niedziela, 6 lutego 2011




Inicjacja wiccańska
Podobny schemat, unikalne doświadczenie

Noc.
Półsen lub półjawa. Półjawa lub półsen.
Momenty nieświadomości przerywane dreszczowymi spazmami. 
Napięcie oczekiwania.
Lęk i podniecenie bezwstydnie splecione w jeden warkocz emocjonalnego rozklekotania. Magiczny strach.
Cienie o nieokreślonych kształtach za oknem, zjawy myśli zaglądające z zaciekawieniem poprzez liście wijącego się na zewnątrz bluszczu, blade wspomnienia nie wiadomo skąd na zielonych ścianach pokoiku.
Jest cicho.

Poranek.
Otępienie, rozmyte kolory.
Urywki chwil przeciągające się w nieskończoność.
Delikatne promienie słońca opływają nieśmiało ogród. Nad trawami ni to mgła ni pozostałości nocnego koszmaru.
Chłód wczesnych godzin i chłód łez starających się rozładować napięcie.
Uśmiech mężczyzny.
Jest cicho.

Przedpołudnie.
Wychodzę nie wiedząc czy wrócę.
Żegnam się z przyjaciółmi, a może jedynie z samą sobą. Z tą, którą do tej pory znałam.
Za drzwiami jasne światło.
Przestępuję próg – to pierwszy tak realny krok w stronę czekającej na mnie śmierci.
Jest cicho.

Południe.
Słońce pieści, ziemia tuli, czas w uśpieniu.
Wizje niosące potwierdzenie i dodające odwagi.
Kształty na skalnych ścianach, słowa w pobekiwaniu wypasanych na zielonych wzgórzach owiec, łagodny dotyk w strumieniu rzeki.
Przed oczami przesuwają się sceny niczym w niemym filmie. Ludzie spacerują, rozmawiają, żyją… Ja płynę.
Jest cicho.

Popołudnie.
Zbieram kwiaty na łące…
„Już czas! Już czas!”, oznajmia głos tego, który mnie tutaj przywiódł…
„Już czas! Już czas!”, szepczą wysokimi trawami Bogowie…
„Już czas! Już czas!”, grzmi kościelny dzwon…
Zostaję sama. Idę mając nadzieję, że wiem dokąd.
Drzwi.
Drżąca dłoń zwinięta kurczowo w pięść. Jeszcze mogę się cofnąć.
Na skroniach pot. W piersi brak tchu. Chwilowy paraliż i…
Niech się dzieje!

Wieczór.
Przyszli po mnie. Zawiązali oczy. Ciemność!
Pozostałe zmysły i tak odmawiają posłuszeństwa.
Bez-słuch, bez-smak, bez-węch.
Szata opada w dół. Związane ręce, związane nogi…
Zaczyna się najważniejsze.
Okrzyk bólu!
Łzy radości!
Dokonało się! JESTEM! :-)

„Wiccański poród” - niby według podobnego do innych schematu, a jednak tak różny od każdego z pozostałych :-)

5 komentarzy:

  1. Pięknie to opisałaś :) aż ciarki po plecach przechodzą. To musi być niesamowite doświadczenie. Zapewne nie do porównania z niczym innym. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj tak :-) A ten dzień i kilka go poprzedzających to były najbardziej wyjątkowe i magiczne dni mojego życia :-)
    Dobrej nocy! :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy można się gdzieś zapoznać z szerszym opisem tego wydarzenie czy jest to z reguły trzymane w tajemnicy?

    OdpowiedzUsuń
  4. Teoretycznie można i jak dobrze poszukasz w anglojęzycznych publikacjach to znajdziesz suchy opis rytuału, który tak na prawdę mało Ci powie. Różnica między opisem a doświadczeniem bycia inicjowanym to trochę jak między przeczytaniem recenzji filmu, a znalezieniem się w środku jego akcji...
    Poza tym, jeśli kiedykolwiek interesowałoby Cię osobiste doświadczenie inicjacji wiccańskiej, to z całym sercem bym odradzała szukanie czegokolwiek z technicznych opisów jej przebiegu. Tą właśnie sprawę wyjaśniam w swojej książce, więc jak już będziesz miała ją w rękach - a wiem, że będziesz :-) - zajrzyj w rozdział poświęcony inicjacji i przeczytaj go, proszę, nim zaczniesz swoje poszukiwania :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za rade, tak właśnie zrobię :)

    OdpowiedzUsuń