środa, 15 grudnia 2010

Nauczyciel poszukiwany i odnaleziony.
W roli kowenowego Maga czy kowenowego Głupca?

Dedykowany tym, którzy dali mi nowe życie.


Kiedy zobaczyłam ich po raz pierwszy, ona miała na sobie czarno-czerwoną bluzkę z pięknymi wiedźmowymi rękawami, długą spódnicę, cudownie kruczoczarne włosy z krwistymi pasemkami i przyciągający wzrok uśmiech, a on… z tego pierwszego spojrzenia pamiętam tylko promieniujące ciepłem i przedziwną magią oczy. Nie do końca wiedziałam, kim są, co się właśnie działo, a tym bardziej, co miało to przynieść w przyszłości, czułam jednak, że był to jeden z tych najważniejszych momentów, który już na zawsze odcisnąć miał swój ślad na drodze mojego życia i może nawet zupełnie zmienić jej bieg.

Dopuszczam do siebie myśl, że teraz - po kilku latach, jakie minęły od tego zdarzenia -  nieco idealizuję sytuację, ale to, co zapamiętał mój umysł i serce z tych kilkunastu pierwszych sekund, to że czas się dla mnie zatrzymał. Pamiętam zapachy tej chwili, kolory, lekko przyciemnione światło w sali, w której siedziałam, starając się jakoś ogarnąć w totalnie nowym towarzystwie*, lekki chłód wieczoru i dźwięczne głosy współtowarzyszy. A ta magiczna para, która właśnie przestąpiła jej próg, była tak znajomo-nieznajoma, tak daleko-bliska, tak dziwnie oczywista dla tego momentu i dla tej chwili.

A potem wszystko potoczyło się samo, bardzo szybko, bo w zaledwie kilka tygodni, a jednocześnie tak bardzo naturalnie. Ta dwójka ludzi, która stanęła w drzwiach tego majowego wieczoru, stała się dla mnie bramą do zupełnie innego, niesamowitego świata. Stali mi się przyjaciółmi i rodzicami, stali się częścią mnie, a ja zapewne w jakimś stopniu i częścią ich. W moim wypadku nie było wielkich poszukiwań, wieloletnich podróży, nawiązywaniu mniej lub bardziej przypadkowych kontaktów. W moim wypadku to się po prostu wydarzyło w momencie, który był ku temu najbardziej odpowiedni…

I tu pojawia się pauza. Chwila zastanowienia.

Łatwy początek to błogosławieństwo tylko dla tych w pełni świadomych, w pełni uważnych i w pełni odpowiedzialnych. Łatwy początek to błogosławieństwo tyko dla ludzi dojrzałych i niejako test tejże dojrzałości. Łatwy początek może bowiem dać poczucie nieuzasadnionej lekkości, przeświadczenie, że mi się należało, że to ja trzymam sytuację pod kontrolą, może prowadzić do rozluźnienia i zaprzestania bycia uważnym. A ten łatwy początek to przecież jedynie początek, zaledwie pierwszy krok. Dopiero kolejne są w stanie pokazać czy prowadziły one w stronę zwycięstwa czy porażki. A na nieuważnych - szczególnie tych zbyt pewnych siebie, by zerkać po czym depczą, oraz zbyt porywczych i dumnych, by stąpać ostrożnie i z głębszą refleksją - czeka wiele zasadzek. I nie ważne jak dobre są ich intencje. Sama coś na ten temat wiem...

Co więc chciałam tym razem powiedzieć?

To, że poszukiwanie i odnalezienie nauczyciela w wicca to proces czasem wieloletni, a czasem kilkutygodniowy. Ale jego utrata również… szczególnie, kiedy nie pozostawiamy tej drugiej stronie większego wyboru. Tego procesu poszukiwań nie da się też z góry przewidzieć czy zaplanować, nie da się go od tak przyspieszyć. Trzeba szukać, kierować się intuicją i wierzyć, że ten właściwy moment nadejdzie, nigdy jednak – nawet po odnalezieniu swojego magicznego rodzica - nie spoczywać na laurach. Ciężka praca dopiero w tym punkcie się bowiem zaczyna i to od niej może zależeć czy z czasem zobaczymy się w roli kowenowego Maga czy kowenowego Głupca...


* Całe zdarzanie miało miejsca podczas konferencji organizowanej przez PFI, która dla mnie stanowiła pierwsze poważne zetknięcie z ludźmi podążającymi pogańskimi ścieżkami.

wtorek, 9 listopada 2010

Jesień Samhainowa

 
     Samhainowa jesień. Wykładana mozaiką liści pokrywających przymarzającą o poranku ziemię i malowana szarością nagich drzew, szykujących się na długi zimowy odpoczynek. Samhainowa jesień. Wieczór w magicznym Kole Roku. Jesień mroczna, chłodna i deszczowa. Czas zadumy, czas zawieszenia, czas konfrontacji z tym, co ukryte w mrocznych zakątkach naszych umysłów, czas dywinacji. 
   


    Bogini - otulona w płaszcz i ciepły wełniany szal - schodzi do podziemi, by tam oczekiwać narodzin swojego boskiego syna. W geście pożegnania unosi na chwilę zasłonę pomiędzy światami, by ta ostatnia w roku, samhainowa uczta, stać się mogła miejscem spotkania żywych z duchami ich Przodków. Po raz kolejny przekręca też magiczne Koło Roku, zaznaczając symbolicznie koniec, a zarazem początek pogańskiego roku. 


Jesień Samhainowa. Zbieramy porozrzucane klocki, dokańczamy rozpoczęte zabawy i szykujemy się do zimowego snu.







piątek, 22 października 2010



"Wiccańskie"
rytuały otwarte
– wrota do przedsionka świata magii.

Od początku mojej pogańskiej, a jednocześnie wiccańskiej, „kariery”, zachęcana byłam do brania udziału w rytuałach otwartych – dostępnych, jak sama nazwa mówi, dla wszystkich bez względu na wyznanie, inicjację lub jej brak, i jak najbardziej nie wymagających od uczestników rytualnej nagości; do wzorowania się na nich oraz do tworzenia swoich własnych rytuałów. I choć takie podejście w stosunku do osób będących przed i zaraz po pierwszej inicjacji wiccańskiej nie jest podejściem charakterystycznym dla wszystkich linii i tradycji, zarówno dla mnie, jak i dla pozostałych osób należących do mojego kowenu, było ono czymś, co pozwoliło nam na zdobycie konkretnych umiejętności, sprawdzenie siebie oraz rozwój w konkretnym kierunku. 


Początki pisania moich własnych rytuałów były oczywiście trudne, szczególnie, że byłam osobą, która dopiero co weszła do pogańskiego środowiska i niemal wszystko, co wiedziałam na temat rytuałów otwartych, było tym, czego nauczyli mnie na ich temat moi arcykapłani. Dzięki jednak ich wsparciu, a w szczególności dzięki pomocy mojej arcykapłanki, każdy z nich stawał się lepszy – dla mnie samej, jak i dla biorących w nich udział osób - i bardziej zbliżony do idealnej wizji, jaką stwarzałam najpierw w swojej głowie.


Siłą rzeczy rytuały, które pisałam i które nadal piszę, bazują na rytuale wiccańskim oraz tym, co można na jego temat znaleźć w książkach lub internecie, nie ma więc co liczyć na zdradzanie jakichkolwiek inicjacyjnych tajemnic. Co więcej, ja sama wychodzę z założenia, że zbytnie podobieństwo do rytuałów zamkniętych, a przede wszystkim za duży poziom energii w kręgu, nie są wskazane, a więc poszukiwacze dużych emocji czy magicznych pokazów mogą się dosyć mocno zawieźć. Przynajmniej stając w kręgu ze mną :-)
 


Szukając informacji na temat rytuałów wiccańskich w internecie, „usłyszeć” czasem można głosy, że osoba zainteresowana wicca nie powinna brać udziału w jakichkolwiek rytuałach otwartych, a już na pewno nie w tych, które tworzone były na bazie wiccańskiej, ponieważ to zamknie jej drogę do inicjacji. Słyszy się też, że takie rytuały otwarte mogą być bardzo niebezpieczne, co tym bardziej przemawia za trzymaniem się od nich z daleka. Prawda wygląda jednak tak, że te same głosy, które teraz przemawiają za rezygnacją z jakiejkolwiek formy pracy magicznej czy rytualnej przed inicjacją, kiedyś w otwartych rytuałach same udział brały, a nawet same je tworzyły i prowadziły, z czasem jednak, z nabytym doświadczeniem, a może z zupełnie innych powodów (nie mi osądzać), zmieniły na ten temat zdanie. W czym jednak z tymi głosami mogę się zgodzić, to, że rytuały otwarte nie zawsze są bezpieczne i że nie na każdy z nich dobrze jest się udać. Najpierw bowiem trzeba zasięgnąć języka czy osoba je prowadząca ma w ogóle doświadczenie rytualne i w jaki sposób swoje rytuały prowadzi. 


Rytuały otwarte, które ja sama tworzę lub które tworzą znani mi wiccanie, to bowiem wspólne świętowanie przemian zauważalnych w przyrodzie - dające osobom nowym wgląd w to, co w ogóle poganie robią; to czas na modlitwę, na uczczenie Bogów i na pobycie razem, nie zaś na energetyczne wygibasy, podczas których krąg staje się miejscem na rzucanie fireball’ami. Inna sprawa, że większość z tych rytuałów, to twory wychodzące z połączenia praktyk odnajdywanych na różnych pogańskich ścieżkach - nawet jeśli bazują na wiadomościach dostępnych o wicca - jako że niemal nigdy nie jest tak, że większość stojących w kręgu osób jest wiccanami czy nawet o pro-wiccańskich zainteresowaniach. Oczywiście energia w kręgu jest i każdy może poczuć różnicę w jakości czasu i przestrzeni, jeśli jednak chce poznać prawdziwą magię czy wziąć udział w zamkniętym rytuale wiccańskim i doświadczyć tego, czego doświadczam ja sama podczas takich właśnie rytuałów, musi niestety dać się inicjować. Żaden bowiem rytuał otwarty prowadzony przez wiccanina nie da uczestnikom informacji na temat tego, co faktycznie dzieje się w wiccańskim kręgu; raz, bo objęci jesteśmy przysięgą zachowania pewnych tajemnic, dwa, bo jest to dla nas zbyt prywatne doświadczenie i to doświadczenie, które chcemy dzielić jedynie z osobami z naszej czarowniczej rodziny, a trzy, bo mogłoby się to źle skończyć dla uczestników czy nawet dla samych prowadzących, jeśli nie są w odpowiednim stopniu wyszkoleni. Inna sprawa, że podczas rytuałów otwartych - szczególnie tych, w których udział bierze dużo więcej osób niż normalnie w kowenie; osób, które na dodatek nie uczestniczą w każdym ze świątecznych rytuałów, a pojawiają się od czasu do czasu - rzadko kiedy można wytworzyć umysł grupowy, który w kowenie potrzebny jest do wspólnej pracy. Podczas rytuałów otwartych my jednak nie pracujemy, a świętujemy, a zamiast umysłu grupowego wystarcza nam świadomość wspólnego celu, dla którego zbieramy się w kręgu.   


Możliwość brania udziału w rytuałach otwartych jeszcze przed inicjacją, jak już po niej, dla mnie samej była i nadal jest wspaniałą okazją do nauki oraz działaniem, które przynosi radość i poczucie więzi z ludźmi, którzy myślą podobnie, nawet jeśli podążają zupełnie innymi ścieżkami. Dlatego osobiście czuję, że jeśli dobrze przemyślane, nie zawierające elementów, które w jakikolwiek sposób mogłyby okazać się zbyt zaawansowane dla osób biorących w nich udział po raz pierwszy, jeśli odpowiednio przeprowadzone i bez wzniecania energii ponad tą, która wytwarza się już z samego faktu zakreślenia kręgu, wówczas nie ma niebezpieczeństwa ani przeciwwskazań, by brać w takowych rytuałach udział. Rytuały otwarte to bowiem wrota do przedsionka świata magii i zupełnie innej rzeczywistości, ale nadal jedynie do przedsionka. Mamy przystawkę, po której możemy poprosić o danie główne, ale i bez konsekwencji możemy podziękować i wyjść, mając jedynie przedsmak tego, co czekało by nas dalej.

A więc:
Otwartości i odwagi,
Ostrożności i rozwagi,
W serca głos się wsłuchiwania,
i otwartymi rytami się radowania!  :-)
 
Blessed Be!

wtorek, 12 października 2010

Przeżywanie


Tu, gdzie jestem, jesień jest najpiękniejsza. Najpiękniejsze kolory mają drzewa i najpiękniejsze jest niebo o zachodzie słońca. Deszcz pada najdelikatniej, oczyszczając niczym przed świątecznym rytuałem, a słoneczne promienie dają najwięcej ciepła, błogosławiąc i dodając siły. 

Tu, gdzie jestem, jesień jest najpiękniejsza. Wiatr wieje najgwałtowniej, rozdmuchując negatywne myśli, a wieczory są najchłodniejsze, przynosząc orzeźwienie podczas długich spacerów.



Tu, gdzie jestem, zima jest najpiękniejsza. Najpiękniej wyglądają tu pokryte śniegiem wzgórza i najpiękniejsze ślady zostawiają na puchowej pokrywie zwierzęta. Powietrze jest tu najświeższe, a światło słonecznych dni przepełnia jasnością zaspane dusze. 

Tu, gdzie jestem, zima jest najpiękniejsza. Długie wieczory dają odpoczynek w przyjacielskim gronie, a ciemne noce przynoszą niespokojnym głowom kojący sen. 



Tu, gdzie jestem, wiosna jest najpiękniejsza. Najpiękniej śpiewają ptaki i najcudowniejsze melodie wygrywają górskie potoki. Przyroda rozkwita tu tysiącami najpiękniejszych kolorów, a rosnące z każdym dniem w siłę słońce dodaje energii do nowych działań. 

Tu, gdzie jestem, wiosna jest najpiękniejsza. Wiosenne deszcze padają tu najczęściej, zmywając zaspanie z wypoczętych po zimowym śnie ciał i umysłów, a wiosenne przymrozki przypominają, że początki nie zawsze są łatwe.



Tu, gdzie jestem, lato jest najpiękniejsze. Najpiękniejsze są krótkie noce i kwitnące w ulubionych kolorach łubiny. Tu maliny smakują najlepiej, komary gryzą najrzadziej, a lasy wzywają na poszukiwanie kwiatu paproci. 

Tu, gdzie jestem, lato jest najpiękniejsze. Tu burze są najsilniejsze, niosąc rozładowanie niepotrzebnych napięć, a jeziora pełne są ukrytych w ich głębinach trolli, dbających, by w powietrzu zawsze pachniało magią.  



Tu, gdzie jestem, jest najpiękniej. Bez względu na to, w jakim punkcie naszego globu się znajduję i bez względu na porę roku, która we mnie i poza mną właśnie króluje. 

BO TU, GDZIE JESTEM, JEST NAJPIĘKNIEJ! 

I wystarczyło, bym w którymś momencie swojego życia na chwilkę się zatrzymała, rozejrzała dookoła, aby to dostrzec. Wystarczyło świadome wskoczenie na jedną ze szprych Koła Roku, by paleta moich doznań i przeżyć corocznie zaczęła powiększać się o jakieś kilkadziesiąt nowych kolorów :-)

Świadomości i kolorowego przeżywania! Sobie i wszystkim czytającym :-)

Blessed Be!

niedziela, 10 października 2010

 
Jesień Mabonowa 
Mabonowa jesień. W Polsce złota, tu w Norwegii złoto-rubinowa, mieniąca się pełnią radości i bogactwa na tle często nadal błękitnego nieba. Dostojna, choć nie nazbyt poważna, budząca przejmującym chłodem poranków i usypiająca wcześnie zapadającym zmrokiem, a jednak wciąż pozwalająca nacieszyć się ciepłymi promieniami słabnącego z dnia na dzień słońca.


Bogini coraz rzadziej widziana jest między ludźmi i przy biesiadnych stołach. Prędzej ujrzeć ją można przechadzającą się samotnie między rozśpiewanymi kolorem drzewami lub o zmierzchu skuloną nad brzegami jezior i wpatrzoną w unoszące się nad wodami mgły. Zapada się powoli w wewnętrzną ciszę, oczekując narodzin rosnącego w jej łonie Boga. Czasem popłakuje deszczowymi łzami nad zabitym w lammasową noc kochankiem, czasem przyłącza się w tańcu do pląsających po cyklamenowych kwiatach wrzosu promieni słońca, z radością wyglądając jego ponownych narodzin.


Mabonowa jesień. Czas na powolne wyhamowanie życiowego tempa, czas na adorację.  


  

poniedziałek, 6 września 2010


Wicca – droga na całe życie.
    
    Nauczono nas strachu. Przed przyszłością i przed samymi sobą. Nauczono nas przemyśliwać, analizować, planować. Nauczono nas nie podejmować decyzji na szybko. Nauczono nas braku spontaniczności.  Boimy się zmian, boimy się ryzyka. Boimy się działania, bo a nóż widelec będzie gorzej. Boimy się myśleć samodzielnie. Szukamy nauczycieli, guru, przewodników. Szukamy kogoś, kto poprowadzi nas za rękę. Brak w nas ufności w opatrzność, a przede wszystkim brak w nas wiary we własną siłę i możliwości.


A jednak myślimy, zastanawiamy się, bo coś nie daje nam spokoju. Jakiś głos wewnątrz mówi, że nie wszystko jest tak, jak powinno. Po czym - zupełnie „przez przypadek” - natrafiamy na pogaństwo, natrafiamy na wicca. I wszystko zaczyna przyśpieszać. Postrzeganie otaczającej rzeczywistości, jak i rzeczywistości wewnątrz nas, zaczyna się zmieniać.

Wreszcie przychodzi decyzja o inicjacji i już nic nie jest takie, jak wcześniej. Świat wywala się do góry nogami i bez względu na to czy jesteśmy gotowi na zmiany czy nie, nasze życie staje na głowie. Albo bierzemy się za siebie sami, albo zaczynają za nas to robić bogowie. A oni przeważnie wybierają najkrótszą drogę; nie koniecznie taką, która nam wydawała się najlepsza, ale którą podążenie odwlekaliśmy wymyślając tysiące „poważnych” powodów. I co ważne, ta najkrótsza droga zazwyczaj nie należy do najprzyjemniejszych. Wszystko, co niepoukładane, zaczyna się sypać. Przychodzi uświadomienie w wielu kwestiach, a nam fundowana jest terapia szokowa, jeśli sami nie zabierzemy się za poukładanie własnych spraw. I to od zaraz!

I nagle musimy wziąć pod lupę własne słabości, niedoskonałości i niedociągnięcia. Musimy nie tylko zacząć nad nimi pracować, ale także nauczyć się akceptacji siebie samych oraz tych, którzy nas otaczają. Musimy nauczyć się wyrozumiałości, życiowej odwagi i pokory, stawania twarzą w twarz z lękami i pokonywania ich. Strach nie znika jednak sam z siebie. Musi zostać przepracowany, przetrawiony, a czasem w nie jedną noc przepłakany. Z boską jednak pomocą – a bogowie to przecież część nas samych - jesteśmy w stanie przejść przez tą pierwszą, najgorszą falę. I każdą następną.

Walą nam się więc związki, w których nigdy nie byliśmy do końca szczęśliwi, zwalniamy się z roboty, w której nigdy nie znajdowaliśmy spełnienia (lub jeśli stawiamy opór, sami dziwnym trafem zostajemy zwolnieni), zmieniamy miejsce zamieszkania, miasto czy nawet kraj, zakańczamy ciągnące nas w dół relacje, zrywany krępujące nas więzy. Świadomie,  ze zrozumieniem, co dzień podejmujemy raz po raz tę samą decyzję o rozwoju i dążeniu do spełnienia.  I z każdym dniem osiągamy coraz więcej. Odnajdujemy na nowo sens istnienia, odnajdujemy dziecięcą radość i zadziwienie, bierzemy życie w swoje ręce i stwarzamy je podług własnej woli. Woli, która – jak powtarza uparcie jedna z moich sióstr, wiccanka i telemitka w jednym - winna być całym prawem :-)

I taka właśnie jest wicca. Trudna, ale i piękna. Z zadaniami na całe życie. 

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

 
Pokora i Szacunek – nie-tylko-wiccańskie 
słowa mocy.

    W przeszłości słyszałam: „Bracia i siostry! Nauczcie się pokory!” i zatopione niby od niechcenia w potoku nadchodzących słów: „Ukorzcie się i idźcie za nami, albowiem to nam objawiona została jedyna prawdziwa droga”. Teraz – niczym w scenie z horroru – dobiega mnie jakby znajome echo: „Kochani! Nauczcie się szacunku!” i rozpływające się w atmosferze niezgodności słów z obserwowanym obrazem: „Gdybyście tylko potrafili wzbić się ponad pełen dumy młodzieńczy bunt i wziąć przykład z nas, doskonałych wiedzą oraz doświadczeniem!”.  

