czwartek, 24 lutego 2011

 

Pogański Czas

Nasz czas nie liczy się datami. Nasz czas nie jest linearny. Nie można wyznaczyć początku ani końca, bo oba te punkty – będące i tak wyrazem subiektywnej oceny rzeczywistości – zawierają się w sobie nawzajem. Nasz czas to cykl. Cykl dnia i nocy, miesięczny cykl księżyca, cykl pór roku, cykl narodzin, śmierci i odrodzenia.


Kiedy byłam młodsza inaczej zauważałam te zmiany i inne padały na ich temat słowa w moim otoczeniu. Były to raczej słowa niezadowolenia, skierowane częściej w eter niż do konkretnego adresata, słowa rzucane od niechcenia i bez głębszej nad nimi refleksji. Pełnia zawsze przeszkadzała, wiosna była za zimna, lato za krótkie, jesień zbyt wietrzna, a zima za „chlapciata”. Zmieniłam się jednak ja i zmienili się ludzie, którzy mnie otaczają. Pogańskie stado, pogańskie myślenie, pogański czas. Teraz pełnia to czas magii i esbatu, jesień daje wyciszenie, zima odpoczynek, wiosna siłę do działania, lato to czas zabawy, a śmierć to dopiero początek nowego istnienia.  


Zdolność współprzeżywania zmian zachodzących w naturze oraz życie jej rytmem to umiejętność powrotu do naszego stanu pierwotnego, a jednocześnie to wielki dar dla tych, którzy nie muszą się tego uczyć i ciężko pracować nad zrzuceniem z siebie nałożonych przez otaczający nas świat schematów myśleniowych. Kiedyś nie było przecież zegarów i nie istniały godziny. Kiedyś nie było znanego nam obecnie wiecznego pospiechu, nie było wyparcia starości i śmierci, a ludzie, zwierzęta i rośliny żyli tym samym rytmem - rytmem Matki Ziemi.


Wciąż uczę się tego powrotu do korzeni, uczę się znajdowania chwil, by się zatrzymać i - bez zerkania na zegarek - pobyć w nich, jak długo tylko tego zapragnę. Uczę się zauważania zmian zachodzących we mnie i wokół mnie, ich cykliczności, piękna z niej wynikającej i ich akceptacji. Uczę się jak wstawać co rano z uśmiechem, odnajdując dobre strony w każdej sytuacji i w każdej pogodzie, jaka by nie była, i jak co wieczór celebrować zakończenie kolejnego dnia spędzonego w towarzystwie otaczających mnie ludzi i swoim własnym. I prawdę mówiąc jest to jedna z tych rzeczy, które dają mi najwięcej życiowej radości, a jednocześnie przynoszą wewnętrzny spokój, ciszę i pewność, że tak właśnie powinno być. Jesienią pluskam się w kałużach i zagrzebuję w wilgotnych liściach, zwalniając tempo prac i dając sobie więcej czasu na sen; zimą rozświetlam dom tysiącem różnokolorowych świec i otulona w ciepły koc robię na drutach lub czytam, korzystając z możliwości pobycia sama ze sobą; wiosną wynurzam się z swojej norki, odkurzam niezrealizowane projekty i tworzę nowe marzenia, by zaraz potem zabrać się za wprowadzanie ich w życie; a latem… a latem tańczę, prowadzę długie rozmowy z ludźmi, jaszczurkami i łosiami, i fruwam, gdzie mnie tylko skrzydła poniosą :-)   

Tak więc… Chwil bez zegarów i czasu o smaku naturalnym! :-) Niech nigdy nam ich nie zabraknie :-)

Blessed Be!

5 komentarzy:

  1. Oj tak, byle tych chwil bez zegarków i chwil w rytm oddechu Matki Natury było więcej :)
    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie to opisałaś, jak cudownie by było gdyby ludzie wyrwali się z tego koszmarnego snu zwanego ponura codzienność i dostrzegli te drobne piękne rzeczy, wyrzucili to paskudztwo które wedle ich odlicza sekundy do śmierci powodując niepohamowany pośpiech i poczuli jak cykl księżyca wpływa na ich ciało. Każdego dnia uczę się żyć w zgodzie z tym delikatnym naturalnym rytmem Natury i daje mi to mnóstwo radości :) Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A moje norweskie ocieplaczki to co? :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. @Anna: Pewnie nie wszystkich da się wyrwać z ponurej codzienności, ale czasem wystarczy wpaść na odpowiednią osobę żyjącą rytmem Natury i wszystko zaczyna się zmieniać. Ja na swojej drodze wpadłam szczęśliwie na kilka takich osób, które coś we mnie poruszyły, a teraz to już się zatrzymać nie chce :-) Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń