poniedziałek, 6 września 2010


Wicca – droga na całe życie.
    
    Nauczono nas strachu. Przed przyszłością i przed samymi sobą. Nauczono nas przemyśliwać, analizować, planować. Nauczono nas nie podejmować decyzji na szybko. Nauczono nas braku spontaniczności.  Boimy się zmian, boimy się ryzyka. Boimy się działania, bo a nóż widelec będzie gorzej. Boimy się myśleć samodzielnie. Szukamy nauczycieli, guru, przewodników. Szukamy kogoś, kto poprowadzi nas za rękę. Brak w nas ufności w opatrzność, a przede wszystkim brak w nas wiary we własną siłę i możliwości.


A jednak myślimy, zastanawiamy się, bo coś nie daje nam spokoju. Jakiś głos wewnątrz mówi, że nie wszystko jest tak, jak powinno. Po czym - zupełnie „przez przypadek” - natrafiamy na pogaństwo, natrafiamy na wicca. I wszystko zaczyna przyśpieszać. Postrzeganie otaczającej rzeczywistości, jak i rzeczywistości wewnątrz nas, zaczyna się zmieniać.

Wreszcie przychodzi decyzja o inicjacji i już nic nie jest takie, jak wcześniej. Świat wywala się do góry nogami i bez względu na to czy jesteśmy gotowi na zmiany czy nie, nasze życie staje na głowie. Albo bierzemy się za siebie sami, albo zaczynają za nas to robić bogowie. A oni przeważnie wybierają najkrótszą drogę; nie koniecznie taką, która nam wydawała się najlepsza, ale którą podążenie odwlekaliśmy wymyślając tysiące „poważnych” powodów. I co ważne, ta najkrótsza droga zazwyczaj nie należy do najprzyjemniejszych. Wszystko, co niepoukładane, zaczyna się sypać. Przychodzi uświadomienie w wielu kwestiach, a nam fundowana jest terapia szokowa, jeśli sami nie zabierzemy się za poukładanie własnych spraw. I to od zaraz!

I nagle musimy wziąć pod lupę własne słabości, niedoskonałości i niedociągnięcia. Musimy nie tylko zacząć nad nimi pracować, ale także nauczyć się akceptacji siebie samych oraz tych, którzy nas otaczają. Musimy nauczyć się wyrozumiałości, życiowej odwagi i pokory, stawania twarzą w twarz z lękami i pokonywania ich. Strach nie znika jednak sam z siebie. Musi zostać przepracowany, przetrawiony, a czasem w nie jedną noc przepłakany. Z boską jednak pomocą – a bogowie to przecież część nas samych - jesteśmy w stanie przejść przez tą pierwszą, najgorszą falę. I każdą następną.

Walą nam się więc związki, w których nigdy nie byliśmy do końca szczęśliwi, zwalniamy się z roboty, w której nigdy nie znajdowaliśmy spełnienia (lub jeśli stawiamy opór, sami dziwnym trafem zostajemy zwolnieni), zmieniamy miejsce zamieszkania, miasto czy nawet kraj, zakańczamy ciągnące nas w dół relacje, zrywany krępujące nas więzy. Świadomie,  ze zrozumieniem, co dzień podejmujemy raz po raz tę samą decyzję o rozwoju i dążeniu do spełnienia.  I z każdym dniem osiągamy coraz więcej. Odnajdujemy na nowo sens istnienia, odnajdujemy dziecięcą radość i zadziwienie, bierzemy życie w swoje ręce i stwarzamy je podług własnej woli. Woli, która – jak powtarza uparcie jedna z moich sióstr, wiccanka i telemitka w jednym - winna być całym prawem :-)

I taka właśnie jest wicca. Trudna, ale i piękna. Z zadaniami na całe życie.