    Pokora i szacunek. Magiczne słowa, których sposób wykorzystania – choć wydawało się to być zupełnie nierealnym – połączył na moich oczach dwa tak odległe od siebie światy. Pokora i szacunek. Słowa owianie mgłą tajemnicy, złączone ze sobą niczym syjamskie bliźnięta, upiorne wieloznacznością, dopasowujące się niczym kameleon do każdej sytuacji, postrach myślących „zbyt” samodzielnie i błogosławieństwo dla baranków poszukujących pasterza miast nauczyciela.  Pokora i szacunek. Słowa, które można podpiąć pod wszystko, odpowiednio rozdmuchać, słowa powtarzane czasem aż do znudzenia, którymi w zależności od potrzeby można zaatakować niczym asatryjskim gungnirem, dając niewielkie szanse na obronę… Szczególnie tym, którzy są zbyt niegodni lub zbyt niedoświadczeni, by w ogóle wiedzieć, o czym mowa, a tym bardziej się do tego ustosunkować. I wreszcie: pokora i szacunek. Słowa, które choć czasem znienawidzone bezsilnością, są jednocześnie wiccańskim prawem. Prawem pięknym w swej podniosłości oraz prostocie, i prawem potężnym w swym potencjale czynienia dobra. Oczywiście pod warunkiem, że jego zrozumienie i sposób posługiwania się nim wypływa z nie mniej ważnego prawa wiccańskiej miłości i zaufania, nie zaś z braku pewności siebie i pielęgnowanych kompleksów.

    Czym więc są – przynajmniej z założenia - wiccańskie pokora i szacunek oraz w czym tkwi ich moc?

    Wiccańska pokora to świadomość własnej niedoskonałości, świadomość potrzeby ciągłego rozwoju i niekończącej się drogi, która nie zakłada jednak ślepego i bezrefleksyjnego podążania za samozwańczymi autorytetami. Wiccański szacunek to uznanie względem drugiej osoby, ale uznanie, które nie powstaje automatycznie, które można tak zyskać, jak i stracić, uznanie, którego nie da się nakazać ani sztucznie w kimś stworzyć. Wiccańska pokora to nie poczucie zastraszenia i przyjmowanie pod presją czyjegoś sposobu myślenia jako swojego, a wiccański szacunek to nie siedzenie z buzią na kłódkę i niemoc wyrażenia własnego zdania.  Pokora i szacunek to postawa, która powinna nas charakteryzować, a jednocześnie być siłą popychającą każdego dnia o te kilka kroków do przodu, siłą, która powinna nas łączyć i sprawiać, że jako wiccanie jesteśmy jedną wielką rodziną. Nie w teorii, ale w oczach niezależnych obserwatorów.

    Wśród inicjowanych czarownic mówi się, że szacunek należy się każdemu, ale przede wszystkim swoim arcykapłanom. I tak być powinno! Zakładając bowiem własny kowen, arcykapłani biorą na siebie ciężar, którego pewnie nikt nie będzie w stanie pojąć, dopóki sam takowego zadania się nie podejmie. Poczucie szacunku musi jednak działać w obie strony i przez obie strony musi być regularnie pielęgnowane. Inna sprawa, że nie da się wzbudzać, a tym bardziej nauczać szacunku względem siebie, samemu go nie posiadając. W wicca mówi się także, że czarownica – z natury prędzej zbyt pewna siebie niż odwrotnie – powinna wiedzieć, czym jest pokora i dać się od czasu do czasu poprowadzić, szczególnie na początku swojej wiedźmiej „kariery”. I to również się zgadza! Wybierając sobie kowen, oddajemy się niejako w ręce swoich arcykapłanów, których zadaniem jest czasem kopnąć nas w tyłek, jeśli zbyt zachłyśniemy się swoją nową rolą. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie oni powinni w miarę możliwości świecić przykładem i nie wymagać od swoich podopiecznych postaw, których sami nie reprezentują.

    Podsumowując. Pokora i szacunek to swoiste słowa mocy, których użycie może narobić tyle samo dobrego, jak i złego, bez względu na religię czy ścieżkę, w kontekście której się je „wykorzystuje”. Obyśmy więc mieli świadomość ich wielkiego potencjału i z ostrożnością się nimi posługiwali, nabierając jednocześnie dystansu wobec tych, którzy zbyt często nimi szastają. Obyśmy też każdego dnia potrafili budzić się z poczuciem zdrowej pokory, która motywować nas będzie do ciągłego doskonalenia się, a każdej nocy kłaść się spać z poczuciem szacunku względem siebie samych, podążających niestrudzenie za własnymi ideałami i w zgodzie z własnym sumieniem.

