piątek, 13 kwietnia 2012

Cuda uzdrawiania praniczego


Kiedy - będąc już po pierwszym spotkaniu z kobietą, która miała stać się moją Nauczycielką – postanowiłam zgłębić temat i zakupiłam książkę pt. „Cuda uzdrawiania pranicznego”, pomyślałam sobie, że z tymi cudami, to autor chyba lekko przesadził. Przeczytałam oczywiście imponujące relacje znajdujące się w przedostatnim rozdziale, jak również wyjaśnienie znajdujące się gdzieś na początku, że nie chodzi tu o jakieś paranormalne działania, a o zwykłe przyspieszenie samouzdrowieńczych właściwości naszego organizmu, ale jakoś i tak gryzł mnie ten tytuł. Raz, że przeczytanie o „cudownych” uzdrowieniach, a ich doświadczenie, to dwie różne rzeczy, tym bardziej dla mojego wstrętnie i czasem bardzo irytująco sceptycznego umysłu, a dwa, że skoro uzdrawianie praniczne to coś normalnego, to po co posługiwać się słowem, które imputuje coś wymykającego się standardowemu pojmowaniu rzeczywistości. No i tak mnie to gryzło, oczywiście do czasu, a dokładnie do zeszłego tygodnia, kiedy najpierw dzięki swoim dłoniom i umysłowi, a następnie na własnym ciele doświadczyłam autentycznego cudu J

Trochę już uzdrawiam pranicznie i nie powiem, żebym nie miała powodów do zadowolenia czy dowodów na to, że uzdrawianie tą metodą działa fantastycznie. „Ściąganie” bólów głowy, brzucha czy innych tym podobnych dolegliwości nigdy nie robiło na mnie wrażenia i zawsze jakoś tłumaczyłam sobie to możliwością przypadku, ale już „naprawienie” poparzonego palca znajomego, który jeszcze w nocy strasznie bolał i naznaczony był wielkim bąblem wypełnionym płynem surowiczym, a po którym kilka godzin później pozostała jedynie delikatnie wyschnięta skórka, było odbierane przez mój umysł jako coś, co można uznać za skutek działania prany i mojego „machania rękami”. A jednak nadal było mi mało, i to nawet w przypadkach, kiedy efekty mojego uzdrawiania widać było niemal zaraz po zakończeniu wykonywania zabiegu. Nie pomagały również ani przekonywania mojej Nauczycielki ani nawet zupełnie niezależnych i pochodzących z różnych stron świata osób zajmujących się tą tematyką, że uzdrawianie to coś, do czego się urodziłam i jeśli poświęcę temu odpowiednio dużo energii/pracy, moje zdolności będą się rozwijać. Może powoli do tego dorastałam, a może musiałam Boginię lub tych, którzy tak naprawdę przeze mnie uzdrawiają, o to poprosić, fakt faktem, otrzymałam w końcu dowód, którym mogłam nakarmić swój niedowierzający umysł J   

Wracając do Norwegii z tegorocznego sabatu równonocy wiosennej dowiedziałam się, że pewna osoba - z którą jak się później okazało jestem dużo bardziej związana niż mi się początkowo wydawało – jest bliska śmierci, a lekarze nic nie są już w stanie zrobić. Osoba ta przeszła dopiero co poważną operację, jej stan był krytyczny, a rodzinie kazano przygotować się na święta spędzone w żałobie. Tymczasem jeszcze tego samego wieczoru wspomniana osoba poczuła się dużo lepiej, po dwóch dniach – ku przerażeniu pielęgniarek - wstała, a po bodajże pięciu była już w domu J Ja za to przeżyłam trzy najbardziej niesamowite zabiegi, jakich w swojej uzdrowicielskiej karierze udzieliłam, połączone z widzeniami i ze zwiększoną ogólną wrażliwością na bodźce. Ale to nie wszystko. Po kilku zaledwie dniach od „wyciągnięcia” poszkodowanej ze szpitala, sama stanęłam w sytuacji wymagającej pomocy. Dopadła mnie bowiem grypa jelitowa, a kto to pieróństwo przechodził wie, co to za masakra. A ja miałam istny Armagedon! Największy problem polegał jednak na tym, że właśnie przyleciałam do Wrocławia i miałam zaledwie dwa dni na zrobienie rzeczy, na które należałoby poświęcić co najmniej drugie tyle, a siły na samouzdrawianie nie miałam za grosz. Wijąc się więc z bólu wymęczonego żołądka, stawów, mięśni i założyłabym się że nawet i samych kości, a mając akurat chwilę wolnego od toalety, chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do tej, która w końcu uzdrawiania mnie nauczyła: „Jeśli tylko masz czas, to błagam, podaj numer konta, na które mam przelać trochę potrzebnej Ci energii i zabij wirusa, który zaraz wykończy moje wnętrzności i zniweczy plany.” No i zabiła J Następnego dnia obudziłam się cudnie wypoczęta, pełna energii, bez śladu bólu i co najpiękniejsze – Ci, którzy mnie znają osobiście i wiedzą jak kocham dużo i dobrze zjeść, zrozumieją to najpełniej - nieprzyzwoicie głodna J I wcale nie było powolnego wracania do normalnego jedzenia (choć, wstyd się przyznać, nawet moja Uzdrowicielka to zalecała ;-)). Ja byłam zwyczajnie i wbrew ogólnym zasadom przechodzenia grypy zupełnie zdrowa J

I to był cud J A właściwie dwa cuda J Nie dokonane za pomocą ponadnaturalnych zdolności, a jednak cudowne, bo zaistniałe wbrew przewidywaniom konwencjonalnej medycyny i bezdyskusyjnie wymykające się standardowemu pojmowaniu rzeczywistości. A może cuda były jednak trzy? J Tyle bowiem wyjdzie, jeśli do pomocy w ucieczce z objęć śmierci oraz zażegnania jelitowo-żołądkowej katastrofy dodać pokonanie własnego sceptycyzmu J Przynajmniej w kwestii uzdrawiania J       
   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz