piątek, 30 listopada 2012

Po co wiedźma chodzi do wróżki


Dużo czasu zajęło mi zabranie  się za jakieś bardziej wymierne działania niż tylko chodzenie na zajęcia Somayogi, a następnie zrobienie kursu instruktorskiego, ale taką już mam naturę, że bez względu na to, jak sytuacja wygląda z zewnątrz i co swoim zachowaniem staram się pokazać, w środku mnie zawsze utrzymuje się przekonanie, że w danych obszarze jestem ciągle niewystarczająco dobra.

Na brak wsparcia narzekać nie mogłam, bo miałam je tak ze strony mojej mistrzyni, jak i ze strony przyjaciół, ciągle jednak brakowało mi jeśli nie pieniędzy na opłacenie wynajmu odpowiedniego lokalu, to odwagi i zaparcia, by zabrać się porządnie za organizację. I taka sytuacja utrzymywała się przez ponad rok, choć w różny sposób starałam się podbudować i przekonać siebie, że z czegoś takiego również można żyć i że poradzę sobie z prowadzeniem grupy. Przerażała mnie nie tylko niepewność co do wystarczalności wyrobionych przeze mnie godzin pod okiem nauczyciela – choć nie wiem, ile musiałabym ich wyrobić, żeby takową pewność zdobyć - ale przede wszystkim fakt, że zajęcia siłą rzeczy musiałyby odbywać się w dwóch językach.

Czarownice, szczególnie te, które same zajmują się stawianiem kart, nie muszą chodzić do wróżek. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać. I wcale nie chodzi o brak wiary we własne umiejętności czy obiektywizm (choć w istotniejszych sprawach czasem również), ale przede wszystkim o to, że czasem i czarownica potrzebuje świeżego spojrzenia, nie naznaczonego więzami przyjaźni czy chociażby ogólną znajomością sytuacji życiowej pytającego o wskazówki.

Tak więc kilka miesięcy temu wylądowałam u wróżki. Może za sprawą wewnętrznego głosu, może przez dziwny zbieg okoliczności, a może po prostu z nudów i za sprawą namowy kumpeli, która pewnego pięknego popołudniu zrobiła najazd na moje domostwo i z rumieńcami na twarzy oraz rozwianymi we wszystkie strony włosami, zaczęła opowiadać o swojej własnej wizycie u tego duchowego przewodnika, namawiając mnie gorąco, bym również się do niej udała. A że koleżanka była bardzo przekonująca, a ja nie miałam lepszego przeznaczenia dla kilkunastu setek właśnie zaoszczędzonych koron (pani była dosyć droga nawet jak na norweskie warunki), postanowiłam zapisać się na wizytę.

Z godzinnej rozmowy z bardzo miłą Brytyjką, która odbyła się w nastrojowym pokoju z dużą ilością świec, kadzidłem i wielkim pudełkiem chusteczek higienicznych, przygotowanych na wypadek potencjalnego rozklejenia się klienta, wyniosłam dużo więcej informacji niż się spodziewałam. Nie było tam kart ani run, nie było czytania z kuli, lustra czy herbacianych fusów, co przy moim wyuczonym sceptycyzmie wydawałoby się odpowiedniejsze i łatwiejsze do przyjęcia, bo jednak w pewnym stopniu fizyczne i namacalne. Pani pracowała natomiast z Przewodnikami, a więc jej zadaniem było przede wszystkim słuchanie tego, co mięli do powiedzenia Przewodnicy i powtarzanie zdobytych informacji. Od czasu do czasu dodawała też komentarze od siebie i zadawała pytania pomagające jej zrozumieć nie zawsze jasne komunikaty płynące z duchowej rzeczywistości. I tak - nie mówiąc o sobie zupełnie nic i przychodząc z kompletnie inną sprawą - poznałam przy okazji szczegóły zagmatwań karmicznych istniejących od tysiącleci pomiędzy mną a moją arcykapłanką, ogólny kierunek mojej dalszej wędrówki, jak również pewne zadania, które mam do wykonania w tym życiu. Co najważniejsze jednak, mogłam z zupełnie nie związaną ze mną osobą, której pewnie już nigdy więcej nie zobaczę, porozmawiać o tym, czego się boję i posłuchać co ma do powiedzenia na ten temat ona sama oraz istoty, które według niej razem z nami wzięły udział w tej sesji.

To była piękna wymiana energetyczna, podczas której obie dostałyśmy to, czego w danym momencie najbardziej było nam trzeba. Ja dostałam w końcu możliwość totalnego wygadania się - nieobciążonego wyrzutami sumienia, że zarzucam kogoś własnymi problemami - oraz olbrzymią dawkę motywacji do dalszych działań; ona mogła cieszyć się poczuciem odwalenia kolejnego kawałka dobrej roboty i portfelem poszerzonym o odpowiednią ilość pachnącej dużymi zakupami energii. I bez względu na to czy pani Wróżka faktycznie rozmawiała z Przewodnikami i czy mówiła prawdę na temat tego, czym się w życiu powinnam zajmować, fakty mówią same za siebie. Nie tylko bowiem na krótko po tym spotkaniu wzięłam się w końcu za tworzenie dawno planowanej – i opatrzonej promienną nazwą Świątynia Słońca - strony internetowej, poświęconej mojej własnej działalności, ale zdobyłam się również na ruszenie z zajęciami Somayogi tu w Oslo. I muszę powiedzieć, że jestem szczęśliwa jak nigdy, bo wszystko układa się po mojej myśli, a ja czuję, że znajduję się dokładnie tam, gdzie powinnam J


Każdy z nas potrzebuje czasem wygadania się i wysłuchania obiektywnej oceny sytuacji, w jakiej się znajduje. I choć przeważnie odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie jesteśmy w stanie sobie zadać, znajdują się również w naszych wnętrzach, to jednak szukamy potwierdzenia ich poprawności poza nami, co może mieć dobre lub złe konsekwencje. Wydaje mi się jednak, że jeśli trafimy w tych poszukiwaniach na dobrą i mądrą osobę, zachowując przy tym zdrowy dystans do usłyszanych informacji, to ich efekty mogą być tylko i wyłącznie pozytywne. Ja na taką właśnie osobę chyba trafiłam, choć wiadomo, że weryfikacja tego typu opinii wymaga dłuższego czasu. Jak na razie jednak jest po prostu super J



niedziela, 4 listopada 2012

O zakończeniu kolejnego roku i asatryjskim Vetrablocie



W końcu chwila na oddech, na rozluźnienie pośladków i odpuszczenie starań w sprawach, z których już nic dobrego wyjść nie może. Zakończył się kolejny rok magiczny, na początek nowego jeszcze chwilkę poczekamy. I dobrze, bo po co się spieszyć. Czasem trzeba przecież zwolnić i dać sobie czas na poleniuchowanie, na odcięcie się od pędzącego świata, na zakopanie pod kocem, z książką i gorącą czekoladą w ręku, jakby cała rzeczywistość, poza naszą własną przestrzenią, przestała istnieć. A kiedy jest na to lepszy okres, jak nie teraz, kiedy nasz świat szykuje się na zimowy spoczynek, zwracając swoje oczy ku dolnym światom, ich władcom oraz ich mieszkańcom…?



Ze względów czysto praktycznych wiccanie swoje sabaty najczęściej obchodzą w weekendy, bez względu na to, czy pokrywają się one z wyznaczonymi datami świąt czy nie, aczkolwiek starając się, by był to weekend najbliższy danemu wydarzeniu. Samhain od zawsze był dla mnie jednak tym świętem, którego specyfika wydawała się narzucać przymus jego celebracji dokładnie w ostatnią noc października, nie zaś tydzień wcześniej, czy tydzień później. Mijający rok okazał się jednak łaskawy i choć wiccańskie obchody odbyły się już w połowie miesiąca, samhainową noc spędziłam w pogańskim gronie, pośród przyjaciół i nowo poznanych, pijąc miód na cześć bogów i w podzięce za to, że udało nam się dotrzeć na to wspólne świętowanie.  


A noc ta była piękna i niezwykła, przesiąknięta magią malejącego księżyca, chłodem jesiennej nocy i pasją odprawianych nad rzeką czarów. W rytualnym kręgu stanęli przede wszystkim asatryjczycy, ale również szamani, wiccanie oraz Ci, którzy określają się po prostu mianem pogan. Staliśmy wpatrzeni w roztańczony ogień, otoczeni delikatnym światłem zielonych latarni, otuleni kojącym zapachem wydobywających się z ogniska kadzideł i wsłuchani w słowa tej, która Vetrablotowi przewodziła.   


Asatryjski blot jest rytuałem ofiarnym ku czci bogów. Vetrablot to blot znaczący koniec ciepłej pory roku oraz początek zimnych nocy i Dzikich Łowów, blot poświęcony pamięci przodków, blot, podczas którego oddaje się cześć swoim zmarłym i wznosi miód za duchową wspólnotę celebrujących.

To był drugi blot, w jakim uczestniczyłam, choć we wszystkim przewyższał ten sprzed dwóch lat. Przybyli na niego tylko Ci, którzy przybyć mieli. Tym razem nie było tam przypadkowych widzów i pseudomagów, nie zaproszono asatryjskich „gwiazd”, a zebrani pozbawieni zostali widowiskowego bryzgania krwią. W zamian za to otrzymaliśmy możliwość doświadczenia prawdziwej wspólnoty, prawdziwego kręgu, który stał się miejscem spotkania z bogami, przodkami, duchami opiekuńczymi, disami i alfami. W ciszy słuchaliśmy kolejnych inwokacji, które z mocą piorunów i przy rytmicznym wtórze bębnów ulatywały w stronę rozgwieżdżonego nieba, rozchodziły się po otaczającym nas lesie, by ostatecznie rozpłynąć się – lecz nie zniknąć - w ciemnościach nocy. W ciszy słuchaliśmy też siebie nawzajem, wznoszących róg ku czci bogów i ludzi, wspominających, dziękujących i wyrażających nadzieje na przyszłość, by na koniec każdego toastu wykrzyczeć wspólne i coraz weselsze „Hail!”, i by tą radość przenieść następnie na postrytualną bibę.

Ta noc samhainowa była chyba najpiękniejszym – mimo że nie związanym z wicca - zakończeniem roku w moim pogańskim życiu i myślę, że zapamiętam ją na zawsze. Tak więc z podziękowaniem dla wszystkich, którzy przyczynili się do jej stworzenia, i z życzeniami owocnego przejścia przez ten okres ciemności i chłodu, zakończę swoje wynurzenia tekstem znalezionym na stronie www.asatru.com.pl:
     
                 
                "Pamiętam zawsze, że nie jestem tylko sobą,
jestem czymś więcej niż tylko mną samym.
Jestem moim ojcem, moją matką, jestem ich krwią,
mam w sobie ich miłość i ich gniew,
jestem ich dziełem, nadzieją i marzeniami.
Mam w sobie ich cierpienie i ich łzy,
ich radość, śmiech i ich odwagę,
ich porażki, namiętność i żar.
Jestem tym, co oni nosili w sobie,
w swoim sercu, w swojej duszy.
Jestem ich przyszłością.
Tym właśnie jestem. 
W moje ręce złożono nieoceniony skarb.
Dziedzictwo moich wszystkich przodków..."





poniedziałek, 8 października 2012

NA POCZĄTKU BYŁA WICCA. POTEM BYŁY JUŻ TYLKO FORA…



Na początku był bezład, a Myśl unosiła się nad pustkowiem i tymi, którzy je zamieszkiwali. Znalazł się jednak człowiek, który posiadał możliwości większe niż inni. I rzekł człowiek <<Niechaj powstanie wielka misa, z której każdy będzie mógł się pożywić!>> I powstała wielka misa, do której każdy mógł przyjść i się posilić. I przychodziło wielu, różnego stanu i mówiących różnymi językami, by wspólnie zasiadać do posiłków, które wzmacniały ciało, krzepiły ducha i budowały poczucie wspólnoty. Z czasem jednak ludzie zaspokoili pierwszy głód i coraz częściej zaczęli rozglądać się dookoła, a ich uwaga skupiła się na sposobach jedzenia i różnicach między nimi istniejącymi. I nie było już zgody pomiędzy przychodzącymi do misy, ponieważ każdy uważał swój sposób jedzenia za lepszy od pozostałych. I rzekł człowiek, z którego słowa powstała misa <<To ja misę stworzyłem i to do mnie należy prawo decydowania, kto ma rację. Niechaj odejdą od misy ci, którzy ze mną się nie zgadzają.>> I odeszła część ludzi zdegustowanych nowym rozporządzeniem, by stworzyć własną misę na podobieństwo wielkiej misy. I stworzyli drugą misę, dostępną dla wszystkich, gdzie każdy mógł przybyć i jeść w sposób dla niego najodpowiedniejszy. Jednak ten stan nie mógł trwać wiecznie. Z czasem bowiem i tu powstawać zaczęły prawa stwarzane przez nowych założycieli, przeciwko którym zbuntowała się część ludzi. Odeszli więc, by stworzyć trzecią misę, dostępną dla wszystkich, gdzie każdy mógł przybyć i jeść w sposób dla niego najodpowiedniejszy. Jednak tu również powstał rozłam pomiędzy założycielami i część z nich postanowiła stworzyć kolejną misę, dostępną dla wszystkich, gdzie każdy mógł przybyć i jeść w sposób dla niego najodpowiedniejszy…

Styl może nieco zaskakuje, ale będąc ostatnio pod wpływem biblijnych tekstów o męskim stworzeniu świata i jednej prawdziwej prawdzie, to właśnie on najbardziej przypasował mi do naszkicowania groteskowej sytuacji, której świadkiem - po raz kolejny - staje się nasz mały pogański świat. W Polsce mamy obecnie 2,5 kowenu - pół, ponieważ mój własny kowen macierzysty, choć z założenia brytyjski, dużo bardziej widzialny i słyszalny jest tu niż tam – a wiccańskich forów aż 4, w tym ostatnie właśnie w fazie bolesnych, ale i okraszonych entuzjazmem twórców narodzin. Statystyka o tyle zastraszająca, że każde z nich odnosi się do wicca tradycyjnej, a więc tej mistycznej i inicjacyjnej religii, w której wiedza zdobywana jest przede wszystkim przez osobiste doświadczenie, a nauka odbywa się w kowenie.

Intencje założycieli kolejnych forów wiccańskich – przynajmniej te oficjalne – oczywiście były i są jak najbardziej godne podziwu, jednak ogólna aura w jakiej to wszystko się odbywa, właściwie zawsze przyćmiewa ich wielkość i wprowadza niesmak z powodu widocznej rozbieżności pojawiającej się pomiędzy zawartą w postach teorią, a widoczną gołym okiem praktyką. Dodatkowo osoba zainteresowana wicca, która za dobry sposób jej poznania uzna czytanie forów i branie udział w dyskusjach, w trakcie tego procesu może totalnie zgłupieć, a w gorszym wypadku zupełnie się do niej zrazić. Po pierwsze bowiem, aktywna działalność forumowa pociąga za sobą przymus obrania konkretnego frontu, do którego oporni, chcąc nie chcąc, są odgórnie przyporządkowywani. Jeśli jesteś wiccaninem i się zgadzasz, jesteś z nami; jeśli jesteś wiccaninem i się nie zgadzasz, prawdopodobnie prowadzisz już tajne pertraktacje z wrogimi wiccanami z innego forum i bezdyskusyjnie jesteś albo omamiony ich motactwami i oszczerstwami rzucanymi przeciwko nam lub masz problem z ego czy cieniem (a najlepiej oba na raz); a jeśli nie jesteś wiccaninem, nie ma za bardzo znaczenia, co powiesz, bo twoje IP i tak zostanie na wszelki wypadek sprawdzone, by zweryfikować czy przypadkiem nie jesteś szpiegiem sprzymierzonym z wrogami. Po drugie, na podstawie rozległych i rozwodnionych forumowych dyskusji trudno czasem wywnioskować, co do wicca tradycyjnej jeszcze należy, a co już nie. Oczywiście dyskusje takie są przydatne dla celów czysto społecznych, osobistego rozwoju i jako podstawa dla rozmyślań, ale tak naprawdę - i nie mam w tym miejscu zamiaru obrażenia kogokolwiek, a jedynie zwrócenie uwagi na pewien fakt - jakie znaczenie dla tradycyjnej wicca ma fakt, co nie-wiccanin ma do powiedzenia na temat domniemanej natury wiccańskich bogów, lub co do teorii wicca wnosi dyskusja na temat znaczenia wegetarianizmu dla wiccan, u których orientacja pokarmowa może, ale absolutnie nie musi mieć związku z religią. Po trzecie, osoba, która postanawia być częścią wszystkich istniejących forów, bardzo szybko może stracić orientację, która prawda jest prawdziwsza. Nawet bowiem jeśli forumowi wiccanie piszą, że wszystkie linie tradycyjne mają silne wspólne podstawy, że na forum każdy może mieć swoje zdanie, że kowen nie narzuca sposobu myślenia, a jedynie nakierowuje i pomaga w rozwoju, i że między wiccanami panuje jeśli nie idealna miłość i zaufanie, to przynajmniej szacunek, to lektura forów i obserwowana praktyka – dla tych, którzy mają możliwość osobistego kontaktu - wcale takiego przekonania w człowieku nie ugruntowuje. Po czwarte i ostatnie, nawet jeśli to, co powtarzalnie dzieje się na forach, wynika jedynie ze specyfiki kontaktów niebezpośrednich, które ułatwiają powstawanie konfliktów, a nie jest skutkiem zderzenia jednostek uparcie starających się udowodnić swoje racje, jednocześnie z uporem maniaka podkreślających emocjonalno-psychiczny niedorozwój użytkowników nie podzielających ich wizji, jest zwyczajnie przerażające i odstraszające.   

Do tego wszystkiego można sobie zadać pytanie, ile tak naprawdę informacji potrzebuje osoba zainteresowana wicca i ile forów o wicca musi powstać, by taka osoba mogła się przekonać, że prośba o inicjację stanowi faktycznie upragniony kierunek, w jakim chce podążać? Koweny są przecież różne, podobnie jak linie inicjacyjne, a informacje wspólne dla całej wicca tradycyjnej można zawrzeć – w zależności od umiejętności pisarskich twórców - na kilkunastu czy kilkudziesięciu stronach. Idealne podsumowanie całej formowej działalności zawarte w zaledwie dwóch zdaniach i wypowiedziane przez osobę zaznajomioną z kolejno powstającymi forami przeczytałam niedawno pod którąś z facebookowych dyskusji i na zakończenie pozwolę je sobie zacytować:

„(…) moim zdaniem informacje i kontakty potrzebne do ustalenia, czy wicca jest "dla mnie" i gdzie jej szukać zostały już podane wystarczająco dużo razy. Cała reszta to teoretyzowanie osłabiające wolę poszukiwania, stanowiące tylko substytut prawdziwego szkolenia. Jednym zdaniem - fora stały się zbędne.”


* * *

piątek, 31 sierpnia 2012

Błękitna Pełnia



Terminem Błękitna Pełnia - choć dawniej odnosił się również do trzeciej z czterech pełni księżyca wypadających podczas tej samej pory roku, a w tradycji wedyjskiej do drugiej pełni objawiającej się w tym samym znaku astrologicznym - opatruje się obecnie przede wszystkim drugą pełnię przypadającą na ten sam miesiąc kalendarzowy. Zazwyczaj w ciągu roku mamy tyle pełni ile miesięcy, jednak ze względu na fakt, że długość miesiąca księżycowego (29,5 dnia) różni się nieco od długości miesiąca kalendarzowego (28, 29, 30 lub 31 dni), co około 2,5 roku mamy do czynienia ze zjawiskiem Błękitnego Księżyca, czyli 13-stej pełni.

Dla pogan czas Błękitnej Pełni może mieć różne znaczenie, nie mniej jednak jest ona zawsze uznawana za wyjątkową.

Przemiany księżyca od dawien dawna łączone były z Boginią oraz różnymi jej aspektami, jako Panny (księżyc rosnący), Matki (pełnia) i Staruchy (księżyc malejący). Dla niektórych Błękitna Pełnia to czas przepełniony energią  mądrości Staruchy, jako tej, która posiadając wiedzę obu pozostałych aspektów, przewyższa je jednocześnie swoim doświadczeniem i zrozumieniem. Dla innych jest to natomiast czas, kiedy Starucha - ukazując prawdę o cykliczności istnienia - przechodzi na poziom nie posiadającej określonej formy boskiej egzystencji, która w odpowiednim momencie będzie mogła ponownie objawić się pod postacią mądrości Panny.

Czas Błękitnej Pełni widziany jest również jako szczególny moment, kiedy komunikacja pomiędzy naszą fizycznością, a skrywaną pod jej powierzchnią boską naturą jest ułatwiona. Jest więc to czas sprzyjający medytacjom oraz pracy ukierunkowanej na poznawanie swojej prawdziwej natury i ujrzenie siebie jako całości. Dodatkowo tegoroczna Błękitna Pełnia – przypadająca dokładnie na dzisiaj, czyli 31 sierpnia 2012, na godzinę 15:59 – objawia się w znaku Ryb, co tym bardziej sprzyja wewnętrznemu rozwojowi.       


wtorek, 21 sierpnia 2012

Somayog: Sztuka Postawy i Sztuka Siedzenia w wykonaniu Susan Randall


Somayog: Sztuka Postawy / Somayog: The Art of Posture



Somayog: Sztuka Siedzenia / Somayog: The Art of Sitting




* Susan Randall - dyplomowana instruktorka jogi oraz medytacji, która 15 lat swojego życia poświęciła na studia w Indiach pod kierunkiem Swamiego Shyama. Więcej o Susan...


* * *

środa, 23 maja 2012

CZAROWNICA NA ŚLUBNYM KOBIERCU, czyli o pogańskich zrękowinach cz.1


Zapachniało latem, posmakowało czereśniami i od razu poczułam, że czas zabrać się za przygotowania do tego, o czym nawet myślenie przychodziło mi przez ostatnie pięć miesięcy z trudem. Paradoksalnie, bo zawsze robiłam takie rzeczy od ręki. Siadałam, brałam ołówek i kartkę papieru, czasem w domu, czasem w pracy, a czasem w tramwaju pomiędzy przystankami, i w kilka minut miałam cały skrypt. A tym razem pustka, nic, zero, zupełnie jakby wyczerpał mi się nakład.

Pisanie rytuału z okazji sabatu czy esbatu to pestka, pisanie rytuału na własny ślub – to się nazywa wyzwanie... szczególnie przy moich skłonnościach do perfekcjonizmu i świadomości, że rolę Kapłanki, na której będzie spoczywała największa odpowiedzialność, będę musiała powierzyć nie sobie ;-)

Zaraz po zaręczynach wszystko wyglądało idealnie i prosto. Naturalnym wydawało mi się, że będzie to wielka ogólnopogańska biba gdzieś u stóp góry Ślęży, a ślubu udzieli mi moja wiccańska arykapłanka, starsza i wiekiem i doświadczeniem, ustatkowana, dzięki której w oczach osób nie zorientowanych – a tych miało być dosyć sporo - nie wyglądalibyśmy wyłącznie jak banda młodych świrów, którzy nie dojrzeli jeszcze do normalnego, dorosłego życia. Cały plan runął bardzo szybko, kiedy w trakcie rozmowy o szczegółach wyszło na jaw, że na zrękowinach mają pojawić się nie tylko osoby o orientacji prowiccańskiej, ale także poganie innych ścieżek … i to nawet nim zdążyłam dodać, że moją świadkową ma być asatryjka.

Wyprowadzona z równowagi istotą „problemu” i z poczuciem żalu, że bezsłownie zostałam postawiona przed wyborem „albo my, albo oni”, bliska byłam odwołania całego zamieszania i skupienia się na podpisaniu dokumentów w Urzędzie Stanu Cywilnego oraz na następującej po tym fakcie imprezie weselnej. Wiedząc jednak, że ostatecznie nie przeżyłabym takiego obrotu sprawy, ogłosiłam, że zrobi się kameralne spotkanko z – jak ją nazwałam - Ceremonią Przysięgi i odłożyłam wszelkie planowanie na kolejne kilka miesięcy. Aż do niedawna, kiedy to odwiedzając Ślężę, stanęłam w miejscu, które obrałam sobie na złożenie małżeńskiej przysięgi, i rozejrzawszy się dookoła uświadomiłam sobie, że jeśli teraz nie zabiorę się za organizację choćby kogoś, kto skosi chaszcze sięgające po pachy, to mówiąc dosadnie, będę w ciemnej dupie. I tym sposobem zostałam zmotywowana do działania J
* * *
Rytuał wiązania rąk, zrękowiny czy, posługując się terminem pochodzącym z języka angielskiego,  handfasting, to rytuał, podczas którego dłonie Młodych zostają symbolicznie związane, a oni składają sobie przysięgę małżeńską, której treść najczęściej sami układają. Podczas takiej ceremonii płeć partnerów nie ma znaczenia, czas trwania związku może być określony na całe życie, wiele żyć lub – dla tych, którzy chcą się jedynie sprawdzić – na rok i jeden dzień, a słowa przysięgi często zawierają sformułowanie „póki miłość trwać będzie”. O ile na Zachodzie wiele udzielających taki ślubów kapłanów/kapłanek posiada uprawnienia urzędników państwowych, a tym samym udzielony przez nich ślub uznawany jest przez państwo za legalny, o tyle w Polsce pewnie jeszcze długo będzie można o takiej sytuacji jedynie pomarzyć, a więc pary pragnące pełnej legalizacji muszą dodatkowo udać się do USC w celu dopełnienia formalności. 

Wiązanie rąk, będące centrum rytuału, ma długą historię i bogatą symbolikę. Jednym z tradycyjnych sposobów jego przeprowadzenia jest ten, w którym przyszli małżonkowie stają do siebie twarzami i łączą swoje prawe oraz lewe  dłonie tak, by stworzyły , czyli symbol nieskończoności, połączenia tego, co żeńskie z tym, co męskie, symbol Słońca i Księżyca, symbol jedności. Tak połączone dłonie obwiązywane są dla przypieczętowania składanej przysięgi sznurami i pozostawione w tym stanie na czas rytuału lub do momentu fizycznej konsumpcji związku. Innym charakterystycznym elementem zrękowin jest skok przez miotłę wykonywany najpierw przez Młodych, a następnie przez wszystkie chętne zapewnić sobie pomyślność pary.
* * *
O kapłanienie poprosiłam najbardziej nadającą się do tego osobę, której uśmiech i wewnętrzne światło idealnie pasują do tego typu ceremonii. Nie związana z żadną konkretną pogańską ścieżką, lubiana chyba przez wszystkich i sama otaczająca ludzi uniwersalną miłością, moja nowa Kapłanka stanęła nagle, ale i z odpowiednią motywacją, przed stresującym faktem nauczenia się na pamięć dosyć sporej ilości tekstu, który wymyśliłam sobie jako składową moich idealnych zrękowin J Z zaplanowanego kameralnego spotkanka pozostał oczywiście puch, jako że lista gości, którzy bezdyskusyjnie muszą pojawić się na ceremonii, już dawno przerosła planowane 20 osób i powoli zbliża się do 60-tki, natomiast, co pozostało ze zrodzonego z poczucia zawiedzenia pomysłu, to postanowienie, by rytuał był na tyle odległy wiccańskiemu, na ile to możliwe – bez kreślenia kręgu i przywołania żywiołów, bez zapraszania bogów i  wzniecania jakiejkolwiek energii. I nawet bez szat, które zawsze tak bardzo lubiłam i z zamiłowaniem szyłam, a bardziej zwyczajnie: kobiety w sukniach, a mężczyźni… nawet i po piłkarsku (w końcu będzie to Euro J ).

Tak więc chaszcze zostały skoszone, rytuał rozpisany, Kapłanka, Świadkowie oraz pozostali czynni uczestnicy (choć niektórzy jeszcze o tym nie wiedzą J ) wybrani, a ja w końcu zyskałam motywację, by zaopatrzyć się w odpowiednio kwiecistą suknię ślubną i zaprojektować wygląd fryzury J Teraz największym wyzwaniem pozostaje już tylko stworzenie polowej toalety i wyczarowanie przepięknej pogody na dzień zaślubin, ale biorąc pod uwagę ilość szamanów, asatryjczyków, wiccan oraz innych „niezrzeszonych” wiedźm i czarodziejów, nie powinno stanowić to wielkiego problemu J

Ciąg dalszy nastąpi… J

Blessed Be! J        

* Zdjęcia umieszczone w artykule pochodzą z książki mojego autorstwa, natomiast mężczyzna u mojego boku to przyjaciel poproszony o pomoc w ich tworzeniu, nie zaś mój przyszły małżonek :-) 

      

piątek, 13 kwietnia 2012

Cuda uzdrawiania praniczego


Kiedy - będąc już po pierwszym spotkaniu z kobietą, która miała stać się moją Nauczycielką – postanowiłam zgłębić temat i zakupiłam książkę pt. „Cuda uzdrawiania pranicznego”, pomyślałam sobie, że z tymi cudami, to autor chyba lekko przesadził. Przeczytałam oczywiście imponujące relacje znajdujące się w przedostatnim rozdziale, jak również wyjaśnienie znajdujące się gdzieś na początku, że nie chodzi tu o jakieś paranormalne działania, a o zwykłe przyspieszenie samouzdrowieńczych właściwości naszego organizmu, ale jakoś i tak gryzł mnie ten tytuł. Raz, że przeczytanie o „cudownych” uzdrowieniach, a ich doświadczenie, to dwie różne rzeczy, tym bardziej dla mojego wstrętnie i czasem bardzo irytująco sceptycznego umysłu, a dwa, że skoro uzdrawianie praniczne to coś normalnego, to po co posługiwać się słowem, które imputuje coś wymykającego się standardowemu pojmowaniu rzeczywistości. No i tak mnie to gryzło, oczywiście do czasu, a dokładnie do zeszłego tygodnia, kiedy najpierw dzięki swoim dłoniom i umysłowi, a następnie na własnym ciele doświadczyłam autentycznego cudu J

Trochę już uzdrawiam pranicznie i nie powiem, żebym nie miała powodów do zadowolenia czy dowodów na to, że uzdrawianie tą metodą działa fantastycznie. „Ściąganie” bólów głowy, brzucha czy innych tym podobnych dolegliwości nigdy nie robiło na mnie wrażenia i zawsze jakoś tłumaczyłam sobie to możliwością przypadku, ale już „naprawienie” poparzonego palca znajomego, który jeszcze w nocy strasznie bolał i naznaczony był wielkim bąblem wypełnionym płynem surowiczym, a po którym kilka godzin później pozostała jedynie delikatnie wyschnięta skórka, było odbierane przez mój umysł jako coś, co można uznać za skutek działania prany i mojego „machania rękami”. A jednak nadal było mi mało, i to nawet w przypadkach, kiedy efekty mojego uzdrawiania widać było niemal zaraz po zakończeniu wykonywania zabiegu. Nie pomagały również ani przekonywania mojej Nauczycielki ani nawet zupełnie niezależnych i pochodzących z różnych stron świata osób zajmujących się tą tematyką, że uzdrawianie to coś, do czego się urodziłam i jeśli poświęcę temu odpowiednio dużo energii/pracy, moje zdolności będą się rozwijać. Może powoli do tego dorastałam, a może musiałam Boginię lub tych, którzy tak naprawdę przeze mnie uzdrawiają, o to poprosić, fakt faktem, otrzymałam w końcu dowód, którym mogłam nakarmić swój niedowierzający umysł J   

Wracając do Norwegii z tegorocznego sabatu równonocy wiosennej dowiedziałam się, że pewna osoba - z którą jak się później okazało jestem dużo bardziej związana niż mi się początkowo wydawało – jest bliska śmierci, a lekarze nic nie są już w stanie zrobić. Osoba ta przeszła dopiero co poważną operację, jej stan był krytyczny, a rodzinie kazano przygotować się na święta spędzone w żałobie. Tymczasem jeszcze tego samego wieczoru wspomniana osoba poczuła się dużo lepiej, po dwóch dniach – ku przerażeniu pielęgniarek - wstała, a po bodajże pięciu była już w domu J Ja za to przeżyłam trzy najbardziej niesamowite zabiegi, jakich w swojej uzdrowicielskiej karierze udzieliłam, połączone z widzeniami i ze zwiększoną ogólną wrażliwością na bodźce. Ale to nie wszystko. Po kilku zaledwie dniach od „wyciągnięcia” poszkodowanej ze szpitala, sama stanęłam w sytuacji wymagającej pomocy. Dopadła mnie bowiem grypa jelitowa, a kto to pieróństwo przechodził wie, co to za masakra. A ja miałam istny Armagedon! Największy problem polegał jednak na tym, że właśnie przyleciałam do Wrocławia i miałam zaledwie dwa dni na zrobienie rzeczy, na które należałoby poświęcić co najmniej drugie tyle, a siły na samouzdrawianie nie miałam za grosz. Wijąc się więc z bólu wymęczonego żołądka, stawów, mięśni i założyłabym się że nawet i samych kości, a mając akurat chwilę wolnego od toalety, chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do tej, która w końcu uzdrawiania mnie nauczyła: „Jeśli tylko masz czas, to błagam, podaj numer konta, na które mam przelać trochę potrzebnej Ci energii i zabij wirusa, który zaraz wykończy moje wnętrzności i zniweczy plany.” No i zabiła J Następnego dnia obudziłam się cudnie wypoczęta, pełna energii, bez śladu bólu i co najpiękniejsze – Ci, którzy mnie znają osobiście i wiedzą jak kocham dużo i dobrze zjeść, zrozumieją to najpełniej - nieprzyzwoicie głodna J I wcale nie było powolnego wracania do normalnego jedzenia (choć, wstyd się przyznać, nawet moja Uzdrowicielka to zalecała ;-)). Ja byłam zwyczajnie i wbrew ogólnym zasadom przechodzenia grypy zupełnie zdrowa J

I to był cud J A właściwie dwa cuda J Nie dokonane za pomocą ponadnaturalnych zdolności, a jednak cudowne, bo zaistniałe wbrew przewidywaniom konwencjonalnej medycyny i bezdyskusyjnie wymykające się standardowemu pojmowaniu rzeczywistości. A może cuda były jednak trzy? J Tyle bowiem wyjdzie, jeśli do pomocy w ucieczce z objęć śmierci oraz zażegnania jelitowo-żołądkowej katastrofy dodać pokonanie własnego sceptycyzmu J Przynajmniej w kwestii uzdrawiania J       
   

wtorek, 7 lutego 2012

Imbolg 2012, czyli jak tradycyjni wiccanie poszukują pierwszych oznak wiosny ;-)

Młody Bóg powrócił na ziemię, odrodzony również w człowieku, wybrany spośród wielu. Inicjowani wiedzą, o co chodzi J

Jeszcze wczoraj padał śnieg; prószył przez cały dzień, choć - zaaferowana rozmowami z nowo inicjowanym w nasz kowen kapłanem oraz zajęta przygotowaniami do sabatu, na który przybycie w ostatnim momencie kilka osób odwołało, co wiązało się z potrzebą rozparcelowania osieroconych tekstów i szybkim ich przyswojeniem – nawet tego faktu nie zauważyłam. Dopiero pod koniec rytuału któraś z wiedźm uświadomiła mnie, pokazując przez okno pokryte białym puchem podwórze przed domem i uginające się od jego ciężaru gałęzie drzew.

Ciekawy to był początek wieczoru. Wypełniony przemyśleniami nad tym, w jaki sposób w takich warunkach można odnaleźć pierwsze oznaki nadchodzącej wiosny, które gdzie jak gdzie, ale w Anglii powinny być już widoczne. A poza tym przecież zimę właśnie wymietliśmy! Pomimo jednak początkowych wątpliwości, skora podejmować wyzwania i kierująca się zaczerpniętą z „Sekretu” radą, że aby życzenie się spełniło, wiarę muszą wspierać potwierdzające ją działania, udałam się na poszukiwanie wiosny bezzwłocznie i z oddaniem J

Brak zwłoki przejawił się w tym, że zrobiłam to natychmiast po rytuale, czyli nadal mając na sobie jedynie szatę rytualną – a wszyscy wiedzą, w jakich szatach występują podczas zamkniętych rytuałów wiccanie J - pełnię oddania wykazałam natomiast nurkując całym ciałem w pokrywającą ogród warstwę śniegu, zakładając, że wiosna na pewno pod nią już się znajduje. Nie jestem w prawdzie pewna, jak wyglądała, gdyż ze względu na niską temperaturę puchu, w którym się zanurzyłam, w tempie ekspresowym się z niego wygrzebałam, byłam jednak w stanie poświadczyć – podobnie jak i inny wiccanin, któremu jednak zabrakło równie wielkiego poświęcenia dla sprawy i który uznał, że wyczucie wiosny podeszwami stóp jak najbardziej wystarczy – że wiosna absolutnie nadchodzi J Z resztą dzisiejszy poranek był jak najlepszym tego potwierdzeniem J Piękne, ciepłe słońce, topniejący i spływający z dachów soczystymi kroplami już-nie-śnieg, widok małych owiec wtulonych w futra swoich rodziców i cudny, zaprawdę cudny śpiew ptaków J  

Tak więc, bez względu na to, jaką temperaturę widzimy na termometrach i jak duże hałdy śniegu zalegają przed naszymi domami, chciałam poinformować, że wiosna jest w drodze J         



niedziela, 29 stycznia 2012

Somayog - joga młodości


Somayog to metoda stworzona na początku lat dziewięćdziesiątych w International Meditation Institute w Indiach przez Danielle Munoz. Poprzez połączenie praktyki asan Hatha Jogi (ćwiczenia fizyczne), praanayaam (praca z oddechem), medytacji (praca z umysłem) oraz wielu innych, somayog usprawnia ciało, uczy świadomości ruchu oraz kontroli myśli i emocji. Bazując na obserwacji własnego ciała oraz na spokojnie wykonywanych - i zawsze dostosowanych do indywidualnych możliwości - ćwiczeniach wzmacniająco-rozluźniających, kształtuje harmonijną sylwetkę, a także pozwala odwrócić nieporządane zmiany w ciele, spowodowane upływem lat oraz wieloletnim, nieświadomym posługiwaniem się swoim ciałem. Poruszając poszczególne partie mięśni i wiele czasu poświęcając pracy z mięśniami posturalnymi,  jej praktyka uwalnia od bólów związanych z długotrwałą pozycją siedzącą oraz ciężką, obciążającą kręgosłup, pracą fizyczną, a dzięki oddziaływaniu na organizm jako na całość, poprawia sprawność wszystkich jego układów, widocznie odmładzając tak ciało jak i ducha.  

Somayog to metoda, u której podstawy leży wiele technik, z której każda postrzega organizm człowieka całościowo i zwraca uwagę na jego funkcjonowanie zarówno na płaszczyźnie fizycznej, mentalnej, jak i energetycznej. Somayog współtworzą: 
Hatha Joga - tradycja indyjskiej jogi bazująca na asanach, praktykach oczyszczających oraz oddechowych
Technika Alexandra - metoda reedukacji psychofizycznej ucząca swobody w ruchu i działaniu
Praanayaam - zbiór technik świadomego, intensywnego i rytmicznego oddychania  
Metoda Feldenkraisa oraz Somatics - powiązane ze sobą metody reedukacji ruchowej i samopoznania, dążące do rozluźnienia chronicznych napięć w ciele oraz rozwoju swojego potencjału poprzez ruch
Metoda McKenzie - metoda fizjoterapeutyczna skoncentrowana na diagnozowaniu i leczeniu dolegliwości bólowych kręgosłupa
Trening autogenny Schultza - technika relaksacji neuromięśniowej, wykorzystująca autosugestię i medytację
Metoda Jacobsona - metoda relaksacji mięśni, polegająca na ich świadomym napinaniu i rozluźnianiu
Medytacja Shyam Dhyaan -  medytacja oparta o mantrę  "Amaram Hum, Madhuram Hum" stworzoną przez Swami'ego Shyam

Somayog przeznaczona jest dla wszystkich; zarówno zdrowych, którzy poprzez synchronizację ciała i umysłu, doskonalenie postawy oraz pracę z tymi partiami mięśni, które zwykle są zaniedbywane, pragną polepszyć jakość swojego życia, jak i dla osób z ograniczeniami ruchowymi, które z różnych powodów nie mogą pozwolić sobie na udział w innym rodzaju ćwiczeń ruchowych.

Moja Mistrzyni, Inga Schorowska, podczas ćwiczeń :-)



czwartek, 26 stycznia 2012

Biały czas imbolgowego święta


Chodzi za mną biel! Już od połowy stycznia, choć do Imbolg przecież jeszcze tydzień. I nawet długo wyczekiwany śnieg zasypał w końcu Oslo, jakby na zawołanie, malując zaokienny krajobraz w upragnionych przeze mnie odcieniach. Jest zimno, ale jasno, w końcu coraz jaśniej!

Wymieniłam już wszystkie pojulowe dekoracje, czerwone świece i obrusy zastąpiłam białymi, przytachałam do domu kilka pięknych śnieżnobiałych orchidei i zmieniłam kolorystykę domowego ołtarza, dopasowując go do nastroju nadchodzącego sabatu. Z mieszkania wyprzątnęłam też resztki zapachu cynamonu, goździków i pomarańczy, tworząc przestrzeń dla imbiru, róży i iglaków, których zapachu moje ciało jest najbardziej w tym okresie spragnione, oraz - co dla mnie samej było zaskoczeniem - wzięłam się za przesadzenie fasolki, która w trakcie zimy tak wystrzeliła we wszystkich kierunkach, że jej dotychczasowe doniczkowe mieszkanie okazało się dużo za małe. 

Imbolg to sabat światła, festiwal ognia, święto Brigid, czas związany z oczyszczeniem, uzdrawianiem i widocznie wydłużającym się dniem. U mnie jest to nadal środek zimy, zupełnie nie wskazujący - jak na Wyspach - na powrót ciepła, jednak śnieżna pokrywa odbijająca słoneczne światło i wyraźnie większa jego ilość w ciągu dnia sprawiają, że nastrój imbolgowego święta jest nawet na skandynawskiej ziemi jak najbardziej odczuwalny. Dłuższy dzień, więcej światła i więcej energii, więcej siły dla nowych projektów i zaparcia do ich wdrażania. W moim wypadku wraca również natchnienie, inspiracja, potrzeba tworzenia i artystycznego wyrażenia siebie dla siebie. Więcej medytuję, więcej się ruszam, więcej ćwiczę i wracam do systematyczności zawieszonej nieco na okres julowo-noworoczny. Na dworze panuje zima i Biała Bogini, ale we mnie budzi się już lato :-)

Z okazji nadchodzącego święta, wszystkim życzę dużo światła, miłości oraz napawającej do działania energii powracającego Słońca, a sama udaję się do swojej domowej świątyni, by w końcu rozpocząć naukę tekstów na nasz kowenowy rytuał, który już w za 7 dni :-) Błogosławionego Imbolg! :-)


poniedziałek, 23 stycznia 2012

Rozpoczynając dzień Powitaniem Słońca


"Powitanie Słońca" oraz krótka medytacja uśmiechu w ramach dwóch pierwszych punktów programu na nowy dzień to właściwie zawsze zapowiedź dobrego dnia. Niestety jako osoba, której systematyczność i samodyscyplina nadal pozostawiają wiele do życzenia, od czasu do czasu zdaję się o tym umyślnie zapominać. Oddaję się wówczas lenistwu pod postacią odstawienia na bok przekonania, że to jak się czuję i w jaki sposób wykorzystuję ofiarowane mi przez życie możliwości, zależy wyłącznie ode mnie, i pogrążam się - z uśmiechem przebiegłego stratega - w dobrze spreparowanym, aczkolwiek przy bliższej obserwacji na metr śmierdzącym oszustwem, bólu nad swoją własną egzystencją. Och, jak przyjemnie jest czasem poużalać się nad sobą, zwalić niepowodzenia na poczet złego losu, niefortunnego zbiegu wydarzeń, pomarudzić na to, czego nie mam i na tych, którzy mnie irytują. Jak fajnie jest wybielić się, odciąć i zwyczajnie odpocząć od myśli, że kształt mojego świata, a przede to, kim ja jestem i jak czuję się ze sobą oraz otaczającymi mnie ludźmi, zależy w dziewięćdziesięciu, jeśli nie stu, procentach ode mnie. I pewnie nie byłoby w tym nic bardzo złego, gdyby nie fakt, że czasem taki jednodniowy urlop od świadomego życia może wymknąć się spod kontroli. 

Takiego właśnie niekontrolowanego przedłużenia się "doła" doświadczyłam dzisiejszego poranka (w moim wypadku poranek nie zaczyna się przed godziną 10.00), kiedy otwarłszy oczy zorientowałam się, że chandra z dnia wczorajszego wcale nie ustąpiła. Wiedziałam więc, że jeśli nic z tym nie zrobię i dopuszczę do tzw. wstania lewą nogą (mechanizm wprawiany w ruch za pomocą jednej negatywnej porannej emocji, której poddanie się oznacza postępujące w zastraszającym tempie przyciąganie emocji oraz myśli jej podobnych, co owocuje wisielczym nastrojem i potencjalnymi nieszczęśliwymi wypadkami w ciągu całego dnia) mój poniedziałek zamieni się w ruinę, której szybkie naprawienie - ze względu na przymus pójścia do pracy, co już samo w sobie potrafi być dołujące ;-) - będzie utrudnione. Sapiąc więc, dysząc i za wszelką cenę starając się nie myśleć - skoro trudno było z miejsca myśleć pozytywnie, lepiej więc było przestać myśleć w ogóle - zwlekłam się z łóżka, rozwinęłam stojącą zawsze pod ręką matę do ćwiczeń i stanęłam w pozycji Namaste. 

"Powitanie Słońca" to jeden z najstarszych - i występujący w kilku nieznacznie odbiegających od siebie wariantach - ciąg asan jogi. Jego praktyka nie tylko rozgrzewa ciało, poprawia sylwetkę, zwiększa wytrzymałość oraz ma pozytywny wpływ na funkcjonowanie układu nerwowego, oddechowego, pokarmowego i krążenia, ale również fantastycznie energetyzuje ciało i wycisza umysł. A tyle właśnie -  plus często praktykowana przeze mnie o poranku krótka medytacja uśmiechu do świata i siebie samej - wystarcza, aby "lewonożny" poranek zamienić w kolejny piękny dzień :-) 

Sama praktykuję "Powitanie Słońca" w sposób, w jaki robi się to w Ashtandze Jodze, czyli łącząc każdy element z oddechem (pięć oddechów podczas "psa z głową w dół" oraz po jednym oddechu na każdy inny element). Ten właśnie wariant (tu wersja A) przedstawiam też poniżej na wypadek, gdyby ktoś pragnął wykorzystać go jako lek na niekontrolowaną chandrę oraz wzmocnić ciało i ducha :-)


I jeszcze krótki filmik w wykonaniu Izabeli Moskwy, pokazujący praktyczne jego wykonanie:


  

niedziela, 22 stycznia 2012

Moje talie: Tarot Mityczny


Tarot Mityczny to talia, która choć stworzona w połowie lat 80-tych XX wieku, już w tej chwili stanowi klasykę i doczekała się wydań w wielu językach. Tarot ten w swojej koncepcji sięga do najpotężniejszego źródła kultury zachodnioeuropejskiej jakim jest mitologia grecko-rzymska oraz do zawartych w jej mitach uniwersalnych wzorców. Wykorzystując przedstawione na kartach talii postacie, nakreśla ona schematy wzorców osobowych znanych każdemu z nas, a poprzez historie przez nie opowiadane, mówi o archetypowych momentach w życiu każdego człowieka, takich jak narodziny, okres dojrzewania, śmierć, utrata, transformacja, trudne wybory… itd.

Tarot Mityczny - jak każdy tarot tradycyjny - wyróżnia w swoim układzie Małe i Wielkie Arkana. Wielkie przedstawiają w tym wypadku postacie bogiń, bogów oraz półbogów greckich, natomiast Małe opowiadają cztery mitologiczne historie. Pentakle to historia życia Dedala, która wskazuje jednocześnie na umiejętności związane z typowo ziemskim aspektem naszego życia. Kielichy to opowieść o miłości Erosa i Psyche, opowieść o etapach, przez jakie musi przejść każde uczucie oraz o zdolności życia we wspólnocie z drugim człowiekiem. Różdżki mówią o złotym runie oraz o wyprawie Jazona i Argonautów, o walce, o bohaterstwie, ale i o lekkomyślnych decyzjach. Miecze natomiast - w oparciu o historię Orestesa, który chcąc pomścić śmierć ojca zmuszony był zabić własną matkę - opowiadają o zasadach etycznych oraz o konfliktach i wieńczących je pojednaniach.

To, co stanowi najbardziej charakterystyczną cechę Tarota Mitycznego, a jednocześnie jego wielką zaletę, to prostota, wynikająca ze stylu przedstawień znajdujących się na jego kartach oraz pozbawienie tychże obrazów średniowiecznej otoczki tajemnicy. To bowiem w tej właśnie prostocie kryje się ogromna siła przekazu oraz urok i moc tej talii tarota. Wpływ na to ma zapewne nie tylko łatwość, z jaką jasne i czytelne rysunki odsyłają wróżącego do zakodowanych w świadomości zbiorowych archetypów, ale również nieprzeładowanie tarota zbytnią dozą mroczności, która tylko utrudnia i tak nie zawsze przyjemne i łatwe zanurzanie się w zakamarki ludzkich wnętrz, nadając temu procesowi niepotrzebny posmak dramatyzmu.

Tarot Mityczny to tarot, który równie dobrze nadaje się do przepowiadania przyszłości jak i wyjaśniania przeszłości, bez względu na to czy pytania dotyczą sfery materialnej czy poszukiwań odpowiedniego kierunku na drodze rozwoju duchowego. 


sobota, 21 stycznia 2012

Moje talie: Podróż Odyna


Podróż Odyna. Tarot ludzi Północy, oparty o mity oraz żywą tradycję nordycką, odwołujący się jednocześnie do archetypów jak najbardziej uniwersalnych, dzięki czemu nie nakładający kulturalnych ograniczeń w jego wykorzystaniu. Pomocny zarówno w odnalezieniu odpowiedzi na pytania dotyczące codzienności i spraw materialnych, ale również niezastąpiony dla tych, którzy poszukują głębszego zrozumienia swojego istnienia.

Talia ta – choć ze względu na sposób jej wykorzystania oraz funkcję nazywana jest tarotem Skandynawów - różni się w swojej formie od tego, co znamy pod pojęciem tradycyjnego tarota.  Trzy główne różnice dotyczą jej struktury (zamiast Małych i Wielkich Arkanów mamy 12 odnoszących się głównie do spraw duchowych kart Odyna oraz 69 kart mówiących przede wszystkim o świecie materialnym), podłoża kulturowego (talia została stworzona na bazie mitologii nordyckiej, a więc nie tylko pozbawiona jest wpływów chrześcijańskich, ale jej korzenie sięgają tradycji ściśle europejskiej) oraz poziomu znaczeniowego (główny nacisk położony jest na zagadnienia dotyczące rozwoju duszy, choć i pozostałe aspekty życia człowieka nie zostały w niej pominięte).

Podróż Odyna to talia stosunkowo młoda i niedostępna szerszej publiczności, za której powstaniem kryje się wiele lat studiów autora, zarówno nad dorobkiem rodzimej mu kultury Skandynawskiej, ale również nad tradycją hinduistyczną, z którą zetknął się już jako nastolatek. Trzon talii stanowi 12 kart Odyna,  odnoszących się do różnych aspektów boga oraz do etapów ewolucji ludzkiej duszy, która - w wizji autora - dąży od poczucia indywidualności i jedności z ciałem fizycznym do świadomości bycia częścią nieśmiertelnej Całości, dla której ciało widzialne jest jedynie chwilowym miejscem pobytu. Sam Odyn został tu przedstawiony nie tylko jako niestrudzony poszukiwacz wiedzy i mądrości, który dla tego celu jest w stanie poświęcić zarówno honor jak i okaleczyć własne ciało, ale i ten, który rozumiejąc prawdziwą naturę istot żywych, stanowi dla człowieka ideał oraz przykład do naśladowania. Postać i imię tego najpotężniejszego z Nordyckich bogów - pana mądrości, magii, wojny, życia oraz śmierci - z jednej strony zostało wykorzystane dosłownie, z drugiej natomiast, posłużyło dla określenia czystej Świadomości, która jest wieczna i niezmienna, i do której osiągnięcia dąży każda dusza, przechodząc przez kolejne stadia. Stadia te mogą być również postrzegane w kategorii sposobów, w jakie boska świadomość przejawia się w człowieku.


środa, 18 stycznia 2012

O Uzdrawianiu Pranicznym, o intuicji i o zwykłych poniedziałkach


O uzdrawianiu pranicznym po raz pierwszy usłyszałam kilka lat temu, w pozornie nieróżniący się od innych poniedziałkowy poranek, kiedy do mojego biurka przybiegła totalnie zaaferowana magicznie spędzonym weekendem koleżanka z pracy, by opowiedzieć mi o niesamowitej kobiecie odprawiającej hinduskie rytuały i uzdrawiającej poprzez aurę. Ani jedno ani drugie za wiele mi wówczas nie mówiło, jednak wsłuchując się w opowieści i rozświetlone oczy mojej rozmówczyni, odczułam w żołądku coś, co od zawsze niosło ze sobą zapowiedź nowej przygody. W głowie natomiast usłyszałam cichy, choć bardzo pewny swojej racji, głos: cokolwiek to jest, ty musisz się tego nauczyć.   

Pierwsze wrażenie z odwiedzin w domu Uzdrowicielki pozostawiło w mojej pamięci wspomnienie unoszącego się dookoła zapachu kadzidła, przyjenego ciepła otulającego wchodzących już od progu i panującego w całym mieszkaniu kojącego półmroku. W salonie, do którego zostałam zaproszona przez roześmianą i ubraną w trochę hinduskim stylu kobietę, powitał mnie wizerunek jej Mistrza - zaznaczć należy, że wizerunek jak najbardziej niepokrywający się z moimi przeświadczeniami na temat tego, jak taki Mistrz wyglądać powinien - oraz dumnie przechadzający się, choć chyba nie do końca panujący nad własnym apetytem, kot rasy podwórkowo-dachowej. 

Najpierw luźna rozmowa, czas na poznanie się i oswojenie z nowym miejscem, a wszystko przy sprzyjających temu procesowi świecach i świeżo parzonej herbacie. Problemów ze zdrowiem nie miałam, energii na codzień również mi nie brakowało, nieco kulały moje relacje z kilkoma osobami, ale wiedziałam, że z tymi sprawami sama muszę sobie poradzić. Chwilę wahałam się czy na poczekaniu nie wymyślić jakiejś niedającej się na  szybko udowodnić choroby, tak, żeby nieco złagodzić wydźwięk głównego powodu, dla którego się tu pojawiłam, ostatecznie uznałam jednak, że najlepiej nie owijać w bawełnę. Jak bowiem podpowiadała mi logika - bazująca na założeniu, że Uzdrowicielka zna się dobrze na swojej sztuce i będzie wiedziała, że kręcę - wolałam zostać uznana za wariatkę niż za hipochondryczkę, która przyłazi z nieistniejącą chorobą. Ku mojemu zdziwieniu, stwierdzenie, że przyszłam na zabieg głównie by go zobaczyć, ponieważ - z niejasnych powodów i zupełnie bez wiedzy na temat uzdrawiania pranicznego - mam poczucie, że jest to coś, czego muszę się właśnie od niej nauczyć, przyjęte zostało z uśmiechem i pełną akceptacją :-) 

Na czas zabiegu położyłam się na ziemi, na przygotowanej na taką możliwość karimacie, i otuliłam wełnianym swetrem, który ze sobą przyniosłam. Na początku nie chciałam zamykać oczu i z zainteresowaniem śledziłam zgrabne ruchy uzdrawiaczki, której dłonie i umysł najpierw oczyszczały, a następnie energetyzowały moją aurę. Od kiedy zaczęłam pracować z energią, moja wrażliwość zwiększyła się pokaźnie, nie zdziwiło mnie więc, kiedy już w pierwszych sekundach zabiegu poczułam coś jakby delikatny dotyk, mimo że dłonie Uzdrowicielki znajdowały się nie bliżej niż metr od mojego ciała. Po chwili ogarnęło mnie również trzymające już do końca bardzo przyjemne odprężenie, wręcz senność, której bez oporów się poddałam. Było mi wygodnie, ciepło i przyjemnie, czułam się bezpieczna i niczym jak podczas profesjonalnego masażu, kiedy z każdą minutą z ciała i ducha ustępują napięcia, a ich miejsce zajmuje czysta błogość. 

Zabieg trwał może 30 minut, a może godzinę. Czas, podobnie jak podczas pogańskiego rytuału, zupełnie się zatrzymał, a po zabiegu zbyt zaaferowana byłam poczuciem lekkości, wypoczęcia i nowego doświadczenia - podczas uzdrawiania po raz pierwszy w życiu zobaczyłam na własne oczy aurę żywego organizmu :-) - by sprawdzać stan zagarka. O której wyszłam ani jak długo szłam do domu, również nie pamiętam, ale pamiętam, że było mi dobrze. Tej nocy spałam też jak dziecko, by następnego dnia obudzić się z promiennym uśmiechem na twarzy i zadowoleniem w serduchu. Wiedziałam, że poprzedniego dnia rozpoczęłam swoją kolejną wielką wędrówkę, a w tym przekonaniu utwierdziły mnie namacalne efekty zabiegu, których nawet się nie spodziewałam :-)  

 * * *

   Trochę faktów na temat uzdrawiania pranicznego:

- Uzdrawianie praniczne to wysoko rozwinięty system medycyny energetycznej, w którym uzdrowiciel poprzez „bezdotykową” i bezbolesną pracę na bioplazmatycznym ciele żywego organizmu umożliwia pozytywne zmiany w jego ciele fizycznym. System ten bazuje na założeniu (wystarczy zaciąć się w palec, by natychmiast znaleźć dla niego potwierdzenie), że ciało każdej żywej istoty dąży do samouzdrowienia oraz że proces ten można wspomóc, przyspieszyć, a czasem wręcz umożliwić poprzez zwiększenie ilości prany w chorym miejscu lub w całej aurze danej osoby.

- Prana to życiodajna energia, którą każdy żywy organizm pobiera nieświadomie i jak najbardziej naturalnie z powietrza, z ziemi, z pożywienia oraz ze światła słonecznego. Czasem jednak dochodzi do sytuacji, w której z jakiś powodów w ciele energetycznym organizmu pojawia się zator, a prana nie może swobodnie płynąć swoim naturalnym torem, lub w której ciało eteryczne nie jest w stanie zdobyć odpowiedniej jej ilości, potrzebnej do poprawnego funkcjonowania. Powodem takiego stanu rzeczy może być zbyt szybko rozwijająca się choroba, której przeciwdziałanie pochłania więcej prany niż ciało eteryczne jest w tym samym czasie w stanie pobrać, a także zły tryb życia (nieobpowiednie żywienie, mało ruchu, stres, przepracowanie, brak energetycznej higieny).

- Uzdrawianie praniczne to uzdrawianie energią ukierunkowywaną przy pomocy myśli oraz woli, a więc możliwe do wykonania nie tylko w gabinecie uzdrowiciela czy w miejscu zamieszkania osoby proszącej o zabieg, ale również na odległość. Nie wymaga ślepej wiary w skuteczność metody, ani tym bardziej wiary w cuda, z którymi niewiele ma wspólnego, wymaga jednak pewnej otwartości, pozwalającej uzdrowicielowi wspomóc naszą naturalną zdolność do samoleczenia.