piątek, 22 października 2010



"Wiccańskie"
rytuały otwarte
– wrota do przedsionka świata magii.

Od początku mojej pogańskiej, a jednocześnie wiccańskiej, „kariery”, zachęcana byłam do brania udziału w rytuałach otwartych – dostępnych, jak sama nazwa mówi, dla wszystkich bez względu na wyznanie, inicjację lub jej brak, i jak najbardziej nie wymagających od uczestników rytualnej nagości; do wzorowania się na nich oraz do tworzenia swoich własnych rytuałów. I choć takie podejście w stosunku do osób będących przed i zaraz po pierwszej inicjacji wiccańskiej nie jest podejściem charakterystycznym dla wszystkich linii i tradycji, zarówno dla mnie, jak i dla pozostałych osób należących do mojego kowenu, było ono czymś, co pozwoliło nam na zdobycie konkretnych umiejętności, sprawdzenie siebie oraz rozwój w konkretnym kierunku. 


Początki pisania moich własnych rytuałów były oczywiście trudne, szczególnie, że byłam osobą, która dopiero co weszła do pogańskiego środowiska i niemal wszystko, co wiedziałam na temat rytuałów otwartych, było tym, czego nauczyli mnie na ich temat moi arcykapłani. Dzięki jednak ich wsparciu, a w szczególności dzięki pomocy mojej arcykapłanki, każdy z nich stawał się lepszy – dla mnie samej, jak i dla biorących w nich udział osób - i bardziej zbliżony do idealnej wizji, jaką stwarzałam najpierw w swojej głowie.


Siłą rzeczy rytuały, które pisałam i które nadal piszę, bazują na rytuale wiccańskim oraz tym, co można na jego temat znaleźć w książkach lub internecie, nie ma więc co liczyć na zdradzanie jakichkolwiek inicjacyjnych tajemnic. Co więcej, ja sama wychodzę z założenia, że zbytnie podobieństwo do rytuałów zamkniętych, a przede wszystkim za duży poziom energii w kręgu, nie są wskazane, a więc poszukiwacze dużych emocji czy magicznych pokazów mogą się dosyć mocno zawieźć. Przynajmniej stając w kręgu ze mną :-)
 


Szukając informacji na temat rytuałów wiccańskich w internecie, „usłyszeć” czasem można głosy, że osoba zainteresowana wicca nie powinna brać udziału w jakichkolwiek rytuałach otwartych, a już na pewno nie w tych, które tworzone były na bazie wiccańskiej, ponieważ to zamknie jej drogę do inicjacji. Słyszy się też, że takie rytuały otwarte mogą być bardzo niebezpieczne, co tym bardziej przemawia za trzymaniem się od nich z daleka. Prawda wygląda jednak tak, że te same głosy, które teraz przemawiają za rezygnacją z jakiejkolwiek formy pracy magicznej czy rytualnej przed inicjacją, kiedyś w otwartych rytuałach same udział brały, a nawet same je tworzyły i prowadziły, z czasem jednak, z nabytym doświadczeniem, a może z zupełnie innych powodów (nie mi osądzać), zmieniły na ten temat zdanie. W czym jednak z tymi głosami mogę się zgodzić, to, że rytuały otwarte nie zawsze są bezpieczne i że nie na każdy z nich dobrze jest się udać. Najpierw bowiem trzeba zasięgnąć języka czy osoba je prowadząca ma w ogóle doświadczenie rytualne i w jaki sposób swoje rytuały prowadzi. 


Rytuały otwarte, które ja sama tworzę lub które tworzą znani mi wiccanie, to bowiem wspólne świętowanie przemian zauważalnych w przyrodzie - dające osobom nowym wgląd w to, co w ogóle poganie robią; to czas na modlitwę, na uczczenie Bogów i na pobycie razem, nie zaś na energetyczne wygibasy, podczas których krąg staje się miejscem na rzucanie fireball’ami. Inna sprawa, że większość z tych rytuałów, to twory wychodzące z połączenia praktyk odnajdywanych na różnych pogańskich ścieżkach - nawet jeśli bazują na wiadomościach dostępnych o wicca - jako że niemal nigdy nie jest tak, że większość stojących w kręgu osób jest wiccanami czy nawet o pro-wiccańskich zainteresowaniach. Oczywiście energia w kręgu jest i każdy może poczuć różnicę w jakości czasu i przestrzeni, jeśli jednak chce poznać prawdziwą magię czy wziąć udział w zamkniętym rytuale wiccańskim i doświadczyć tego, czego doświadczam ja sama podczas takich właśnie rytuałów, musi niestety dać się inicjować. Żaden bowiem rytuał otwarty prowadzony przez wiccanina nie da uczestnikom informacji na temat tego, co faktycznie dzieje się w wiccańskim kręgu; raz, bo objęci jesteśmy przysięgą zachowania pewnych tajemnic, dwa, bo jest to dla nas zbyt prywatne doświadczenie i to doświadczenie, które chcemy dzielić jedynie z osobami z naszej czarowniczej rodziny, a trzy, bo mogłoby się to źle skończyć dla uczestników czy nawet dla samych prowadzących, jeśli nie są w odpowiednim stopniu wyszkoleni. Inna sprawa, że podczas rytuałów otwartych - szczególnie tych, w których udział bierze dużo więcej osób niż normalnie w kowenie; osób, które na dodatek nie uczestniczą w każdym ze świątecznych rytuałów, a pojawiają się od czasu do czasu - rzadko kiedy można wytworzyć umysł grupowy, który w kowenie potrzebny jest do wspólnej pracy. Podczas rytuałów otwartych my jednak nie pracujemy, a świętujemy, a zamiast umysłu grupowego wystarcza nam świadomość wspólnego celu, dla którego zbieramy się w kręgu.   


Możliwość brania udziału w rytuałach otwartych jeszcze przed inicjacją, jak już po niej, dla mnie samej była i nadal jest wspaniałą okazją do nauki oraz działaniem, które przynosi radość i poczucie więzi z ludźmi, którzy myślą podobnie, nawet jeśli podążają zupełnie innymi ścieżkami. Dlatego osobiście czuję, że jeśli dobrze przemyślane, nie zawierające elementów, które w jakikolwiek sposób mogłyby okazać się zbyt zaawansowane dla osób biorących w nich udział po raz pierwszy, jeśli odpowiednio przeprowadzone i bez wzniecania energii ponad tą, która wytwarza się już z samego faktu zakreślenia kręgu, wówczas nie ma niebezpieczeństwa ani przeciwwskazań, by brać w takowych rytuałach udział. Rytuały otwarte to bowiem wrota do przedsionka świata magii i zupełnie innej rzeczywistości, ale nadal jedynie do przedsionka. Mamy przystawkę, po której możemy poprosić o danie główne, ale i bez konsekwencji możemy podziękować i wyjść, mając jedynie przedsmak tego, co czekało by nas dalej.

A więc:
Otwartości i odwagi,
Ostrożności i rozwagi,
W serca głos się wsłuchiwania,
i otwartymi rytami się radowania!  :-)
 
Blessed Be!

wtorek, 12 października 2010

Przeżywanie


Tu, gdzie jestem, jesień jest najpiękniejsza. Najpiękniejsze kolory mają drzewa i najpiękniejsze jest niebo o zachodzie słońca. Deszcz pada najdelikatniej, oczyszczając niczym przed świątecznym rytuałem, a słoneczne promienie dają najwięcej ciepła, błogosławiąc i dodając siły. 

Tu, gdzie jestem, jesień jest najpiękniejsza. Wiatr wieje najgwałtowniej, rozdmuchując negatywne myśli, a wieczory są najchłodniejsze, przynosząc orzeźwienie podczas długich spacerów.



Tu, gdzie jestem, zima jest najpiękniejsza. Najpiękniej wyglądają tu pokryte śniegiem wzgórza i najpiękniejsze ślady zostawiają na puchowej pokrywie zwierzęta. Powietrze jest tu najświeższe, a światło słonecznych dni przepełnia jasnością zaspane dusze. 

Tu, gdzie jestem, zima jest najpiękniejsza. Długie wieczory dają odpoczynek w przyjacielskim gronie, a ciemne noce przynoszą niespokojnym głowom kojący sen. 



Tu, gdzie jestem, wiosna jest najpiękniejsza. Najpiękniej śpiewają ptaki i najcudowniejsze melodie wygrywają górskie potoki. Przyroda rozkwita tu tysiącami najpiękniejszych kolorów, a rosnące z każdym dniem w siłę słońce dodaje energii do nowych działań. 

Tu, gdzie jestem, wiosna jest najpiękniejsza. Wiosenne deszcze padają tu najczęściej, zmywając zaspanie z wypoczętych po zimowym śnie ciał i umysłów, a wiosenne przymrozki przypominają, że początki nie zawsze są łatwe.



Tu, gdzie jestem, lato jest najpiękniejsze. Najpiękniejsze są krótkie noce i kwitnące w ulubionych kolorach łubiny. Tu maliny smakują najlepiej, komary gryzą najrzadziej, a lasy wzywają na poszukiwanie kwiatu paproci. 

Tu, gdzie jestem, lato jest najpiękniejsze. Tu burze są najsilniejsze, niosąc rozładowanie niepotrzebnych napięć, a jeziora pełne są ukrytych w ich głębinach trolli, dbających, by w powietrzu zawsze pachniało magią.  



Tu, gdzie jestem, jest najpiękniej. Bez względu na to, w jakim punkcie naszego globu się znajduję i bez względu na porę roku, która we mnie i poza mną właśnie króluje. 

BO TU, GDZIE JESTEM, JEST NAJPIĘKNIEJ! 

I wystarczyło, bym w którymś momencie swojego życia na chwilkę się zatrzymała, rozejrzała dookoła, aby to dostrzec. Wystarczyło świadome wskoczenie na jedną ze szprych Koła Roku, by paleta moich doznań i przeżyć corocznie zaczęła powiększać się o jakieś kilkadziesiąt nowych kolorów :-)

Świadomości i kolorowego przeżywania! Sobie i wszystkim czytającym :-)

Blessed Be!

niedziela, 10 października 2010

 
Jesień Mabonowa 
Mabonowa jesień. W Polsce złota, tu w Norwegii złoto-rubinowa, mieniąca się pełnią radości i bogactwa na tle często nadal błękitnego nieba. Dostojna, choć nie nazbyt poważna, budząca przejmującym chłodem poranków i usypiająca wcześnie zapadającym zmrokiem, a jednak wciąż pozwalająca nacieszyć się ciepłymi promieniami słabnącego z dnia na dzień słońca.


Bogini coraz rzadziej widziana jest między ludźmi i przy biesiadnych stołach. Prędzej ujrzeć ją można przechadzającą się samotnie między rozśpiewanymi kolorem drzewami lub o zmierzchu skuloną nad brzegami jezior i wpatrzoną w unoszące się nad wodami mgły. Zapada się powoli w wewnętrzną ciszę, oczekując narodzin rosnącego w jej łonie Boga. Czasem popłakuje deszczowymi łzami nad zabitym w lammasową noc kochankiem, czasem przyłącza się w tańcu do pląsających po cyklamenowych kwiatach wrzosu promieni słońca, z radością wyglądając jego ponownych narodzin.


Mabonowa jesień. Czas na powolne wyhamowanie życiowego tempa, czas na adorację.