czwartek, 8 grudnia 2011


O cieniu, wicca i o tym,
że czasem dobrze jest pogrzebać
w osobistym śmietniku

Jako czarownica żyję w Kosmosie, na który składają się trzy światy: Świat Podziemny, Świat Ziemski oraz Świat Niebiański, każdy z nich posiadający własną specyfikę, a jednocześnie nierozerwalnie połączony z dwoma pozostałymi.

Koniec jesieni oraz zima - a w szczególności czas pomiędzy Samhain i Yule, który dla mnie samej jest okresem zawieszenia pomiędzy końcem starego, a początkiem nowego roku - jest tym czasem, kiedy swoją uwagę kierujemy w stronę Świata Podziemnego. I podobnie jak Bogini w wiccańskiej mitologii schodzi do podziemi, by ponownie powrócić na ziemię z odrodzonym Słonecznym Bogiem, tak i my schodzimy do swych własnych podziemi, by stawić czoło temu, co kryje się w ich ciemnościach i odnaleźć wewnętrzne światło.

Świat Podziemny to z jednej strony mitologiczna kraina; dla jednych bardziej, dla innych mniej realna. Ale Świat Podziemny to również - a dla niektórych przede wszytskim - symboliczne przedstawienie tej części naszej psychiki, którą zamieszkują wszystkie niemile przez nas widziane wzorce zachowań, cechy i postawy. Mowa oczywiście o cieniu - tym składniku naszej osobowości, z którym się nie utożsamiamy i utożsamiać nie chcemy, nawet jeśli nie zawsze "wybór" wypartych elementów był racjonalny. Cień bowiem - choć potocznie postrzegany jako siedlisko mroku i zła - w istocie nie jest tym, co w nas absolutnie złe, ale co nieucywilizowane, nieprzystosowane, to wszystko, co jest albo co wydaje nam się być nieakceptowane przez innych, a co chowamy głęboko w sobie w obawie przed potencjalnym odrzuceniem. Czasem więc w tej szczelnie zapieczętowanej "skrzyni z odpadami", która powstawała równolegle z kształtowaniem się naszego ego i która powiększała się bazując na przekonaniach kim nie powinniśmy być, czego nie można i co nie wypada, znajdują się również takie elementy jak dziecięce fantazje czy skrywane od dawna potrzeby, których przywrócenie do łask mogłoby ubarwić i ożywić nasze życie. Koniec końców każdy chcący rozwijać się duchowo człowiek i tak musi przejść przez coś, co psychologia jungowska nazywa procesem indywiduacji, czyli akceptacji i przyjęcia cienia do swojej świadomości, co w konsekwencji prowadzi do ujrzenia siebie jako harmonijnej całości.  

W wicca temat cienia najczęsciej poruszany jest w kontekście drugiego stopnia inicjacyjnego, kiedy ma miejsce przygotowanie do "konfrontacji" z nim, a następnie sama "konfrontacja". Do tego momentu - cały czas mowa o liniach Rzemiosła, które wtajemniczenie w kolejne misteria łączą z rozwojem duchowym -wiccanim czy wiccanka teoretycznie powinni przejść przez szkołę poznania oraz ujarzmiania pierwszego "przeciwnika", ego, nad którym praca zaczyna się jeszcze przed pierwszą inicjacją. Nieprzepracowane ego, z natury bojąc się tego, co kryje się w cieniu i w ramach reakcji obronnej projektujące ten cień na innych, może bowiem sprawiać poważne kłopoty i wpędzić człowieka w nielada tarapaty. W tej sytuacji ujawnia się oczywiście ogromna rola kowenu i przede wszystkim arcykapłanów, którzy w całym tym trudnym procesie rozwoju pełnią - w miarę swoich możliwości - rolę nakierowującą na odpowiednie tory oraz służą radą w pracy nad sobą.

A praca tak z ego, jak i z cieniem, to praca niełatwa, i choć z zasady powinna być obciążeniem przede wszystkim dla pracujących nad nimi wiccańskich "małolatów", czasem stanowi nie lada wyzwanie również dla tych, którzy nad tym prosecem czuwają. Zagadnienie cienia w wicca to bowiem nie tylko drugi stopień inicjacyjny - choć nie każda trzeciostopniowa czarownica to zdanie podziela - a sam cień to nie coś, co z zasady raz przepracowane i zintegrowane nigdy już nie ujawni się jako ponownie odepchnięte na bok brzydkie kaczątko. Zmieniamy się my, zmieniają się oczekiwania innych wobec nas, a także nasze wyobrażenia na temat tychże oczekiwań. Co więcej, zmieniają się nasze oczekiwania względem nas samych oraz położenie granic odnośnie tego na co możemy, a na co nie możemy sobie pozwolić. O ile bowiem dużo łatwiej zabrać się za pracę z cieniem/ego na względnym początku swojej duchowej drogi, o tyle później - kiedy wzrasta, nie bezpodstawnie z resztą, pewność siebie, lecą lata gromadzenia doświadczeń, a co za tym idzie, rosną oczekiwania innych względem reprezentowanej przez nas postawy, zachowań, poziomu wiedzy oraz wypracowanych cech - coraz trudniej przychodzi przyznanie się nawet przed samym sobą, że nadal ma się problemy nie tylko z cieniem, ale i z ego; tak, jakby ich istnienie było czymś złym.


Nie jestem psychologiem i może nie mam doświadczenia, które dawałoby mi możliwość spojrzenia z odpowiedniej perspektywy, ale na podstawie obserwacji wnioskuję, że praca z cieniem (jak i z ego) to zadanie czasem i na całe życie, którego zakończenia nie da się przypieczętować pierwszą, drugą czy trzecią inicjacją. Wszystko wydaje się bowiem zależeć od indywidualnego człowieka, jego możliwości i zaparcia w pracy nad sobą, a także czujności, która pozwoli nie osiąść na laurach. Jak to na jednym z forów napisała moja wiccańska siostra: "Moim zdaniem, na drugim stopniu możemy przepracować cień i w ogóle wszystko będzie ok. Otrzymamy ten trzeci stopień i też będzie ok. Jednak po paru latach bycia na tym trzecim stopniu, prawdopodobieństwo uderzenia cienia też jest. To że raz go przepracowaliśmy to nie znaczy że on nigdy nie wróci. Może wrócić. Tylko wtedy zaczyna się naprawdę duży problem, bo osoba na trzecim stopniu, raczej nie da sobie nic wytłumaczyć, bo jest przyzwyczajona do tego, że wszyscy jej słuchają i robią tak jak mówi."

Każdy z nas posiada swoją ciemną stronę. Ja swój cień - dzięki "przypadkowo" zesłanemu przez niebo człowiekowi - dopiero zaczęłam na poważnie odkrywać i nad którym na pewno czeka mnie ciężka praca w przyszłości pod okiem wiccańskich arcykapłanów. Nie przeszkadza mi to jednak i samodzielnie podążać ścieżką ku poznawaniu siebie - w tym podejmować próby zrozumienia i zaakceptowania istnienia we mnie tych elementów ciemnej strony, które już sobie uświadomiłam - a ten czas w Kole Roku jak najbardziej temu sprzyja. Uzmysłowienie sobie istnienia oraz potencjału swojej ciemnej strony, to nie tylko świadomość czekających nas bolesnych negocjacji z samym sobą, ale to również świadomość tego, do czego jesteśmy zdolni, świadomośc tego czym tak na prawdę jesteśmy i krok na drodze ku pełni. Kilka dni temu - trochę za sprawą męczącej mnie choroby i deszczowej pogody, które do tego nastrajały, oraz paru zdarzeń z ostatnich tygodni - niechcący dokopałam się do własnego "kufra z odpadami". Niechcący, ponieważ jak wynika z mojego doświadczenia, kopanie w podziemiach, kiedy ciało i umysł nie cieszą się zbyt dobrą kondycją, w najlepszym wypadku zakończyć się może dołem, lepiej więc odłożyć takie przedsięwzięcia na inną okazję. Tak czy owak mój kufer otworzył się delikatnie, a ja, o zgrozo, odnalazłam w nim coś, co wydawało mi się być dawno uświadomione, przemyślane, przetłumaczone i poddane działaniu światła. Z jednej strony pokazało mi to, że nie zawsze elementy, które wydają nam się ugłaskane, faktycznie takimi są, a założenie, że już sobie z nimi poradziliśmy, prowadzi tylko do ponownego wyparcia i uniemożliwia jakąkolwiek pracę z danym elementem. Z drugiej strony sytuacja ta ukazała mi, z jaką łatwością byłam w stanie pochwalić się przed samą sobą, że zdołałam coś przepracować, a na ile ciężko było następnie przyznać, że albo nie do końca mi to wyszło, albo że to coś, przez moją własną nieuwagę, ponownie wpełzło w strefę ciemności. Niby szczegół, bo sama obserwacja nie mówi jeszcze nic o jakimkolwiek działaniu z mojej strony, choć bez tego "wymuszonego" przejrzenia dostępnej mi tamtego dnia zawartości mojego osobistego śmietnika, nie wiedziałabym nawet, że jakieś działanie jest w danej sferze ponownie potrzebne.      
    
Kończąc te rozważania na temat cienia - i nie zważając na to, jak bardzo przesłodzonym i pogrążającym mnie wydaje się niektórym takie zakańczanie postów - chciałabym życzyć sobie i wszystkim czytającym, aby Mroczna Bogini, która zamieszkuje nasze osobiste podziemia, była dla nas źródłem odwagi do ich poznawania i poszukiwania w nich światła, z którym wraz z Nią będziemy mogli powrócić na powierzchnię, kiedy odpowiedni ku temu czas nadejdzie :-)

piątek, 23 września 2011


Blaski i cienie
 czyli teoria i praktyka naszej polskiej wicca


1.  Ukryte dzieci Bogini

TEORIA…
Wicca to religia misteryjna i inicjacyjna, a więc siłą rzeczy religia zarezerwowana dla mniejszości, której przedstawiciele usłyszeli głos Potrójnej Bogini i Rogatego Pana, i którym w jakiś sposób udało się odnaleźć drogę do wiccańskiego kowenu, gdzie zostali inicjowani.
Wiccanie często lubią o sobie mówić jako o „ukrytych dzieciach Bogini”, tych, którzy w tajemnicy przed światem odprawiają swoje misteria i czczą swoich Bogów, i których przynależność religijna znana jest jedynie niewielkiemu gronu przyjaciół. Nazwa ta wynika również z tego, że personalia osób inicjowanych w którąkolwiek z linii tradycyjnych okryte są tajemnicą i można o nich mówić jedynie, gdy ma się 100%-wą pewność, że dana osoba wyraża zgodę na ich ujawnienie.

PRAKTYKA…
Ukryte dzieci Bogini to określenie, które dużo bardziej pasuje do okresu tworzenia się wicca niż do czasów współczesnych. W momencie, kiedy Gardner dotarł do kowenu z New Forest (a z przekazów posiadanych przez osoby inicjowane wynika, że tak było), o czarownicach słyszano jedynie w kontekście historii, która dawno przeminęła. Dopiero od chwili ukazania się jego publikacji i coraz odważniejszego mówienia o współczesnych zgrupowaniach wyznawców Boga i Bogini, część praktykujących postanowiła ujawnić informacje o swoim istnieniu.
Choć od czasu, kiedy religia czarownic wyszła z podziemia, minęło już ponad pół wieku, wiele kowenów pozostaje nadal w ukryciu, a prawdy o wyznawanej przez ich członków religii nie zna nawet najbliższa rodzina. Jest to też główny czynnik sprawiający, że nie jesteśmy w stanie określić ogólnej liczby osób inicjowanych, a nawet w naszym kraju, gdzie koweny raczej znają się między sobą, jest ona podawana w przybliżeniu.
W Polsce - choć często lubią posługiwać się nazwą „ukrytych dzieci” - wiccanie nie należą do osób skrywających swoją tożsamość. Pomijając jednostki, które faktycznie znane są jedynie inicjowanym, ukrywanie tożsamości ma raczej miejsce w odniesieniu do osób dobrze już znanych szerszej publiczności i w sytuacji, gdy nagle ktoś utrze im nosa, a wówczas najłatwiejszym sposobem na wycofanie się ze sceny jest nagłe przypomnienie sobie o wiccańskim incognito i prywatności przeżyć, o których najpierw trąbiło się na lewo i prawo. Polscy wiccanie kojarzeni są też z szeroko zakrojoną działalnością on-line, gdzie każdy wiccański „przywódca” posiada swoje własne forum oraz stronę internetową, służące nie tylko dzieleniu się informacjami i nawiązywaniu kontaktów, ale nierzadko będące również platformą do propagowania własnych wizji na temat wicca oraz niszczenia (nie tylko wiccańskiej) konkurencji poprzez wyciąganie brudów, obrzucanie oszczerstwami, banowanie… itp. W przeszłości były w prawdzie próby przekształcenia ówcześnie wiodącego prym forum w forum ogólno-wiccańskie, gdzie moderatorami byłyby osoby z różnych tradycji wiccańskich, jednak osoba proponująca takie rozwiązanie została z tegoż forum szybko usunięta, a ono samo zamknięte do czasu uzyskania przez administratora przeprosin za tak idiotyczny pomysł.

2.  Religia równości

TEORIA…
Wicca to religia, do której misteriów dostęp daje jedynie inicjacja i która stopni inicjacyjnych posiada trzy. Pierwszy z nich to wyświęcenie na kapłankę/kapłana, które daje możliwość stania się uczniem, uczestnictwa w zamkniętych rytuałach, poznania imion Bogów oraz tradycji przekazywanej w danej linii. Drugi stopień kończy zapoznawanie się z jej podstawowymi tajnikami i często daje prawo do założenia własnego kowenu oraz samodzielnego inicjowania jego członków. Trzeci stopień to natomiast stopień mistrzowski, nadawany czarownicom, które przeważnie mają za sobą prowadzenie własnego kowenu i które zdołały doprowadzić jego członków do drugiego stopnia inicjacyjnego. O ile też o pierwsze dwa stopnie należy samodzielnie poprosić, ostatni z nich musi zostać czarownicy zaproponowany przez osobę już takowy stopień posiadającą.    
W wicca można otrzymać trzy inicjacje - w niektórych tradycjach stopień drugi i trzeci udzielane są jednocześnie, ale wówczas traktowane są jedynie jako kolejne misteria, nie zaś jako etapy duchowego rozwoju, a co za tym idzie kapłan trzeciego stopnia w takich liniach nie może być stawiany na równi z kapłanem trzeciego stopnia pochodzącym z linii, gdzie inicjacje udzielane są osobno, a okres pomiędzy nimi liczony jest w latach - nie znaczy to jednak, że jest to religia hierarchiczna. Każda osoba, która dotarła do końca rytuału inicjacji (a historia zna przypadki uciekających oknem zaraz przed rytuałem czy z przerażeniem proszących o „wypuszczenie” już po jego rozpoczęciu), staje się jednocześnie kapłanem/kapłanką czczonych przez wiccan Bogów, a więc nie ma tu mowy o podziale na kler i podążające za nim owieczki. Bez względu jednak na tą równość, wicca posiada również trzy stopnie wtajemniczenia, które nie tyle mówią o wyższości czy niższości, ale które dają dostęp do konkretnych misteriów i są kolejnymi stopniami na drodze samorozwoju, przekazując jednocześnie informację o poziomie zaawansowania danej osoby i posiadanym doświadczeniu. Nie każda jednak czarownica ma ambicję, potrzebę czy możliwość uzyskania więcej niż pierwszego stopnia, co wcale nie oznacza, że jest przez innych uznawana za gorszą. Są osoby, które do kolejnych stopni dochodzą latami, są tacy, którym zajmuje to kilkanaście lat, a są i tacy, którzy z pierwszym stopniem kapłańskim umierają.
Wicca to również religia, w którą inicjowany może zostać każdy kto tylko znajdzie arcykapłanów gotowych go przyjąć na naukę, a następnie wyświęcić. Tu również nie ma podziału na gorszych i lepszych, czy na wybrańców z góry wyznaczonych przez Bogów i  tych skazanych na niepowodzenie.