    Blessed Be!  :-)

wtorek, 24 sierpnia 2010

  Wicca wzięta pod lupę, czyli wiele odcieni w jednej palecie barw.

     Wicca to tradycja bardzo konkretna, tradycja objęta częściową tajemnicą i przekazywana w kowenach z pokolenia na pokolenie, z czarownicy na czarownicę. Wicca to tradycja względnie młoda, bo nie licząca nawet wieku, a jednak nawiązująca do pradawnych wierzeń i praktyk, czerpiąca z kulturowego dorobku starożytnych cywilizacji oraz metod wypracowanych przez magiczne zakony działające na przełomie stuleci.  I wreszcie wicca to tradycja żywa, wciąż rozwijająca się, tradycja o wielu twarzach, gdzie każdy inicjowany stanowi osobny odcień w bogatej palecie jej barw. Na tym też aspekcie czarostwa chciałabym się w tym momencie skupić, tworząc swoiste wprowadzenie do wicca tradycyjnej, a jednocześnie mojej własnej jej wizji, przekornie określanej przez wrocławskich pogan mianem „wicca mojmirycznej”.

      Jakkolwiek bowiem by to nie brzmiało i zaznaczając, że nie mam jakichkolwiek aspiracji do tworzenia własnego odłamu religii, której kapłanką jestem, nadanie tej zabawnej nazwy było i nadal jest wyrazem obserwacji dokonanych przez osoby pozostające poza kręgiem ludzi inicjowanych w czarostwo. I jest to obserwacja jak najbardziej trafna. Wicca bowiem – choć w obrębie danej linii przekazywana kolejnym czarownicom w jasno określonej i zawsze tej samej formie - daje swoim kapłankom i kapłanom dużą dozę wolności w osobistych poszukiwaniach, nie narzuca sztywnej ideologii, ani nie daje gotowych schematów do przyjęcia. Wicca to religia doświadczenia, a te mogą być zupełnie inne nawet w przypadku osób praktykujących w tym samym kowenie, których trzon wierzeń czy sposób postrzegania siebie samych oraz otaczającego świata jest niemal identyczny. Poza tym pochodzimy z różnych krajów, z różnych kręgów kulturowych, wychowani zostaliśmy w różnych religiach i w pogaństwo - chcąc nie chcąc - weszliśmy z określonymi wierzeniami, rytualnymi przyzwyczajeniami oraz potrzebami. To wszystko sprawia, że choć tworzymy jedną grupę wyznaniową, jedną paletę barw, różnimy się odcieniami, a każdy z nich jest piękny i na swój sposób niepowtarzalny.  

      A jaka jest moja własna wicca? Jak wszyscy wiccanie czczę Rogatego Boga i Księżycową Panią, których widzę zarówno jako energie tworzące nas samych oraz wszystko, co nas otacza, ale również jako bardzo konkretną parę bóstw, którym służymy.  W ciągu roku świętuję podczas ośmiu wiccańskich sabatów oraz celebruję każdą pełnię księżyca, żyjąc tym samym i stając się częścią naszego Koła Roku.  Wierzę w wędrówkę dusz i świętość natury. Jako osoba częściowo pomieszkująca w Norwegii oraz silnie związana z tradycją nordycką, szczególnie czczę jednak również bogów z panteonu asatryjskiego, a praktykując medytację oraz studiując filozofię hinduską i tantrę, dostrzegam powiązania między wszystkimi żywymi organizmami, a wszechświat doświadczam jako wielką jedność, w której na pewnym poziomie brak jest jakichkolwiek podziałów czy różnic. I to są właśnie te elementy, które sprawiają, że moja wicca - choć jak najbardziej tradycyjna – ma swój swoisty kolor i słodki smak. W tym wypadku kolor i smak Mojmiry :-)

      Kończąc, chciałabym życzyć wszystkim zagubionym, rozważającym lub tkwiącym w jakimś sztucznie stworzonym systemie, by również odnaleźli swój smak i swój odcień duchowości. Nie dajmy sobie wmawiać czyjegoś postrzegania świata i narzucać czyichś prawd, szczególnie, jeśli pretendują one do bycia prawdziwszymi od innych. Miejmy odwagę bycia wolnymi, żyjmy świadomie, szanujmy inne ścieżki i myślmy samodzielnie. Sprawdzajmy, szukajmy, smakujmy :-)

      Wiccańskie Blessed Be!