środa, 23 maja 2012

CZAROWNICA NA ŚLUBNYM KOBIERCU, czyli o pogańskich zrękowinach cz.1


Zapachniało latem, posmakowało czereśniami i od razu poczułam, że czas zabrać się za przygotowania do tego, o czym nawet myślenie przychodziło mi przez ostatnie pięć miesięcy z trudem. Paradoksalnie, bo zawsze robiłam takie rzeczy od ręki. Siadałam, brałam ołówek i kartkę papieru, czasem w domu, czasem w pracy, a czasem w tramwaju pomiędzy przystankami, i w kilka minut miałam cały skrypt. A tym razem pustka, nic, zero, zupełnie jakby wyczerpał mi się nakład.

Pisanie rytuału z okazji sabatu czy esbatu to pestka, pisanie rytuału na własny ślub – to się nazywa wyzwanie... szczególnie przy moich skłonnościach do perfekcjonizmu i świadomości, że rolę Kapłanki, na której będzie spoczywała największa odpowiedzialność, będę musiała powierzyć nie sobie ;-)

Zaraz po zaręczynach wszystko wyglądało idealnie i prosto. Naturalnym wydawało mi się, że będzie to wielka ogólnopogańska biba gdzieś u stóp góry Ślęży, a ślubu udzieli mi moja wiccańska arykapłanka, starsza i wiekiem i doświadczeniem, ustatkowana, dzięki której w oczach osób nie zorientowanych – a tych miało być dosyć sporo - nie wyglądalibyśmy wyłącznie jak banda młodych świrów, którzy nie dojrzeli jeszcze do normalnego, dorosłego życia. Cały plan runął bardzo szybko, kiedy w trakcie rozmowy o szczegółach wyszło na jaw, że na zrękowinach mają pojawić się nie tylko osoby o orientacji prowiccańskiej, ale także poganie innych ścieżek … i to nawet nim zdążyłam dodać, że moją świadkową ma być asatryjka.

Wyprowadzona z równowagi istotą „problemu” i z poczuciem żalu, że bezsłownie zostałam postawiona przed wyborem „albo my, albo oni”, bliska byłam odwołania całego zamieszania i skupienia się na podpisaniu dokumentów w Urzędzie Stanu Cywilnego oraz na następującej po tym fakcie imprezie weselnej. Wiedząc jednak, że ostatecznie nie przeżyłabym takiego obrotu sprawy, ogłosiłam, że zrobi się kameralne spotkanko z – jak ją nazwałam - Ceremonią Przysięgi i odłożyłam wszelkie planowanie na kolejne kilka miesięcy. Aż do niedawna, kiedy to odwiedzając Ślężę, stanęłam w miejscu, które obrałam sobie na złożenie małżeńskiej przysięgi, i rozejrzawszy się dookoła uświadomiłam sobie, że jeśli teraz nie zabiorę się za organizację choćby kogoś, kto skosi chaszcze sięgające po pachy, to mówiąc dosadnie, będę w ciemnej dupie. I tym sposobem zostałam zmotywowana do działania J
* * *
Rytuał wiązania rąk, zrękowiny czy, posługując się terminem pochodzącym z języka angielskiego,  handfasting, to rytuał, podczas którego dłonie Młodych zostają symbolicznie związane, a oni składają sobie przysięgę małżeńską, której treść najczęściej sami układają. Podczas takiej ceremonii płeć partnerów nie ma znaczenia, czas trwania związku może być określony na całe życie, wiele żyć lub – dla tych, którzy chcą się jedynie sprawdzić – na rok i jeden dzień, a słowa przysięgi często zawierają sformułowanie „póki miłość trwać będzie”. O ile na Zachodzie wiele udzielających taki ślubów kapłanów/kapłanek posiada uprawnienia urzędników państwowych, a tym samym udzielony przez nich ślub uznawany jest przez państwo za legalny, o tyle w Polsce pewnie jeszcze długo będzie można o takiej sytuacji jedynie pomarzyć, a więc pary pragnące pełnej legalizacji muszą dodatkowo udać się do USC w celu dopełnienia formalności. 

Wiązanie rąk, będące centrum rytuału, ma długą historię i bogatą symbolikę. Jednym z tradycyjnych sposobów jego przeprowadzenia jest ten, w którym przyszli małżonkowie stają do siebie twarzami i łączą swoje prawe oraz lewe  dłonie tak, by stworzyły , czyli symbol nieskończoności, połączenia tego, co żeńskie z tym, co męskie, symbol Słońca i Księżyca, symbol jedności. Tak połączone dłonie obwiązywane są dla przypieczętowania składanej przysięgi sznurami i pozostawione w tym stanie na czas rytuału lub do momentu fizycznej konsumpcji związku. Innym charakterystycznym elementem zrękowin jest skok przez miotłę wykonywany najpierw przez Młodych, a następnie przez wszystkie chętne zapewnić sobie pomyślność pary.
* * *
O kapłanienie poprosiłam najbardziej nadającą się do tego osobę, której uśmiech i wewnętrzne światło idealnie pasują do tego typu ceremonii. Nie związana z żadną konkretną pogańską ścieżką, lubiana chyba przez wszystkich i sama otaczająca ludzi uniwersalną miłością, moja nowa Kapłanka stanęła nagle, ale i z odpowiednią motywacją, przed stresującym faktem nauczenia się na pamięć dosyć sporej ilości tekstu, który wymyśliłam sobie jako składową moich idealnych zrękowin J Z zaplanowanego kameralnego spotkanka pozostał oczywiście puch, jako że lista gości, którzy bezdyskusyjnie muszą pojawić się na ceremonii, już dawno przerosła planowane 20 osób i powoli zbliża się do 60-tki, natomiast, co pozostało ze zrodzonego z poczucia zawiedzenia pomysłu, to postanowienie, by rytuał był na tyle odległy wiccańskiemu, na ile to możliwe – bez kreślenia kręgu i przywołania żywiołów, bez zapraszania bogów i  wzniecania jakiejkolwiek energii. I nawet bez szat, które zawsze tak bardzo lubiłam i z zamiłowaniem szyłam, a bardziej zwyczajnie: kobiety w sukniach, a mężczyźni… nawet i po piłkarsku (w końcu będzie to Euro J ).

Tak więc chaszcze zostały skoszone, rytuał rozpisany, Kapłanka, Świadkowie oraz pozostali czynni uczestnicy (choć niektórzy jeszcze o tym nie wiedzą J ) wybrani, a ja w końcu zyskałam motywację, by zaopatrzyć się w odpowiednio kwiecistą suknię ślubną i zaprojektować wygląd fryzury J Teraz największym wyzwaniem pozostaje już tylko stworzenie polowej toalety i wyczarowanie przepięknej pogody na dzień zaślubin, ale biorąc pod uwagę ilość szamanów, asatryjczyków, wiccan oraz innych „niezrzeszonych” wiedźm i czarodziejów, nie powinno stanowić to wielkiego problemu J

Ciąg dalszy nastąpi… J

Blessed Be! J        

* Zdjęcia umieszczone w artykule pochodzą z książki mojego autorstwa, natomiast mężczyzna u mojego boku to przyjaciel poproszony o pomoc w ich tworzeniu, nie zaś mój przyszły małżonek :-)