PRAKTYKA…
         W Polsce funkcjonują w tej chwili zaledwie dwa koweny czysto polskie oraz jeden, który ze względu na miejsce zamieszkania swoich arcykapłanów spotyka się poza granicami kraju, i jako pionierskie, siłą rzeczy stanowią one podwalinę dla rozwoju wicca na polskiej ziemi. Pomimo jednak krótkiej historii samodzielnego funkcjonowania (wyjątkiem jest tu Agni Keeling, która wraz z mężem od lat działa samodzielnie i ma na swoim koncie prowadzenie również czysto brytyjskiego kowenu) i wyszkolenia w kowenach zagranicznych, gdzie wicca jest już zakorzeniona, a zasada równości jasna, czasami ciężko jest się doszukać jej śladów pomiędzy osobami inicjowanymi w Polsce.
Jeszcze bowiem 4 lata temu, kiedy Polskę obiegła informacja, że mamy pierwszą dwójkę inicjowanych wiccan, wydawało się, że osiągnęli oni wiedźmiarskie niebo i jako „ci już wiedzący” cieszyli się albo wielkim szacunkiem albo – wynikającą z bólu z powodu zaciskanych z zazdrości pośladów – wielką nienawiścią. Tak czy owak byli tymi posiadającymi dostęp do tajemnic, tymi znanymi i tymi, których słowo na temat wicca liczyło się jako prawdziwe i decydujące w dyskusjach z nieinicjowanymi. Taki stan trwał jednak zaledwie do otrzymania przez niektórych pierwszo-stopniowych stopnia drugiego lub będących już blisko tegoż „awansu”, wtedy bowiem okazało się, że stopień pierwszy to właściwie nic nie znaczący wstęp do wicca, a wszyscy będący przed nim (bez względu na to czy się szkolą w kowenie czy nie) lub ci, którzy po inicjacji podjęli decyzję o przejściu na samotną praktykę, to już zupełne dno. Wtedy też pogański świat w Polsce poznał wielką wiccańską „tajemnicę”, a mianowicie, że tak naprawdę to właściwie drugi stopień niesie pełne oświecenie (i to oświecenie natychmiastowe), a wiccańska równość istnieje dopiero pomiędzy tymi od drugiego stopnia w górę. Jednak i ta równość nie trwała za długo. Kilka miesięcy temu jeden z pierwszych wiccan polskich otrzymał bowiem pakiet podwójnej drugo-trzeciej inicjacji, a tym samym niebo obwieściło mu prawdę, że wszyscy inni wiccanie działający w Polsce, z inicjowaną w połowie lat 90-tych arcykapłanką na czele, to podburzyciele posiadający problem z własnym ego lub chorzy psychicznie, którym i tak już nic nie pomoże. Tym samym stał się też najrówniejszym pośród tych mniej-równych i naprawdę równy tylko samemu sobie. Aż strach pomyśleć, jak wiccańska równość będzie wyglądać za kolejnych parę lat…
 
3.  Wiccańska tajemnica

TEORIA…
Wicca to religia tajemna, w której konkretne elementy misteriów, to, co dzieje się w kowenie oraz personalia osób inicjowanych objęte są przysięgą milczenia składaną podczas pierwszej inicjacji. Przysięga ta stanowi konkretny akt magiczny, a jej zadaniem jest między innymi ochrona: ochrona nieinicjowanych przed zrobieniem sobie krzywdy, jeśli faktycznie udałoby im się wprowadzić w życie niektóre elementy wiccańskiego rytuału, oraz ochrona inicjowanych przed niezrozumieniem czy brakiem tolerancji ze strony osób nie będących w temacie.
Jak do tej pory o wicca napisane i powiedziane zostało bardzo dużo, bez względu jednak na to ile publikacji jeszcze się ukarze i co będą zawierać, żadna z nich nie będzie w stanie przekazać przeżycia, którego świadkiem można się stać jedynie stając w wiccańskim kręgu i z osobami, które wiedzą, co robią, a to jest właśnie trzonem skrywanej przez wiccan tajemnicy. Nawet z resztą mając w dłoniach pełną Księgę Cieni nie przeprowadzi się wiccańskiego rytuału w sposób, który pozwoli doświadczyć pełni jego potencjału. Do tego zwyczajnie potrzeba kowenu i szkolenia pod kierunkiem doświadczonych arcy/kapłanów.

PRAKTYKA…
         W polskich warunkach o tajemnicy wiccańskiej słyszy się dosyć często, niestety głównie w forumowych i prywatnych dyskusjach, podczas których jest ona nierzadko wykorzystywana jako wygodne wytłumaczenie i ostateczny argument przeciwko tym nie-wiedzącym (czyli nie mam pojęcia jak odpowiedzieć na twoje pytanie, więc powiem, że to tajemnica, to może się odczepisz) lub w ramach podkreślenia wagi swojego własnego autorytetu i pokazania wyższości nad nieinicjowanymi (czyli ja wiem, ale nie powiem, bo to ja mam dostęp do wiedzy tajemnej i nawet jeśli masz rację, to nie musisz o tym wiedzieć). O ile takie wykorzystanie tematu tajemnicy jest jeszcze niegroźne, ponieważ nie narusza samej tajemnicy, to ostatnimi czasy mogliśmy również zobaczyć jak lekko potrafi być ona traktowana i jak łatwo może zostać złamana, byle tylko pokazać siebie w lepszym świetle. Jak jednak powszechnie wiadomo oświecony może więcej i pomimo że osoby na pierwszym stopniu krytykuje się nawet za wypowiadanie się na temat obchodzonych nie tylko przez wiccan świąt czy powszechnie znanych elementów rytuału wiccańskiego i wszędzie węszone jest naruszenie przysięgi, to dla tych oświeconych nawet publiczne zdradzenie imion wiccan chcących pozostawać w ukryciu wydaje się być w porządku.  

4.  Miłość i Zaufanie

TEORIA…
Idealna miłość i idealne zaufanie to główne „przykazanie” wiccańskie, do którego wypełniania każdy inicjowany powinien dążyć. Tylko z idealną miłością i takowym zaufaniem można wkroczyć do wiccańskiego kręgu, i tylko miłością i zaufaniem powinno kierować się w kontaktach (nie mówiąc o konfliktach) z innymi wiccanami. Co trzeba zaznaczyć, zasada ta odnosi się nie tylko do własnego kowenu czy linii, ale do wszystkich wiccan inicjowanych w wicca tradycyjną, a według niektórych nawet względem wiccan wszelkich tradycji.

PRAKTYKA…
         Praktyka wygląda oczywiście zupełnie inaczej, a najlepszym dowodem jest obraz jaki wyłania się po dokładnym przeanalizowaniu stosunków panującym pomiędzy polskimi wiccanami, a przynajmniej pomiędzy tymi widocznymi, których zdanie na temat innych jest dobrze szerszej publiczności znane. Głośna wrogość, nieufność, zawiść, spektakularne wywalanie z forów, których jest się administratorem, z miłością wyciągane brudy, o których świat ma przecież prawo i powinien wiedzieć, gnojenie do ostatniego tchu, bo po co zostawiać ofiarę przy życiu, a w najlepszym wypadku ciche odcinanie się od obozu zdrajców, oszustów, pomyleńców tudzież idiotów, których nigdy nie należało inicjować (czyli tych wszystkich, którzy chwilowo lub na stałe nie stoją po tej samej stronie barykady, co osoba wypowiadająca się) to elementy najlepiej obrazujące polską idealną miłość i zaufanie pośród udzielających się publicznie wiccan.
Z drugiej strony należy też przyznać, że nawet w naszym cudownym społeczeństwie i pośród ludzi naznaczonych polską mentalnością znaleźć można wiccańskie perełki, które nie mieszają się w konflikty, nie mają misji zbawienia wiccańskiego świata poprzez nauczanie jedynej prawdziwej ścieżki i które w zaciszu swoich domów i świątyń oddają cześć Bogom i faktycznie żyją według wiccańskich zasad.

5.  Główne postacie na polskm podwórku

Arcy/kapłanki i arcy/kapłani prowadzący polskie koweny:

ENENNA (kapłanka 2 stopnia)
- pierwsza w Polsce wiccanka inicjowana w tradycyjną wicca, która choć założyła pierwszą wiccańską listę mailingową „Wicca ABC”, zasłużyła się tłumaczeniami publikacji brytyjskich na język polski, współtworzy największe forum ogólno-pogańskie oraz jest założycielką najbardziej znanej strony internetowej na temat czarostwa www.wicca.pl , pozostaje raczej z dala od świateł pogańskich reflektorów i forumowych kłótni. Inicjowana w brytyjski kowen w 2007 roku i od dwóch lat prowadząca wraz z Rawimirem swój własny, czysto polski, kowen. Pochodzi z linii dosyć zamkniętej i odizolowanej od reszty wiccańskiego świata, gdzie dany kowen utrzymuje kontakty (jeśli w ogóle) jedynie ze swoim kowenem macierzystym, oraz w której istnieje stopień neofity (tzw. stopień zerowy, po którym osoba czekająca na inicjację zyskuje możliwość uczestniczenia w rytuałach zamkniętych, a tym samym również dostęp do misteriów i przeznaczonych dla osób inicjowanych tajemnic).

RAWIMIR (kapłan 2 stopnia)
- inicjowany w 2009 roku partner Enenny, który w trybie ekspresowym otrzymał inicjację drugiego stopnia, by móc stanąć na czele kowenu założonego przez Enennę. Twórca polskiego forum PFI i były koordynator polskiej sekcji Federacji Pogańskiej. Przez długi czas aktywnie działający i pozostający w dobrych stosunkach z resztą polskich wiccan; od czasu otrzymania drugiego stopnia i „wojny wiccańsko-asatryjskiej”, z której wyszedł nieco „kontuzjowany”, skupiony głównie na swoim kowenie oraz administrowanym przez siebie forum wiccańskim (oczyszczonym naturalnie z inicjowanych, którzy weszli mu w paradę).  

JELONEK (kapłan 3 stopnia)
- inicjowany w 2007 roku w kowen prowadzony przez homoseksualnego księdza, należącego do heretyckiego odłamu kościoła katolickiego. Najbardziej kontrowersyjny z polskich wiccan, którego linia nazywana jest na Zachodzie linią karierowiczów, jako że inicjację w nią można otrzymać w tydzień, i w której „wiccańskie” zasady zmieniane są w zależności od potrzeby prowadzącego kowen arcy/kapłana, a trening poinicjacyjny (nauka z książek i przekazywanych w formie pisemnej materiałów) daje podstawy do wątpienia w poziom przygotowania do prowadzenia własnej grupy oraz znajomość samego przekazu. Ostatnio zasłynął jako pierwszy polski inicjowany, który publicznie złamał przysięgę milczenia poprzez wydanie imion dwojga pragnących pozostać anonimowymi wiccan. Tłumacz „Współczesnego czarownictwa” G. Gardnera oraz „Aradii” Lelanda. Od niedawna stoi na czele własnego kowenu, choć ważność inicjacji osób przyjmowanych w jego szeregi poddawana jest przez część polskich wiccan w wątpliwość, jako że istnieje prawdopodobieństwo łamania zasady przekazu*.

*Inicjacje, gdzie inicjowany i inicjujący są tej samej płci odbywały się jedynie na samym początku rozwoju wicca (i tylko w bardzo wyjątkowych przypadkach, by przy pierwszej możliwości taką inicjację powtórzyć), a inicjować mogą jedynie osoby drugiego lub trzeciego stopnia, które są do tego przygotowane (dlatego też inicjacja Sandersa przeprowadzona przez kapłankę pierwszego stopnia nie była - i przez niektórych nadal nie jest - uznawana, a osoby z jego linii nierzadko zmuszone były prosić o powtórzenie inicjacji przez gardnerian). Możliwość inicjacji, podczas której osoba do tego uprawniona przekazuje na odległość swoją energię osobie pierwszego stopnia, a ta faktycznie inicjuje, jest jednym z wymysłów stworzonych na potrzebę chwili i wydaje się być uznawana jedynie przez kowen wspomnianego wyżej księdza-wiccanina.

