poniedziałek, 27 czerwca 2011

 
Instrukcja obsługi przyszłych arcy/kapłanów,
czyli jak NIE prosimy o inicjację

Kilka dni temu po raz kolejny otrzymałam maila z zapytaniem w sprawie inicjacji i pomyślałam, że czas się do tego odnieść. Większość bowiem maili, która do mnie dociera, mniej lub bardziej podąża za pewnym schematem, a więc jest wyrazem bardzo podobnego toku myślenia, który – i tu nie chcę nikogo obrazić – dla mnie samej był w momencie mojego proszenia o inicjację właściwie nie do pomyślenia. I biorąc pod uwagę pisanie tej notatki, nadal chyba jest. Nie wnikając jednak w podstawy takiego a nie innego podejścia do tematu wiccańskiego treningu i wieńczącej go (lub nie) inicjacji, przejdę od razu do rzeczy. 
Przykładowy mail, który zazwyczaj rozbudowany jest o kilka dodatkowych zdań dotyczących osobistych informacji o adresacie, wygląda następująco:

Witam!
Jestem zainteresowana/-y wicca. 
Szukam nauczyciela, który podjąłby się uczenia mnie. 
Czy może mnie Pani inicjować?
Pozdrawiam serdecznie,
X.

W gruncie rzeczy mail jest zawsze miły i na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że czego tu się czepić - pomijam fakt, że jako osoba wychowana jeszcze bez użycia komputerów, uczona byłam nieco bardziej rozbudowanego schematu pisania listów - a jednak… Po pierwsze jest to forma wystosowanej prośby, po drugie poziom wiedzy, jakim dysponuje (lub jakim sprawia wrażenie, że dysponuje) nadawca.

FORMA
Inicjacja to jak zawarcie związku małżeńskiego – z Bogami, z wicca, z arcy/kapłanami, z kowenem, a prośba o naukę i inicjację to jak oświadczyny. Czy myśląc o tym porównaniu komukolwiek przyszłoby do głowy, by prosić wybraną przez siebie osobę o rękę lub zgodzić się na taką propozycję przez internet? Już nawet nie jest istotnym, że taka forma sprawia wrażenie braku szacunku względem proszonej osoby, ale co z odwagą i poświęceniem? Internet daje nam anonimowość i odbiera potrzebę prawdziwego zebrania się w sobie, by stanąć oko w oko z możliwością porażki. Dodatkowo wiadomość przesłana internetem to w większości przypadków zupełny brak kosztów, kosztów właśnie w znaczeniu poświęcenia.  Siadamy, sklecamy kilka zdań, a potem małe ‘klik’ i już. Poszło. Oczywiście nadal pozostaje oczekiwanie i napięcie, może wręcz stres, ale nad taką porażką  w wypadku odmowy dużo łatwiej jest przejść do porządku dziennego niż kiedy człowiek musi zaplanować spotkanie, udać się na nie i zadać to ważne pytanie mając przed sobą osobę, która równie dobrze może powiedzieć tak, jak i nie. 

 I tu wstawka z cyklu ‘z życia wzięte’...

Mi samej poszło teoretycznie łatwo – przyjęta za pierwszym razem – jednak w praktyce pytanie o inicjację wcale nie było takie bezstresowe. Swoich arcykapłanów poznałam na konferencji PFI. Dużo czasu na rozmowę nie było, bo ciągle jakieś zajęcia, warsztaty i cała masa ludzi wciąż ich otaczających i chętnych pogadać, ja jednak od pierwszego spojrzenia wiedziałam, że to Oni. Potem przyszły 3 miesiące pisania maili, rozmów na gg i ogólnego poznawania się, utwierdzania w przekonaniu, że to, co poczułam na konferencji to nie tylko chwilowe uniesienie. Już samo zapytanie czy nie mogłabym któregoś weekendu przylecieć w odwiedziny do Anglii było stresujące i podniecające zarazem, nie mówiąc już o dawce emocji otrzymanych w promocji  od najbliższych, którzy uznali, że upadłam na głowę i narażam się na wielkie niebezpieczeństwo opętania czy fizycznego uwięzienia i poświęcenia pogańskim bóstwom w ofierze. 

Zapytani zgodzili się jednak, a ja z radości wydałam połowę pensji, by zakupić bilet na najbliższy wolny dla nich termin. No i po 3 miesiącach, które minęły od naszego  pierwszego spotkania, stanęłam w brytyjskich drzwiach tych niemal mi nieznanych , a zarazem znanych od zawsze, wiccan trzeciego stopnia. I wtedy dopiero się zaczęło… W Anglii spędziłam wówczas zaledwie 3 dni, ale Ile ja się w tym czasie nie na dreptałam w miejscu, ile razy do ubikacji nie nalatałam, myśląc, że mi żołądek wariuje, bo się czymś zatrułam, i ile razy palców mało nie powykręcałam od ich ugniatania (nie palę, więc w ten sposób zająć ich nie mogłam) zliczyć chyba się nie da. I jak to zwykle w takich wypadkach bywa, odciągałam ten decydujący moment w nieskończoność, bo przecież każda chwila, w której akurat się znajdowałam, była nieodpowiednia, bo za mało wzniosła, a tu mały pogański brzdąc latał między nogami, a tu na zakupy wyjść trzeba było, bo wina brakowało… Jak to mówią – biednemu zawsze wiatr w oczy :-) A Oni zwyczajnie czekali... 

      Ostatecznie wszystko wydarzyło się ostatniego wspólnego wieczoru, zaraz po zakończonym rytuale (oczywiście otwartym), na który – ku mojej uciesze połączonej z paniczną i paraliżującą niemal wiedzą, że jeśli nie teraz, to może już nigdy - zostałam zaproszona. No i z mokrymi od potu dłońmi, latającą z nerwów dolną wargą, spiętymi mięśniami twarzy i ramion - z których części istnienia nawet nie zdawałam sobie wcześniej sprawy - i szczękającymi bezgłośnie zębami udało mi się w końcu wybełkotać: „Mike, możemy porozmawiać na osobności?”. 

To, co nastąpiło później, a co poprzedziło odpowiedź  Mike'a i wcale obiektywnie nie trwało aż tak długo, było chyba z całego weekendu najgorsze: prośba o rozmowę, wyjście do innego pokoju (podczas gdy nogi się pode mną same uginały i poruszanie do przodu sprawiało im nieopisaną trudność), a następnie rozmowa i dawanie odpowiedzi na zadawane pytania (kiedy z trudem przychodziło mi przypomnienie sobie własnego imienia, a cała znajomość języka angielskiego, która jeszcze godzinę wcześniej wydawała się być nie najgorsza, nagle uleciała.) Czekanie na odpowiedź, na tą ODPOWIEDŹ, było – wbrew pozorom – dużo łatwiejsze. Cała energia, którą w sobie posiadałam i tak została już wykorzystana na wcześniej opisane czynności, siedziałam więc wpatrzona - zapewne dosyć tępo - w mężczyznę usadowionego może z metr przede mną, oczekując wyroku odnośnie mojej przyszłości. Była to chwila coś na wzór tych z telewizyjnych turniejów, z tą jednak różnicą, że pokój wypełniała grobowa cisza zamiast podsycającej niepewność oczekiwania muzyki. I nie powiem, ale kiedy odpowiedź w końcu padła, chwilkę zajęło mi przyswojenie sobie znaczenia tak nieskomplikowanego słowa jakim jest 'YES', najważniejszego 'YES' jakie w tym życiu - przynajmniej do tej pory - usłyszałam :-) 


Ale wracając do naszego schematu i do drugiej rzeczy, o której trzeba pamiętać prosząc o inicjację i której brak bardzo razi…      

WIEDZA
Poprzez inicjację człowiek ‘wżenia się’ w pewne środowisko, grupę, staje się częścią czegoś większego i nawet jeśli jest to możliwe, trudnym jest późniejsze odkręcenie tego aktu. Prośba o inicjację to poważna decyzja i wymaga zastanowienia, ale również zasięgnięcia informacji na temat arcy/kapłanów, osób przynależących do kowenu (jeśli jest to możliwe), danej linii inicjacyjnej. Odnosząc się bowiem w dalszym ciągu do porównania z małżeństwem, czy ktokolwiek składa propozycję zawarcia tak poważnego związku znając daną osobę zaledwie ze zdjęcia lub z kilku przeczytanych na  forach/stronach postach jej autorstwa? I co więcej – nie wiedząc nawet czy jest ona dojrzała na tyle, by podołać małżeńskim obowiązkom?
Maili dostaję bowiem sporo, przy czym chyba tylko raz zdarzyło mi się spotkać z zapytaniem, na którym stopniu inicjacyjnym jestem i czy w ogóle mogę inicjować. Pokazuje to przede wszystkim tyle, że osoby pytające temat wicca zgłębiły jedynie pobieżnie, nie wiedzą bowiem, że po pierwsze inicjacji udzielać mogą jedynie osoby z 2-im lub 3-im stopniem inicjacyjnym (w zależności od linii), a po drugie, że o inicjację prosi się przeważnie osobę płci przeciwnej (dlatego ja musiałam zapytać o nią mojego arcykapłana, a nie arcykapłankę, mimo że to z nią miałam dużo lepszy i częstszy kontakt). Taka niewiedza może prowadzić również do stwierdzenia, że osoba pytająca jest jedynie pod wpływem słomianego zapału i nie ma świadomości jak podniosłym i znaczącym wydarzeniem jest wiccańska inicjacja. Oczywiście nie musi to być regułą , co nie zmienia faktu, że wrażenie pozostaje i chwilkę zajmuje, by je zmienić podczas dalszej konwersacji.

Podsumowując... 
Inicjacja wiccańska to nie punkt dnia, który można wcisnąć pomiędzy poranną kawę, a wyjście na spotkanie ze znajomymi, a prośba o trening i jej udzielenie to nie sprawa, którą można załatwić niczym kupno nowego mebla na Allegro. Inicjacja to przysięga i bardzo konkretne więzi, a prośba o nią to jak zaręczyny i pewne zobowiązanie. Przez internet można pogadać, można poznać i wybadać grunt, reszta natomiast to już starcie oko w oko z 'bestią' :-) 

sobota, 25 czerwca 2011

Lato Lithowe

  Słońce, światło, ciepło; siła, władza, moc. Czas początków dojrzewania i najdłuższych w roku dni, które tu, gdzie mieszkam, trwają niemal 24h na dobę i momentami aż do znudzenia dają o sobie znać. Okres łatwo powstających napięć i gwałtownych burzowych rozładowań. Lato Lithowe. Miejsce w Kole Roku, kiedy przyroda hamuje się nieco w swoim rozkwicie, a my, zapomniawszy o zimie i przyzwyczajając się do gorących dni, ciepłych wieczorów i letnich nocy, rozleniwiamy się lekko pod ich wpływem. Lato Lithowe. Czas sesyjnych stresów, wakacyjnego szaleństwa i permanentnego stanu niedospania, powodowanego potrzebą reaktywacji nocnego życia towarzyskiego.


Dorosłość, odpowiedzialność, stabilizacja; małżeństwo, zobowiązanie, bezpieczeństwo. Bogowie są w kwiecie wieku. Pod sercem Bogini z dnia na dzień wzrasta poczęte w ostarowe święto dziecię, otoczone miłością i opieką obojga rodziców. Ze spokojem i radosną gotowością oczekują oni narodzin swojego potomka, który pewnego dnia zastąpi na boskim tronie Rogatego Pana. 


        Lato Lithowe. Jedni działają na najwyższych obrotach, inni poświęcają się błogiemu lenistwu.


Wiosna Beltainowa

Wiosna Beltainowa. Czas, kiedy zieleń jest najzieleńsza, promienie słońca najdelikatniejsze, ziemia najpulchniejsza, a zapach rozkwitających na każdym kroku kwiatów najmocniejszy. Wiosna Beltainowa. Pora roku należąca do młodych –  młodych zarówno ciałem, jak i tych, w których pomimo upływu lat pozostał niezmiennie młody duch - oraz do zakochanych. Wiosna Beltainowa. Czas długich spacerów, zbierania kolorowych bukietów, tańca wokół majowego pala i skoków przez roztańczone płomienie palonych na leśnych polanach i nad jeziorami ognisk.



Bóg i Bogini. Bogini i Bóg. Dwa ciała i dwa duchy splecione w  nieograniczonej czasem czy przestrzenią świętej unii. Dopełniające się różnorodności. Niepozostające w sprzeczności przeciwieństwa i podobieństwa zarazem. Prastare istoty, z których miłosnego aktu wszystko powstało i dzięki któremu nadal istnieje. Ci, którzy stanowią najlepsze części nas samych. Władcy Beltainowej Nocy. Młodzi i zakochani, a jednocześnie dojrzali i odpowiedzialni, stają na ślubnym kobiercu, by uroczyście przypieczętować swój święty związek.  


 


Wiosna Beltainowa. Czas na radosne uniesienia, ale także na odważne i odpowiedzialne decyzje, z których poprawności rozliczyć nas będzie mógł jedynie nadchodzący czas.