częścią przygotowań. A wbrew pozorom trochę tego było, choć muszę powiedzieć, że moje doświadczenia związane z organizacją tak zrękowin, jak i sobotniej ceremonii w USC oraz wesela, są dużo lepiej przeze mnie wspominane niż w wypadku większości par, jakie znam. Po części sprawił to fakt, że niemal wszystkie formalności załatwialiśmy z mężem sami, a więc nie było spięć ani kłótni o to, co jak ma wyglądać, bo decyzje należały do nas, główną jednak zasługą było chyba nasze niezachwiane przekonanie, że będzie tak, jak chcemy (mój nieuduchowiony mąż to też niezła wiedźma :-) ). I choć czasu od zaręczyn do ślubu było niewiele, a wszyscy twierdzili, że nie uda nam się załatwić ani odpowiedniego miejsca ani muzyków, a już na pewno nie w ustalonym przez nas terminie (weekend w połowie czerwca!) i w połączeniu z pogańskimi „wariactwami”, to nie tylko udało się zaklepać wymarzoną Karczmę i ukochanego DJ-a oraz logistycznie tak wszystko rozplanować, by pogańska impreza została oddzielona od reszty upojną nocą poślubną, to jeszcze wszystko odbyło się dokładnie w dniach, jakie sobie wymyśliliśmy :-)

Ceremonia Zrękowin odbyła się więc w piękny piątkowy wieczór, już po zachodzie słońca, w obecności najbliższych, przy śpiewie ptaków, zapachu traw i z dostojną górą Ślężą w tle. Było nas niemal 50 osób i jeszcze podczas podróży autokarem zostały rozdzielone zadania, jakie należało wykonać w ramach przygotowań do rytuału, więc wszystko poszło bardzo sprawnie. Jedni dekorowali zakreślony rano wstępnie krąg, inny szykowali ołtarz i zbierali kwiaty do jego ozdobienia, jeszcze inni ogarniali wykładanie jedzenia przygotowanego na porytualną bibę, natomiast garstka najbardziej zestresowanych swoim pierwszym pogańskim "razem" udawała, że coś robi, popijając w między czasie piwo i licząc na to, że ukoi ono nieco strach przed nieznanym :-) Byli też i tacy, którzy przed rytuałem odmawiali chrześcijańskie modlitwy lub starali się zagłuszyć sumienie (wcześniej zostali uczciwie poinformowani, iż udział w pogańskim rytuale obłożony jest grzechem ciężkim), jednak okadzanie podczas wstępowania w krąg chyba na wszystkich zadziałało nadzwyczaj pozytywnie :-)   

Rytuał rozpoczęli szamani, uczestników do kręgu zaprosiła przedstawicielka pogaństwa nordyckiego, naszą przewodniczką była wiccanka, świadkami asatryjka i chrześcijanka, natomiast sam rytuał poprowadziła joginka. Było pouczenie otrzymane od Posłańców Żywiołów, było wiązanie sznurami, przysięga i wymiana obrączek, było skakanie przez miotłę i życzenia składane przy rogu wypełnionym miodem, a także śpiewy i sporo śmiechu. A potem było ognicho, lał się miód, wino i piwo, były rozmowy i pozowanie do zdjęć, a wszystko zakończyło się przepięknymi, prawie czterominutowymi fajerwerkami. Dalej był już tylko czas, by zapakować się do czekającego na nas autokaru i wrócić do Wrocławia, gdzie jedni udali się na odpoczynek przed kolejnym, bogatym w program, dniem, inni pognali w miasto w celu dalszej zabawy, a ja z mężem w kierunku sypialni, by tam przypieczętować zawarcie małżeńskiego związku :-)


Więcej nie ma co się na ten temat rozpisywać, poniżej zamieszczam bowiem link do filmiku z ceremonii, który udało mi się w końcu pociąć i nieco zmodyfikować (ten od fotografów był za długi i za dużo było na nim nieistotnego gadania lub treści zbyt prywatnych), a na którym wszystko ładnie widać. Wybaczcie tylko techniczne niedociągnięcia, filmik jest bowiem efektem mojej pierwszej przygody z Movie Maker'em





sobota, 2 lutego 2013

Imbolgowe uzdrawianie


A więc uleciały resztki zimowego ospania, a jego miejsce w całości wypełniła rozpierająca energia, gotowa do spożytkowania. Długie noce, śnieg i mróz panujące  tu na północy nie dają jednak jeszcze możliwości do pełnego rozpędzenia się, a poza tym najpierw wypadałoby wziąć się za małe porządki i przygotowanie na wiosnę, która dla mnie samej szykuje w tym roku nowe wyzwania, między innymi w postaci przyjęcia na ten świat mojego pierwszego dzieciątka. Dodatkowo już za kilkanaście dni stuka mi długo wyczekiwana 30-stka i choć do wieku nie przywiązuję wielkiej wagi, to jednak ta równa liczba daje poczucie, że pewien etap życia się kończy, a więc dobrze byłoby zrobić jakieś podsumowanie i zrobić plan na kolejne lata.

Tak więc korzystając z ogólnie panującej o tej porze roku aury i wyznaczając sobie czas do Imbolgu, postanowiłam sporządzić trzy listy. Pierwsza to rzeczy, których dokonałam, marzeń, które spełniłam, ważnych spraw, które zamknęłam; druga to rzeczy, których nie zrobiłam, mimo że chciałam, ale na dobrych chęciach się skończyło, oraz spraw, które w ten czy inny sposób zawaliłam; trzecia natomiast to lista moich nawyków i cech, tych pozytywnych i tych negatywnych, z wyróżnieniem tej, z której jestem najbardziej dumna i tej, która najbardziej mi przeszkadza i nad którą zobowiązuję się popracować.

Wyszło nie najgorzej. Pierwsza lista okazała się być bardzo satysfakcjonująca, bowiem większość marzeń i postawionych sobie celów osiągnęłam. Żyję dokładnie tak, jak chciałam żyć, mieszkając w krainie fjordów, mało pracując, dużo podróżując, pisząc, ucząc się i ucząc innych, oraz mając czas i fundusze na większość swoich zachcianek. Z drugą listą również nie było tak źle, jak mi się wydawało, choć jak już kiedyś gdzieś napisałam, można ją podsumować jednym zdaniem: kiedy już coś psuję, to po całości. Trzecia lista okazała się być największym wyzwaniem i jej tworzenie zajęło mi całe dwa tygodnie, dzień w dzień, jakie przeznaczyłam sobie na jej sporządzenie. Efektu jej tworzenia mogłam się spodziewać, jednak myślenie o czymś to zwykle jedno, a zapisanie i przyjrzenie się temu fizycznemu wyrażeniu myśli to drugie. Nie dosyć, że jest to bardziej bolesne, wyraża bowiem jednoznaczne przyznanie się przed samym sobą „tak, taka właśnie jestem”, to na dodatek sprawia, że nie ma już odwrotu i - jeśli faktycznie zależy nam na pracy nad sobą - że trzeba zabrać się za siebie i to w tej chwili.   

Imbolg to sabat, który między innymi związany jest ze sztuką uzdrawiania. A uzdrawianie można rozumieć nie tylko jako przywracanie balansu w ciele czy duszy, ale również jako naprawianie wybranego aspektu naszego życia. Jaki więc okres w roku mógłby być lepszy na zabranie się za ulepszanie siebie, jeśli nie czas wokół tego właśnie sabatu, i jaki lepszy rytuał dla uzyskania boskiej pomocy i kierownictwa niż imbolgowy? Jako że mieszkam w Skandynawii i do tutejszych bogów mi najbliżej, swój rytuał poświęciłam Eir, nordyckiej bogini, którą Snorri nazywa „najlepszym z uzdrowicieli”, a o której wzmiankę można znaleźć w najstarszym norweskim czasopiśmie medycznym. Tradycja mówi, że bogini ta znała się dobrze na ziołach, a sztukę leczenia i uzdrawiania przekazywała wyłącznie kobietom, choć obecnie uważa się ją patronkę wszystkich uzdrowicieli i lekarzy, bez względu na ich płeć.

Pomimo kilku stopni poniżej zera i sporej warstwy śniegu zalegającej lasy, postanowiłam odprawić go na łonie natury – przy zamkniętych rytach wiccańskich świątynie domowe zupełnie mi nie przeszkadzają, ale tu, w Norwegii, i podczas rytuałów otwartych jakoś nie mogę się do czegoś takiego przekonać - w miejscu nad jeziorem, które już nie raz było do tego celu wykorzystywane i zdążyło zyskać swoją wyjątkową energię. Ze sobą zabrałam Podróż Odyna, karty stworzone na bazie nordyckiej mitologii, dzięki którym chciałam uzyskać podpowiedź, w jaki sposób najlepiej poradzić sobie z tym, co chciałam w sobie uzdrowić.

Eir okazała się być bardzo konkretna, otrzymana wskazówka prosta i właściwie oczywista, a rytuał budujący i pomimo przeszywającego zimna, rozgrzewający i rozświetlający ciepłem panującej podczas jego trwania atmosfery. Do domu wróciłam w prawdzie zmarznięta – co szybko naprawiła krótka sesja w saunie – ale uśmiechnięta i naenergetyzowana. Pomedytowałam jeszcze trochę nad otrzymaną kartą i najlepszym sposobem wdrożenia w życie ukrytej w jej obrazach rady, zanotowałam wszystko, co uznałam za warte zapamiętania, w moim magicznym dzienniku, a następnie -  z wiarą w pomoc i opiekę Eir - wzięłam się z miejsca za zastosowanie otrzymanej wskazówki. Z miejsca, bo jak pokazuje lista nr.3, odkładanie na później (czyli na nigdy) jest jednym z moich czołowych złych nawyków zakwalifikowanych do usunięcia.


    

poniedziałek, 28 stycznia 2013

"Nie umiemy przewidywać najistotniejszego", czyli w poszukiwaniu imbolgowo-disablotowych inspiracji




Może to kwestia braku słońca, a może dzisiejszej Wilczej Pełni, której wpływy można było odczuć już nad ranem - najpierw ja w półśnie zaczęłam prorokować na temat potrzeby oczyszczenia dusz, a następnie kolega śpiący w salonie wrzeszczeć coś w jakimś arabsko podobnym języku - ale od samego rana czuliśmy zew natury i potrzebę odczucia świeżości, jaką niosą ze sobą wydłużające się dni.


A więc postanowiliśmy wybrać się do lasu, ja i dwoje asatryjczyków, nie zważając na zwały przykrywającego ziemię śniegu oraz płaty świeżego puchu, wciąż obficie spadającego z nieba. Wysiedliśmy na ostatniej stacji metra i wraz z tabunem zaopatrzonych w kijki i biegówki zapaleńców ruszyliśmy w stronę nordyckiej dziczy.


Tabun udał się na prawo, gdzie wytyczono trasę dla narciarzy, my natomiast na lewo, zakładając, że w taki dzień jak ten, na szlaku prowadzącym do małego jeziorka ukrytego w lesie nie spotkamy wielu podróżników. Tak też się stało.


Brnęliśmy więc w śniegu niczym małe wilcze stado, zlizując z gałęzi śnieg, nawąchując i starając się odnaleźć drogę, która choć latem łatwa do ustalenia, teraz ginęła w ogromie otaczającej nas bieli. Wyruszyliśmy na poszukiwanie imbolgowo-disablotowych inspiracji, czegoś, co by nas natchnęło, poruszyło, czegoś duchowego  i przepełnionego powagą. Podążaliśmy jedno za drugim, po śladach wyznaczonych przez norweskich szaleńców – bo obcokrajowców o taki hardcore nie podejrzewam - którzy wcześniejszą porą postanowili wybrać się na ten sam szlak.  

Pomimo oczekiwań, nasłuchiwania i uważnego wypatrywania, wielkie uduchowienie jednak nie przyszło. Co natomiast przyszło, to urocza i posiadająca moc oczyszczania zdrowa głupawka J Porysowaliśmy więc na śniegu, pobujaliśmy się na hamakach, które ktoś latem rozwiesił nad w tej chwili zupełnie zamarzniętym jeziorem, a następnie zapomniał ściągnąć, polataliśmy – szczególny podziw należy się w tym miejscu przedstawicielowi pogaństwa nordyckiego, który pokazał jak bardzo potrafi być true J - z gołymi lub częściowo obnażonymi klatami, a przede wszystkim wyśmialiśmy się za wszystkie czasy J Po powrocie natomiast, zmęczeni, częściowo przemoczeni i zmarznięci, ale z niegasnącym na twarzach uśmiechem, wygrzaliśmy wszelkie zimno na saunie i zwieńczyliśmy to niedzielne popołudnie gorącą zupą fasolową, przygotowaną na wegetariańskim rosołku i z utrzymaniem wszelkich zasad zdrowego odżywiania J 


Podsumowując ten dzień podczas wieczornej medytacji przyszło mi do głowy, że choć planowanie jest dobre, ponieważ pomaga nam świadomie i efektywnie wykorzystać posiadany czas, to często zbyt doprecyzowane oczekiwania, szczególnie w zakresie duchowości, potrafią odebrać nam możliwość doświadczenia tego, co ofiarować w danym momencie pragnie świat i bogowie. Czasem dobrze jest więc wyłączyć umysł, przestać analizować, oderwać się od planu i po prostu wytarzać się w śniegu J Jakkolwiek dobrymi architektami swojego życia byśmy bowiem nie byli – pozwólcie, że posłużę się tu słowami Antoine’a de Saint-Exupéry - „nie umiemy przewidywać najistotniejszego”.

 * * *

sobota, 26 stycznia 2013

"Wicca - religia czarownic dla tych, którzy chcą wiedzieć i zrobić pierwszy krok, by doświadczyć" na Allegro

Od teraz książkę mojego autorstwa "Wicca - religia czarownic dla tych, którzy chcą wiedzieć i zrobić pierwszy krok, by doświadczyć" można zakupić bezpośrednio ode mnie poprzez portal Allegro

Cena książki przy zakupie przez Allegro: 37,99 zł. (44,00 zł.) 

Krótko o książce, relację ze spotkania premierowego oraz kilka pierwszych recenzji można znaleźć tutaj.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Imbolgowe przebudzenie



Przebudziłam się! Nareszcie się przebudziłam z apatii, która czy to przez ciążę czy przez wyjątkowo brzydką pogodę, może przez złą dietę, może wirusy, które jeden po drugim mnie atakowały, a najpewniej za sprawą połączenia się wszystkich tych czynników, ogarnęła mnie pod koniec zeszłego roku. To była jakaś makabra. Niby zimowy sen - bo jakby nie było zaszyłam się w domu, pod ciepłym kocem - a jednak taki, który wcale nie dawał regeneracji, nie dostarczał sił, a jedynie ściągał w jakiś ciemny dół, głębiej i głębiej. Nie czytałam, nie pisałam, a było i wiele takich dni, kiedy nawet nie mówiłam i zamiast tłumaczyć otaczającym mnie ludziom, o co mi chodzi, miałam ochotę przykleić sobie do piersi karteczkę z informacją „dajcie mi spokój”. Myśli kotłowały mi się w głowie, a że jak wiadomo, negatywne przyciąga negatywne, tak więc z każdym dniem pogrążałam się coraz bardziej w swoim niezadowoleniu, rozżaleniu, które – co raczej nie poraża błyskotliwością – zamiast rozwiązania trapiących mnie kłopotów, przynosiły jedynie większy dół i rozpaczliwą chęć ucieczki nie tylko przed światem, ale i przed samą sobą. Szczęśliwie były również chwile, kiedy w momencie przebłysku, zamiast użalać się nad swoim losem, który swoją drogą jest wspaniały i nie powinnam powiedzieć na jego temat złego słowa, siadałam naprzeciw ołtarza, którego centralne miejsce zajmuje olbrzymi Budda-Dziecko, zamykałam oczy i w ciszy czekałam. I wtedy odzywał się znajomy głos lub rozbrzmiewała muzyka, która mnie wypełniała, kojąc wszystkie bóle powstałe w moim ciele czy umyśle, i przynosząc światło, którego po raz pierwszy tak brakowało mi w te norweskie wczesnozimowe dni.

Dzięki tym właśnie momentom zebrałam się w końcu w sobie. Kupiłam kilka mądrych książek na temat ciąży i zdrowego, wegetariańskiego odżywiania, powoli zaczęłam się ruszać, uśmiechać sama do siebie, częściej zaglądać do Buddy i więcej przebywać na świeżym powietrzu. Kaszel – pozostałość ostatniej grypy, z której tym razem musiało mnie wyciągnąć uzdrawianie praniczne, a nie z lenistwa brana aspiryna – jeszcze od czasu do czasu o sobie przypomina, jednak poprawa stylu życiu już teraz wyraźnie daje się odczuć, nawet jeśli nie stało się to od razu. Resztki grypy wypacam na saunie, dostarczając sobie przy okazji brakujących porcji ciepła, odbudowuję dawną formę podczas porannej jogi i posiłków, które dostarczają mi tego, czego obie z rosnącą pod moim sercem dzidzią potrzebujemy, i ciągnę ile się da z ziemi, która choć na zewnątrz uśpiona, to w swoich głębiach kryje olbrzymią energię i nowe życie, które aż pali, by wystrzelić na powierzchnię i rozbłysnąć życiodajnym światłem.

Wszystkim, których również w tym roku zima trochę przytłoczyła i zamiast odpoczynku przyniosła ze sobą jeszcze większe zmęczenie, życzę, by nadchodzący Imbolg i wydłużające się powoli dni już teraz dodały energii potrzebnej do ruszenia z miejsca i powolnego wybudzania się z zimowego snu J