AGNI (arcykapłanka 3 stopnia)
- arcykapłanka inicjowana w wicca w 1995 roku, która wraz z mężem (inicjowany w 1992 roku, stopień trzeci od 2005 roku) stoi na czele polsko-brytyjskiego kowenu i aktywnie udziela się na polskim podwórku - nie tylko na forach, ale również poprzez prowadzenie wiccańskich warsztatów, znanych jako Wicca Study Group, oraz administrowanie strony http://www.wiccanski-krag.pl . Wywodząca się z bardzo znanej i poważanej w Europie linii Vivianne Crowley, w Polsce kojarzona ostatnio głównie z aktywnym udziałem we wspomnianej wcześniej wojnie wiccańsko-asatryjskiej”, po której na pewien czas niemal zupełnie wycofała się z życia formowego, oraz w „aferze kowenowej”, jaka wywiązała się po odejściu z jej kowenu garstki nowo-inicjowanych. Wiccańska matka kilkorga młodych wiccan, z których niektórzy już niedługo będą mogli zakładać swoje własne koweny i inicjować chętnych przystąpieniem do religii czarownic.   
                                                 
                                                 * * *

Inicjowani w koweny zagraniczne i działający poza krajem:
To polscy wiccanie, którzy między innymi ze względu na miejsce zamieszkania, inicjowani zostali w koweny zagraniczne. Na chwilę obecną wiadomo o czterech osobach pracujących w kowenach brytyjskich oraz po jednej osobie inicjowanej w koweny austriacki, niemiecki oraz holenderski.

* * *

Inicjowani pozostający poza marginesem:
To garstka osób, które choć inicjowane w wicca tradycyjną, po krótkim czasie postanowiły podziękować za współpracę z kowenem macierzystym, by oddać się samotnej nie-praktyce lub poświęcić innemu nurtowi pogańskiemu.



sobota, 3 września 2011



Wicca Study Group

Wicca Study Group, roboczo nazywane WSG, to oryginalnie cykl wieczornych warsztatów mających na celu wprowadzenie zainteresowanych w tematykę wicca. Zapoczątkowane w 1988 roku (nie w 1998 jak podają niektóre źródła!) przez Vivianne i Chris’a Crowley (arcykapłani posiadający inicjację 3 stopnia zarówno w linii gardneriańskiej, jak i aleksandriańskiej), do tej pory regularnie odbywają się w Londynie, gdzie prowadzone są przez samych założycieli wraz ze współpracującymi z nimi kapłankami i kapłanami. Poruszając tematy korzeni współczesnej religii czarownic, czczonych przez wiccan bóstw, obchodzonych świąt, znaczenia rytuału oraz praktyki magicznej, dają jednocześnie możliwość nawiązania ciekawych kontaktów - tak pośród inicjowanych wiccan, jak i osób zainteresowanych tematem odradzającej się Starej Religii – oraz twórczego spędzenia czasu w miłym towarzystwie.

   W Polsce warsztaty Wicca Study Group zapoczątkowane zostały w 2009 roku przez Agni i Mike’a Keeling, wiccańskie dzieci Vivianne i Chrisa, i jak do tej pory odbyły się one dwukrotnie. Ze względu na miejsce zamieszkania prowadzących je arcykapłanów (Wielka Brytania) oraz na specyfikę grupy uczestników, odbyły się one w formie pojedynczych, ale za to bardzo intensywnych, cało weekendowych spotkań. 

Pierwsze WSG - zorganizowane pod koniec marca 2009 w Warszawie - połączone zostało z tematyką obchodów dwóch wiosennych sabatów, Ostary i Beltane, w powiązaniu z którymi odbył się również wspólny świąteczny rytuał, stanowiący centrum warsztatów oraz przypieczętowanie teorii konkretną dawką praktyki. 

Po raz drugi warsztaty odbyły się w podwarszawskich Tułowicach w ostatnich dniach lipca tego roku (2011) i tym razem zeszły się one czasowo z Lammas, czyli świętem pierwszych zbiorów. Tegoroczne WSG zaowocowało również powiększeniem się grona osób prowadzących warsztaty, jako że oprócz Agni i Mike’a, wykłady oraz medytacje (pathworkingi) poprowadzili również przedstawiciele kolejnego pokolenia inicjowanych w tradycyjną wicca: Sheila, Aura, Velkan i – z wielką przyjemnością - ja sama. Już w tej chwili planowane są też dalsze edycje polskich WSG, na które – co widać po wpisach na najszerzej omawiającym to wydarzenie forum wiccańskim  http://www.forum.wiccanski-krag.pl/ - wszyscy z niecierpliwością czekają.

 * * *

Mini fotoreportaż z WSG, lipiec 2011:

 Wykłady…


     








 Pathworkingi…











Rytuał…

















Zabawa przy ognisku i rozmowy do wczesnych godzin porannych…





         





 
  
No i oczywiście nasi arcykapłani, Mike i Agni…

              
           










* * *











czwartek, 4 sierpnia 2011




             Lato Lammasowe 

Lato lammasowe. Malowane świetlistym bogactwem złota i dostojną głębią zieleni. Lato lammasowe. Pachnące ściętym zbożem, wypiekanym świeżo chlebem i melancholią, która rodzi się w sercu na myśl o odchodzącym cieple wieczorów i przyjemnym chłodzie poranków. Lato lammasowe. Czas pierwszych zbiorów, czas podsumowania zysków i strat oraz dziękczynienia za wszystko, co udało nam się w tym roku osiągnąć.

 
Bogini przechadza się dostojnie pomiędzy kłosami falującego delikatnie zboża, dojrzałego i gotowego na ścięcie. Jej suknię zdobią płonące ofiarną czerwienią maki i tchnące kojącym spokojem chabry. Wygląda pięknie i choć po jednym z policzków toczy się brylantowa łza przepełniona smutkiem rozstania, jej twarzy nie znaczy najmniejszy ślad niepokoju czy żalu. U jej boku w ciszy  kroczy Rogaty Pan, z miłością i czułą troską kryjąc w swojej dłoni jej dłoń, gotowy na poświęcenie, którego akt ma się w lammasową noc dokonać. Takie jest bowiem prawo istnienia: by mogło nadejść nowe, wpierw stare musi odejść. 
 


Lato lammasowe. Czas podsumowań, zakańczania spraw i pożegnań. 



poniedziałek, 27 czerwca 2011

 
Instrukcja obsługi przyszłych arcy/kapłanów,
czyli jak NIE prosimy o inicjację

Kilka dni temu po raz kolejny otrzymałam maila z zapytaniem w sprawie inicjacji i pomyślałam, że czas się do tego odnieść. Większość bowiem maili, która do mnie dociera, mniej lub bardziej podąża za pewnym schematem, a więc jest wyrazem bardzo podobnego toku myślenia, który – i tu nie chcę nikogo obrazić – dla mnie samej był w momencie mojego proszenia o inicjację właściwie nie do pomyślenia. I biorąc pod uwagę pisanie tej notatki, nadal chyba jest. Nie wnikając jednak w podstawy takiego a nie innego podejścia do tematu wiccańskiego treningu i wieńczącej go (lub nie) inicjacji, przejdę od razu do rzeczy. 
Przykładowy mail, który zazwyczaj rozbudowany jest o kilka dodatkowych zdań dotyczących osobistych informacji o adresacie, wygląda następująco:

Witam!
Jestem zainteresowana/-y wicca. 
Szukam nauczyciela, który podjąłby się uczenia mnie. 
Czy może mnie Pani inicjować?
Pozdrawiam serdecznie,
X.

W gruncie rzeczy mail jest zawsze miły i na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że czego tu się czepić - pomijam fakt, że jako osoba wychowana jeszcze bez użycia komputerów, uczona byłam nieco bardziej rozbudowanego schematu pisania listów - a jednak… Po pierwsze jest to forma wystosowanej prośby, po drugie poziom wiedzy, jakim dysponuje (lub jakim sprawia wrażenie, że dysponuje) nadawca.

FORMA
Inicjacja to jak zawarcie związku małżeńskiego – z Bogami, z wicca, z arcy/kapłanami, z kowenem, a prośba o naukę i inicjację to jak oświadczyny. Czy myśląc o tym porównaniu komukolwiek przyszłoby do głowy, by prosić wybraną przez siebie osobę o rękę lub zgodzić się na taką propozycję przez internet? Już nawet nie jest istotnym, że taka forma sprawia wrażenie braku szacunku względem proszonej osoby, ale co z odwagą i poświęceniem? Internet daje nam anonimowość i odbiera potrzebę prawdziwego zebrania się w sobie, by stanąć oko w oko z możliwością porażki. Dodatkowo wiadomość przesłana internetem to w większości przypadków zupełny brak kosztów, kosztów właśnie w znaczeniu poświęcenia.  Siadamy, sklecamy kilka zdań, a potem małe ‘klik’ i już. Poszło. Oczywiście nadal pozostaje oczekiwanie i napięcie, może wręcz stres, ale nad taką porażką  w wypadku odmowy dużo łatwiej jest przejść do porządku dziennego niż kiedy człowiek musi zaplanować spotkanie, udać się na nie i zadać to ważne pytanie mając przed sobą osobę, która równie dobrze może powiedzieć tak, jak i nie. 

 I tu wstawka z cyklu ‘z życia wzięte’...

Mi samej poszło teoretycznie łatwo – przyjęta za pierwszym razem – jednak w praktyce pytanie o inicjację wcale nie było takie bezstresowe. Swoich arcykapłanów poznałam na konferencji PFI. Dużo czasu na rozmowę nie było, bo ciągle jakieś zajęcia, warsztaty i cała masa ludzi wciąż ich otaczających i chętnych pogadać, ja jednak od pierwszego spojrzenia wiedziałam, że to Oni. Potem przyszły 3 miesiące pisania maili, rozmów na gg i ogólnego poznawania się, utwierdzania w przekonaniu, że to, co poczułam na konferencji to nie tylko chwilowe uniesienie. Już samo zapytanie czy nie mogłabym któregoś weekendu przylecieć w odwiedziny do Anglii było stresujące i podniecające zarazem, nie mówiąc już o dawce emocji otrzymanych w promocji  od najbliższych, którzy uznali, że upadłam na głowę i narażam się na wielkie niebezpieczeństwo opętania czy fizycznego uwięzienia i poświęcenia pogańskim bóstwom w ofierze. 

Zapytani zgodzili się jednak, a ja z radości wydałam połowę pensji, by zakupić bilet na najbliższy wolny dla nich termin. No i po 3 miesiącach, które minęły od naszego  pierwszego spotkania, stanęłam w brytyjskich drzwiach tych niemal mi nieznanych , a zarazem znanych od zawsze, wiccan trzeciego stopnia. I wtedy dopiero się zaczęło… W Anglii spędziłam wówczas zaledwie 3 dni, ale Ile ja się w tym czasie nie na dreptałam w miejscu, ile razy do ubikacji nie nalatałam, myśląc, że mi żołądek wariuje, bo się czymś zatrułam, i ile razy palców mało nie powykręcałam od ich ugniatania (nie palę, więc w ten sposób zająć ich nie mogłam) zliczyć chyba się nie da. I jak to zwykle w takich wypadkach bywa, odciągałam ten decydujący moment w nieskończoność, bo przecież każda chwila, w której akurat się znajdowałam, była nieodpowiednia, bo za mało wzniosła, a tu mały pogański brzdąc latał między nogami, a tu na zakupy wyjść trzeba było, bo wina brakowało… Jak to mówią – biednemu zawsze wiatr w oczy :-) A Oni zwyczajnie czekali... 

      Ostatecznie wszystko wydarzyło się ostatniego wspólnego wieczoru, zaraz po zakończonym rytuale (oczywiście otwartym), na który – ku mojej uciesze połączonej z paniczną i paraliżującą niemal wiedzą, że jeśli nie teraz, to może już nigdy - zostałam zaproszona. No i z mokrymi od potu dłońmi, latającą z nerwów dolną wargą, spiętymi mięśniami twarzy i ramion - z których części istnienia nawet nie zdawałam sobie wcześniej sprawy - i szczękającymi bezgłośnie zębami udało mi się w końcu wybełkotać: „Mike, możemy porozmawiać na osobności?”. 

To, co nastąpiło później, a co poprzedziło odpowiedź  Mike'a i wcale obiektywnie nie trwało aż tak długo, było chyba z całego weekendu najgorsze: prośba o rozmowę, wyjście do innego pokoju (podczas gdy nogi się pode mną same uginały i poruszanie do przodu sprawiało im nieopisaną trudność), a następnie rozmowa i dawanie odpowiedzi na zadawane pytania (kiedy z trudem przychodziło mi przypomnienie sobie własnego imienia, a cała znajomość języka angielskiego, która jeszcze godzinę wcześniej wydawała się być nie najgorsza, nagle uleciała.) Czekanie na odpowiedź, na tą ODPOWIEDŹ, było – wbrew pozorom – dużo łatwiejsze. Cała energia, którą w sobie posiadałam i tak została już wykorzystana na wcześniej opisane czynności, siedziałam więc wpatrzona - zapewne dosyć tępo - w mężczyznę usadowionego może z metr przede mną, oczekując wyroku odnośnie mojej przyszłości. Była to chwila coś na wzór tych z telewizyjnych turniejów, z tą jednak różnicą, że pokój wypełniała grobowa cisza zamiast podsycającej niepewność oczekiwania muzyki. I nie powiem, ale kiedy odpowiedź w końcu padła, chwilkę zajęło mi przyswojenie sobie znaczenia tak nieskomplikowanego słowa jakim jest 'YES', najważniejszego 'YES' jakie w tym życiu - przynajmniej do tej pory - usłyszałam :-) 


Ale wracając do naszego schematu i do drugiej rzeczy, o której trzeba pamiętać prosząc o inicjację i której brak bardzo razi…      

WIEDZA
Poprzez inicjację człowiek ‘wżenia się’ w pewne środowisko, grupę, staje się częścią czegoś większego i nawet jeśli jest to możliwe, trudnym jest późniejsze odkręcenie tego aktu. Prośba o inicjację to poważna decyzja i wymaga zastanowienia, ale również zasięgnięcia informacji na temat arcy/kapłanów, osób przynależących do kowenu (jeśli jest to możliwe), danej linii inicjacyjnej. Odnosząc się bowiem w dalszym ciągu do porównania z małżeństwem, czy ktokolwiek składa propozycję zawarcia tak poważnego związku znając daną osobę zaledwie ze zdjęcia lub z kilku przeczytanych na  forach/stronach postach jej autorstwa? I co więcej – nie wiedząc nawet czy jest ona dojrzała na tyle, by podołać małżeńskim obowiązkom?
Maili dostaję bowiem sporo, przy czym chyba tylko raz zdarzyło mi się spotkać z zapytaniem, na którym stopniu inicjacyjnym jestem i czy w ogóle mogę inicjować. Pokazuje to przede wszystkim tyle, że osoby pytające temat wicca zgłębiły jedynie pobieżnie, nie wiedzą bowiem, że po pierwsze inicjacji udzielać mogą jedynie osoby z 2-im lub 3-im stopniem inicjacyjnym (w zależności od linii), a po drugie, że o inicjację prosi się przeważnie osobę płci przeciwnej (dlatego ja musiałam zapytać o nią mojego arcykapłana, a nie arcykapłankę, mimo że to z nią miałam dużo lepszy i częstszy kontakt). Taka niewiedza może prowadzić również do stwierdzenia, że osoba pytająca jest jedynie pod wpływem słomianego zapału i nie ma świadomości jak podniosłym i znaczącym wydarzeniem jest wiccańska inicjacja. Oczywiście nie musi to być regułą , co nie zmienia faktu, że wrażenie pozostaje i chwilkę zajmuje, by je zmienić podczas dalszej konwersacji.

Podsumowując... 
Inicjacja wiccańska to nie punkt dnia, który można wcisnąć pomiędzy poranną kawę, a wyjście na spotkanie ze znajomymi, a prośba o trening i jej udzielenie to nie sprawa, którą można załatwić niczym kupno nowego mebla na Allegro. Inicjacja to przysięga i bardzo konkretne więzi, a prośba o nią to jak zaręczyny i pewne zobowiązanie. Przez internet można pogadać, można poznać i wybadać grunt, reszta natomiast to już starcie oko w oko z 'bestią' :-)