poniedziałek, 23 stycznia 2012

Rozpoczynając dzień Powitaniem Słońca


"Powitanie Słońca" oraz krótka medytacja uśmiechu w ramach dwóch pierwszych punktów programu na nowy dzień to właściwie zawsze zapowiedź dobrego dnia. Niestety jako osoba, której systematyczność i samodyscyplina nadal pozostawiają wiele do życzenia, od czasu do czasu zdaję się o tym umyślnie zapominać. Oddaję się wówczas lenistwu pod postacią odstawienia na bok przekonania, że to jak się czuję i w jaki sposób wykorzystuję ofiarowane mi przez życie możliwości, zależy wyłącznie ode mnie, i pogrążam się - z uśmiechem przebiegłego stratega - w dobrze spreparowanym, aczkolwiek przy bliższej obserwacji na metr śmierdzącym oszustwem, bólu nad swoją własną egzystencją. Och, jak przyjemnie jest czasem poużalać się nad sobą, zwalić niepowodzenia na poczet złego losu, niefortunnego zbiegu wydarzeń, pomarudzić na to, czego nie mam i na tych, którzy mnie irytują. Jak fajnie jest wybielić się, odciąć i zwyczajnie odpocząć od myśli, że kształt mojego świata, a przede to, kim ja jestem i jak czuję się ze sobą oraz otaczającymi mnie ludźmi, zależy w dziewięćdziesięciu, jeśli nie stu, procentach ode mnie. I pewnie nie byłoby w tym nic bardzo złego, gdyby nie fakt, że czasem taki jednodniowy urlop od świadomego życia może wymknąć się spod kontroli. 

Takiego właśnie niekontrolowanego przedłużenia się "doła" doświadczyłam dzisiejszego poranka (w moim wypadku poranek nie zaczyna się przed godziną 10.00), kiedy otwarłszy oczy zorientowałam się, że chandra z dnia wczorajszego wcale nie ustąpiła. Wiedziałam więc, że jeśli nic z tym nie zrobię i dopuszczę do tzw. wstania lewą nogą (mechanizm wprawiany w ruch za pomocą jednej negatywnej porannej emocji, której poddanie się oznacza postępujące w zastraszającym tempie przyciąganie emocji oraz myśli jej podobnych, co owocuje wisielczym nastrojem i potencjalnymi nieszczęśliwymi wypadkami w ciągu całego dnia) mój poniedziałek zamieni się w ruinę, której szybkie naprawienie - ze względu na przymus pójścia do pracy, co już samo w sobie potrafi być dołujące ;-) - będzie utrudnione. Sapiąc więc, dysząc i za wszelką cenę starając się nie myśleć - skoro trudno było z miejsca myśleć pozytywnie, lepiej więc było przestać myśleć w ogóle - zwlekłam się z łóżka, rozwinęłam stojącą zawsze pod ręką matę do ćwiczeń i stanęłam w pozycji Namaste. 

"Powitanie Słońca" to jeden z najstarszych - i występujący w kilku nieznacznie odbiegających od siebie wariantach - ciąg asan jogi. Jego praktyka nie tylko rozgrzewa ciało, poprawia sylwetkę, zwiększa wytrzymałość oraz ma pozytywny wpływ na funkcjonowanie układu nerwowego, oddechowego, pokarmowego i krążenia, ale również fantastycznie energetyzuje ciało i wycisza umysł. A tyle właśnie -  plus często praktykowana przeze mnie o poranku krótka medytacja uśmiechu do świata i siebie samej - wystarcza, aby "lewonożny" poranek zamienić w kolejny piękny dzień :-) 

Sama praktykuję "Powitanie Słońca" w sposób, w jaki robi się to w Ashtandze Jodze, czyli łącząc każdy element z oddechem (pięć oddechów podczas "psa z głową w dół" oraz po jednym oddechu na każdy inny element). Ten właśnie wariant (tu wersja A) przedstawiam też poniżej na wypadek, gdyby ktoś pragnął wykorzystać go jako lek na niekontrolowaną chandrę oraz wzmocnić ciało i ducha :-)


I jeszcze krótki filmik w wykonaniu Izabeli Moskwy, pokazujący praktyczne jego wykonanie:


  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz