piątek, 30 listopada 2012

Po co wiedźma chodzi do wróżki


Dużo czasu zajęło mi zabranie  się za jakieś bardziej wymierne działania niż tylko chodzenie na zajęcia Somayogi, a następnie zrobienie kursu instruktorskiego, ale taką już mam naturę, że bez względu na to, jak sytuacja wygląda z zewnątrz i co swoim zachowaniem staram się pokazać, w środku mnie zawsze utrzymuje się przekonanie, że w danych obszarze jestem ciągle niewystarczająco dobra.

Na brak wsparcia narzekać nie mogłam, bo miałam je tak ze strony mojej mistrzyni, jak i ze strony przyjaciół, ciągle jednak brakowało mi jeśli nie pieniędzy na opłacenie wynajmu odpowiedniego lokalu, to odwagi i zaparcia, by zabrać się porządnie za organizację. I taka sytuacja utrzymywała się przez ponad rok, choć w różny sposób starałam się podbudować i przekonać siebie, że z czegoś takiego również można żyć i że poradzę sobie z prowadzeniem grupy. Przerażała mnie nie tylko niepewność co do wystarczalności wyrobionych przeze mnie godzin pod okiem nauczyciela – choć nie wiem, ile musiałabym ich wyrobić, żeby takową pewność zdobyć - ale przede wszystkim fakt, że zajęcia siłą rzeczy musiałyby odbywać się w dwóch językach.

Czarownice, szczególnie te, które same zajmują się stawianiem kart, nie muszą chodzić do wróżek. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać. I wcale nie chodzi o brak wiary we własne umiejętności czy obiektywizm (choć w istotniejszych sprawach czasem również), ale przede wszystkim o to, że czasem i czarownica potrzebuje świeżego spojrzenia, nie naznaczonego więzami przyjaźni czy chociażby ogólną znajomością sytuacji życiowej pytającego o wskazówki.

Tak więc kilka miesięcy temu wylądowałam u wróżki. Może za sprawą wewnętrznego głosu, może przez dziwny zbieg okoliczności, a może po prostu z nudów i za sprawą namowy kumpeli, która pewnego pięknego popołudniu zrobiła najazd na moje domostwo i z rumieńcami na twarzy oraz rozwianymi we wszystkie strony włosami, zaczęła opowiadać o swojej własnej wizycie u tego duchowego przewodnika, namawiając mnie gorąco, bym również się do niej udała. A że koleżanka była bardzo przekonująca, a ja nie miałam lepszego przeznaczenia dla kilkunastu setek właśnie zaoszczędzonych koron (pani była dosyć droga nawet jak na norweskie warunki), postanowiłam zapisać się na wizytę.

Z godzinnej rozmowy z bardzo miłą Brytyjką, która odbyła się w nastrojowym pokoju z dużą ilością świec, kadzidłem i wielkim pudełkiem chusteczek higienicznych, przygotowanych na wypadek potencjalnego rozklejenia się klienta, wyniosłam dużo więcej informacji niż się spodziewałam. Nie było tam kart ani run, nie było czytania z kuli, lustra czy herbacianych fusów, co przy moim wyuczonym sceptycyzmie wydawałoby się odpowiedniejsze i łatwiejsze do przyjęcia, bo jednak w pewnym stopniu fizyczne i namacalne. Pani pracowała natomiast z Przewodnikami, a więc jej zadaniem było przede wszystkim słuchanie tego, co mięli do powiedzenia Przewodnicy i powtarzanie zdobytych informacji. Od czasu do czasu dodawała też komentarze od siebie i zadawała pytania pomagające jej zrozumieć nie zawsze jasne komunikaty płynące z duchowej rzeczywistości. I tak - nie mówiąc o sobie zupełnie nic i przychodząc z kompletnie inną sprawą - poznałam przy okazji szczegóły zagmatwań karmicznych istniejących od tysiącleci pomiędzy mną a moją arcykapłanką, ogólny kierunek mojej dalszej wędrówki, jak również pewne zadania, które mam do wykonania w tym życiu. Co najważniejsze jednak, mogłam z zupełnie nie związaną ze mną osobą, której pewnie już nigdy więcej nie zobaczę, porozmawiać o tym, czego się boję i posłuchać co ma do powiedzenia na ten temat ona sama oraz istoty, które według niej razem z nami wzięły udział w tej sesji.

To była piękna wymiana energetyczna, podczas której obie dostałyśmy to, czego w danym momencie najbardziej było nam trzeba. Ja dostałam w końcu możliwość totalnego wygadania się - nieobciążonego wyrzutami sumienia, że zarzucam kogoś własnymi problemami - oraz olbrzymią dawkę motywacji do dalszych działań; ona mogła cieszyć się poczuciem odwalenia kolejnego kawałka dobrej roboty i portfelem poszerzonym o odpowiednią ilość pachnącej dużymi zakupami energii. I bez względu na to czy pani Wróżka faktycznie rozmawiała z Przewodnikami i czy mówiła prawdę na temat tego, czym się w życiu powinnam zajmować, fakty mówią same za siebie. Nie tylko bowiem na krótko po tym spotkaniu wzięłam się w końcu za tworzenie dawno planowanej – i opatrzonej promienną nazwą Świątynia Słońca - strony internetowej, poświęconej mojej własnej działalności, ale zdobyłam się również na ruszenie z zajęciami Somayogi tu w Oslo. I muszę powiedzieć, że jestem szczęśliwa jak nigdy, bo wszystko układa się po mojej myśli, a ja czuję, że znajduję się dokładnie tam, gdzie powinnam J


Każdy z nas potrzebuje czasem wygadania się i wysłuchania obiektywnej oceny sytuacji, w jakiej się znajduje. I choć przeważnie odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie jesteśmy w stanie sobie zadać, znajdują się również w naszych wnętrzach, to jednak szukamy potwierdzenia ich poprawności poza nami, co może mieć dobre lub złe konsekwencje. Wydaje mi się jednak, że jeśli trafimy w tych poszukiwaniach na dobrą i mądrą osobę, zachowując przy tym zdrowy dystans do usłyszanych informacji, to ich efekty mogą być tylko i wyłącznie pozytywne. Ja na taką właśnie osobę chyba trafiłam, choć wiadomo, że weryfikacja tego typu opinii wymaga dłuższego czasu. Jak na razie jednak jest po prostu super J



2 komentarze: