środa, 18 stycznia 2012

O Uzdrawianiu Pranicznym, o intuicji i o zwykłych poniedziałkach


O uzdrawianiu pranicznym po raz pierwszy usłyszałam kilka lat temu, w pozornie nieróżniący się od innych poniedziałkowy poranek, kiedy do mojego biurka przybiegła totalnie zaaferowana magicznie spędzonym weekendem koleżanka z pracy, by opowiedzieć mi o niesamowitej kobiecie odprawiającej hinduskie rytuały i uzdrawiającej poprzez aurę. Ani jedno ani drugie za wiele mi wówczas nie mówiło, jednak wsłuchując się w opowieści i rozświetlone oczy mojej rozmówczyni, odczułam w żołądku coś, co od zawsze niosło ze sobą zapowiedź nowej przygody. W głowie natomiast usłyszałam cichy, choć bardzo pewny swojej racji, głos: cokolwiek to jest, ty musisz się tego nauczyć.   

Pierwsze wrażenie z odwiedzin w domu Uzdrowicielki pozostawiło w mojej pamięci wspomnienie unoszącego się dookoła zapachu kadzidła, przyjenego ciepła otulającego wchodzących już od progu i panującego w całym mieszkaniu kojącego półmroku. W salonie, do którego zostałam zaproszona przez roześmianą i ubraną w trochę hinduskim stylu kobietę, powitał mnie wizerunek jej Mistrza - zaznaczć należy, że wizerunek jak najbardziej niepokrywający się z moimi przeświadczeniami na temat tego, jak taki Mistrz wyglądać powinien - oraz dumnie przechadzający się, choć chyba nie do końca panujący nad własnym apetytem, kot rasy podwórkowo-dachowej. 

Najpierw luźna rozmowa, czas na poznanie się i oswojenie z nowym miejscem, a wszystko przy sprzyjających temu procesowi świecach i świeżo parzonej herbacie. Problemów ze zdrowiem nie miałam, energii na codzień również mi nie brakowało, nieco kulały moje relacje z kilkoma osobami, ale wiedziałam, że z tymi sprawami sama muszę sobie poradzić. Chwilę wahałam się czy na poczekaniu nie wymyślić jakiejś niedającej się na  szybko udowodnić choroby, tak, żeby nieco złagodzić wydźwięk głównego powodu, dla którego się tu pojawiłam, ostatecznie uznałam jednak, że najlepiej nie owijać w bawełnę. Jak bowiem podpowiadała mi logika - bazująca na założeniu, że Uzdrowicielka zna się dobrze na swojej sztuce i będzie wiedziała, że kręcę - wolałam zostać uznana za wariatkę niż za hipochondryczkę, która przyłazi z nieistniejącą chorobą. Ku mojemu zdziwieniu, stwierdzenie, że przyszłam na zabieg głównie by go zobaczyć, ponieważ - z niejasnych powodów i zupełnie bez wiedzy na temat uzdrawiania pranicznego - mam poczucie, że jest to coś, czego muszę się właśnie od niej nauczyć, przyjęte zostało z uśmiechem i pełną akceptacją :-) 

Na czas zabiegu położyłam się na ziemi, na przygotowanej na taką możliwość karimacie, i otuliłam wełnianym swetrem, który ze sobą przyniosłam. Na początku nie chciałam zamykać oczu i z zainteresowaniem śledziłam zgrabne ruchy uzdrawiaczki, której dłonie i umysł najpierw oczyszczały, a następnie energetyzowały moją aurę. Od kiedy zaczęłam pracować z energią, moja wrażliwość zwiększyła się pokaźnie, nie zdziwiło mnie więc, kiedy już w pierwszych sekundach zabiegu poczułam coś jakby delikatny dotyk, mimo że dłonie Uzdrowicielki znajdowały się nie bliżej niż metr od mojego ciała. Po chwili ogarnęło mnie również trzymające już do końca bardzo przyjemne odprężenie, wręcz senność, której bez oporów się poddałam. Było mi wygodnie, ciepło i przyjemnie, czułam się bezpieczna i niczym jak podczas profesjonalnego masażu, kiedy z każdą minutą z ciała i ducha ustępują napięcia, a ich miejsce zajmuje czysta błogość. 

Zabieg trwał może 30 minut, a może godzinę. Czas, podobnie jak podczas pogańskiego rytuału, zupełnie się zatrzymał, a po zabiegu zbyt zaaferowana byłam poczuciem lekkości, wypoczęcia i nowego doświadczenia - podczas uzdrawiania po raz pierwszy w życiu zobaczyłam na własne oczy aurę żywego organizmu :-) - by sprawdzać stan zagarka. O której wyszłam ani jak długo szłam do domu, również nie pamiętam, ale pamiętam, że było mi dobrze. Tej nocy spałam też jak dziecko, by następnego dnia obudzić się z promiennym uśmiechem na twarzy i zadowoleniem w serduchu. Wiedziałam, że poprzedniego dnia rozpoczęłam swoją kolejną wielką wędrówkę, a w tym przekonaniu utwierdziły mnie namacalne efekty zabiegu, których nawet się nie spodziewałam :-)  

 * * *

   Trochę faktów na temat uzdrawiania pranicznego:

- Uzdrawianie praniczne to wysoko rozwinięty system medycyny energetycznej, w którym uzdrowiciel poprzez „bezdotykową” i bezbolesną pracę na bioplazmatycznym ciele żywego organizmu umożliwia pozytywne zmiany w jego ciele fizycznym. System ten bazuje na założeniu (wystarczy zaciąć się w palec, by natychmiast znaleźć dla niego potwierdzenie), że ciało każdej żywej istoty dąży do samouzdrowienia oraz że proces ten można wspomóc, przyspieszyć, a czasem wręcz umożliwić poprzez zwiększenie ilości prany w chorym miejscu lub w całej aurze danej osoby.

- Prana to życiodajna energia, którą każdy żywy organizm pobiera nieświadomie i jak najbardziej naturalnie z powietrza, z ziemi, z pożywienia oraz ze światła słonecznego. Czasem jednak dochodzi do sytuacji, w której z jakiś powodów w ciele energetycznym organizmu pojawia się zator, a prana nie może swobodnie płynąć swoim naturalnym torem, lub w której ciało eteryczne nie jest w stanie zdobyć odpowiedniej jej ilości, potrzebnej do poprawnego funkcjonowania. Powodem takiego stanu rzeczy może być zbyt szybko rozwijająca się choroba, której przeciwdziałanie pochłania więcej prany niż ciało eteryczne jest w tym samym czasie w stanie pobrać, a także zły tryb życia (nieobpowiednie żywienie, mało ruchu, stres, przepracowanie, brak energetycznej higieny).

- Uzdrawianie praniczne to uzdrawianie energią ukierunkowywaną przy pomocy myśli oraz woli, a więc możliwe do wykonania nie tylko w gabinecie uzdrowiciela czy w miejscu zamieszkania osoby proszącej o zabieg, ale również na odległość. Nie wymaga ślepej wiary w skuteczność metody, ani tym bardziej wiary w cuda, z którymi niewiele ma wspólnego, wymaga jednak pewnej otwartości, pozwalającej uzdrowicielowi wspomóc naszą naturalną zdolność do samoleczenia.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz