czwartek, 8 grudnia 2011


O cieniu, wicca i o tym,
że czasem dobrze jest pogrzebać
w osobistym śmietniku

Jako czarownica żyję w Kosmosie, na który składają się trzy światy: Świat Podziemny, Świat Ziemski oraz Świat Niebiański, każdy z nich posiadający własną specyfikę, a jednocześnie nierozerwalnie połączony z dwoma pozostałymi.

Koniec jesieni oraz zima - a w szczególności czas pomiędzy Samhain i Yule, który dla mnie samej jest okresem zawieszenia pomiędzy końcem starego, a początkiem nowego roku - jest tym czasem, kiedy swoją uwagę kierujemy w stronę Świata Podziemnego. I podobnie jak Bogini w wiccańskiej mitologii schodzi do podziemi, by ponownie powrócić na ziemię z odrodzonym Słonecznym Bogiem, tak i my schodzimy do swych własnych podziemi, by stawić czoło temu, co kryje się w ich ciemnościach i odnaleźć wewnętrzne światło.

Świat Podziemny to z jednej strony mitologiczna kraina; dla jednych bardziej, dla innych mniej realna. Ale Świat Podziemny to również - a dla niektórych przede wszytskim - symboliczne przedstawienie tej części naszej psychiki, którą zamieszkują wszystkie niemile przez nas widziane wzorce zachowań, cechy i postawy. Mowa oczywiście o cieniu - tym składniku naszej osobowości, z którym się nie utożsamiamy i utożsamiać nie chcemy, nawet jeśli nie zawsze "wybór" wypartych elementów był racjonalny. Cień bowiem - choć potocznie postrzegany jako siedlisko mroku i zła - w istocie nie jest tym, co w nas absolutnie złe, ale co nieucywilizowane, nieprzystosowane, to wszystko, co jest albo co wydaje nam się być nieakceptowane przez innych, a co chowamy głęboko w sobie w obawie przed potencjalnym odrzuceniem. Czasem więc w tej szczelnie zapieczętowanej "skrzyni z odpadami", która powstawała równolegle z kształtowaniem się naszego ego i która powiększała się bazując na przekonaniach kim nie powinniśmy być, czego nie można i co nie wypada, znajdują się również takie elementy jak dziecięce fantazje czy skrywane od dawna potrzeby, których przywrócenie do łask mogłoby ubarwić i ożywić nasze życie. Koniec końców każdy chcący rozwijać się duchowo człowiek i tak musi przejść przez coś, co psychologia jungowska nazywa procesem indywiduacji, czyli akceptacji i przyjęcia cienia do swojej świadomości, co w konsekwencji prowadzi do ujrzenia siebie jako harmonijnej całości.  

W wicca temat cienia najczęsciej poruszany jest w kontekście drugiego stopnia inicjacyjnego, kiedy ma miejsce przygotowanie do "konfrontacji" z nim, a następnie sama "konfrontacja". Do tego momentu - cały czas mowa o liniach Rzemiosła, które wtajemniczenie w kolejne misteria łączą z rozwojem duchowym -wiccanim czy wiccanka teoretycznie powinni przejść przez szkołę poznania oraz ujarzmiania pierwszego "przeciwnika", ego, nad którym praca zaczyna się jeszcze przed pierwszą inicjacją. Nieprzepracowane ego, z natury bojąc się tego, co kryje się w cieniu i w ramach reakcji obronnej projektujące ten cień na innych, może bowiem sprawiać poważne kłopoty i wpędzić człowieka w nielada tarapaty. W tej sytuacji ujawnia się oczywiście ogromna rola kowenu i przede wszystkim arcykapłanów, którzy w całym tym trudnym procesie rozwoju pełnią - w miarę swoich możliwości - rolę nakierowującą na odpowiednie tory oraz służą radą w pracy nad sobą.

A praca tak z ego, jak i z cieniem, to praca niełatwa, i choć z zasady powinna być obciążeniem przede wszystkim dla pracujących nad nimi wiccańskich "małolatów", czasem stanowi nie lada wyzwanie również dla tych, którzy nad tym prosecem czuwają. Zagadnienie cienia w wicca to bowiem nie tylko drugi stopień inicjacyjny - choć nie każda trzeciostopniowa czarownica to zdanie podziela - a sam cień to nie coś, co z zasady raz przepracowane i zintegrowane nigdy już nie ujawni się jako ponownie odepchnięte na bok brzydkie kaczątko. Zmieniamy się my, zmieniają się oczekiwania innych wobec nas, a także nasze wyobrażenia na temat tychże oczekiwań. Co więcej, zmieniają się nasze oczekiwania względem nas samych oraz położenie granic odnośnie tego na co możemy, a na co nie możemy sobie pozwolić. O ile bowiem dużo łatwiej zabrać się za pracę z cieniem/ego na względnym początku swojej duchowej drogi, o tyle później - kiedy wzrasta, nie bezpodstawnie z resztą, pewność siebie, lecą lata gromadzenia doświadczeń, a co za tym idzie, rosną oczekiwania innych względem reprezentowanej przez nas postawy, zachowań, poziomu wiedzy oraz wypracowanych cech - coraz trudniej przychodzi przyznanie się nawet przed samym sobą, że nadal ma się problemy nie tylko z cieniem, ale i z ego; tak, jakby ich istnienie było czymś złym.


Nie jestem psychologiem i może nie mam doświadczenia, które dawałoby mi możliwość spojrzenia z odpowiedniej perspektywy, ale na podstawie obserwacji wnioskuję, że praca z cieniem (jak i z ego) to zadanie czasem i na całe życie, którego zakończenia nie da się przypieczętować pierwszą, drugą czy trzecią inicjacją. Wszystko wydaje się bowiem zależeć od indywidualnego człowieka, jego możliwości i zaparcia w pracy nad sobą, a także czujności, która pozwoli nie osiąść na laurach. Jak to na jednym z forów napisała moja wiccańska siostra: "Moim zdaniem, na drugim stopniu możemy przepracować cień i w ogóle wszystko będzie ok. Otrzymamy ten trzeci stopień i też będzie ok. Jednak po paru latach bycia na tym trzecim stopniu, prawdopodobieństwo uderzenia cienia też jest. To że raz go przepracowaliśmy to nie znaczy że on nigdy nie wróci. Może wrócić. Tylko wtedy zaczyna się naprawdę duży problem, bo osoba na trzecim stopniu, raczej nie da sobie nic wytłumaczyć, bo jest przyzwyczajona do tego, że wszyscy jej słuchają i robią tak jak mówi."

Każdy z nas posiada swoją ciemną stronę. Ja swój cień - dzięki "przypadkowo" zesłanemu przez niebo człowiekowi - dopiero zaczęłam na poważnie odkrywać i nad którym na pewno czeka mnie ciężka praca w przyszłości pod okiem wiccańskich arcykapłanów. Nie przeszkadza mi to jednak i samodzielnie podążać ścieżką ku poznawaniu siebie - w tym podejmować próby zrozumienia i zaakceptowania istnienia we mnie tych elementów ciemnej strony, które już sobie uświadomiłam - a ten czas w Kole Roku jak najbardziej temu sprzyja. Uzmysłowienie sobie istnienia oraz potencjału swojej ciemnej strony, to nie tylko świadomość czekających nas bolesnych negocjacji z samym sobą, ale to również świadomość tego, do czego jesteśmy zdolni, świadomośc tego czym tak na prawdę jesteśmy i krok na drodze ku pełni. Kilka dni temu - trochę za sprawą męczącej mnie choroby i deszczowej pogody, które do tego nastrajały, oraz paru zdarzeń z ostatnich tygodni - niechcący dokopałam się do własnego "kufra z odpadami". Niechcący, ponieważ jak wynika z mojego doświadczenia, kopanie w podziemiach, kiedy ciało i umysł nie cieszą się zbyt dobrą kondycją, w najlepszym wypadku zakończyć się może dołem, lepiej więc odłożyć takie przedsięwzięcia na inną okazję. Tak czy owak mój kufer otworzył się delikatnie, a ja, o zgrozo, odnalazłam w nim coś, co wydawało mi się być dawno uświadomione, przemyślane, przetłumaczone i poddane działaniu światła. Z jednej strony pokazało mi to, że nie zawsze elementy, które wydają nam się ugłaskane, faktycznie takimi są, a założenie, że już sobie z nimi poradziliśmy, prowadzi tylko do ponownego wyparcia i uniemożliwia jakąkolwiek pracę z danym elementem. Z drugiej strony sytuacja ta ukazała mi, z jaką łatwością byłam w stanie pochwalić się przed samą sobą, że zdołałam coś przepracować, a na ile ciężko było następnie przyznać, że albo nie do końca mi to wyszło, albo że to coś, przez moją własną nieuwagę, ponownie wpełzło w strefę ciemności. Niby szczegół, bo sama obserwacja nie mówi jeszcze nic o jakimkolwiek działaniu z mojej strony, choć bez tego "wymuszonego" przejrzenia dostępnej mi tamtego dnia zawartości mojego osobistego śmietnika, nie wiedziałabym nawet, że jakieś działanie jest w danej sferze ponownie potrzebne.      
    
Kończąc te rozważania na temat cienia - i nie zważając na to, jak bardzo przesłodzonym i pogrążającym mnie wydaje się niektórym takie zakańczanie postów - chciałabym życzyć sobie i wszystkim czytającym, aby Mroczna Bogini, która zamieszkuje nasze osobiste podziemia, była dla nas źródłem odwagi do ich poznawania i poszukiwania w nich światła, z którym wraz z Nią będziemy mogli powrócić na powierzchnię, kiedy odpowiedni ku temu czas nadejdzie :-)

3 komentarze:

  1. Jeśli chodzi o czas prze Yule to mam podobne doświadczenia, dla mnie również jest to okres kiedy zwracam swoje oczy na moje ciemne i mroczne "ja". Na nowo poznaje i odkrywam ciemną stronę Mocy :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdyby nie to zakończenie o poszukiwaniu światła w cieniu - byłoby prawie leworęcznie :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Musiał być wiccański akcent :-D

    OdpowiedzUsuń