czwartek, 10 maja 2018

BELTANE 2018. POGAŃSKA FANTAZJA



Są sabaty, które nie bardzo da się opisać słowami, i może nie powinno się. Tak jak nasz ostatni. A jednak istnieje pokusa, by przelać na papier choć część doświadczenia, które zarówno dla mnie, jak i dla wielu innych, było niczym ucieleśniona pogańska fantazja! 

Dla przygodnego widza noc, w którą celebrowaliśmy Beltane – cały sabat trwał dłużej, jednak główna ceremonia miała miejsce z soboty na niedzielę - mogła wyglądać jak jedna wielka o... gromna zabawa, a jednak dla samych uczestników był w niej przede wszystkim Duch istot, które zaproszone do rytuału wieczorem, zostały z nami aż do samego rana dnia następnego. Poza tym było to Beltane, więc ogniste energie musiały unosić się w powietrzu, płonąć w ciałach i podtrzymywać atmosferę rozbudzoną podczas rytu, a świętować też było co. Sabat trwał łącznie cztery noce, na kapłanki i kapłanów wyświęciliśmy 4 nowe osoby, w sumie było nas około 30-stki, a w tym przedstawiciele aż 4 tradycyjnych wiccańskich kowenów. Energii było mnóstwo, wina jeszcze więcej, a szaleństwo – w różnych formach - poniosło wszystkich.

To był jeden z największych, a zarazem najbardziej szalonych sabatów, w jakich uczestniczyłam. I naturalnie jestem strasznie dumna z czworga moich świeżo narodzonych dla wiccańskiej wspólnoty dzieci, które przeszły długą drogę, by stanąć przed obliczem naszych Bogów. A jednak najważniejsze i najgorętszym ogniem płonie w moim sercu to, co obserwuję dookoła siebie w szerszej perspektywie.

Mam nadzieję, że tym stwierdzeniem nie zapeszę, ale od wielu miesięcy czuję i widzę, że polska Wicca na nowo zaczyna przeżywać swój rozkwit. To, co lata temu zostało zepsute czy naderwane, w tej chwili odbudowuje się, a marzenia o wielkiej rodzinie bez podziałów, które w sercach wielu z nas istniały od chwili wejścia w ten świat,  prawdziwie się ziszczają. I to, co dzieje się między nami - zarówno podczas zwykłych, przyjacielskich spotkań, jak i podczas sabatów oraz inicjacji – zdaje się być efektem odbudowywania więzi, poczucia bycia w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, wypełniającej nas radości, wolności i poczucia swobody, oraz pragnienia, by w gronie bliskich ludzi tak zwyczajnie cieszyć się codziennością, która opiera się o wiccańską celebrację życia i śmierci. Ludzie z różnych wiccańskich linii i kowenów spotykają się (często po wielu latach braku kontaktu), odprawiają wspólne rytuały, celebrują i bawią się. I nie dzieje się to za sprawą jakiejś magii, ale właśnie dzięki tym ludziom i ich zdecydowanemu wyborowi – jak przystało na czarownice! – by w pełni odciąć się od dawnych, niszczących nas wszystkich historii, a skupić na wspólnocie, jej budowaniu i współtworzeniu.

Z wdzięcznością za tak wspaniałe plemię, za spotkania po latach, za szaleństwo oraz piękną celebrację, i z podziękowaniami dla gospodarzy miejsca, które gościło te nasze wiccańskie tłumy  – oto, z czym wróciłam z beltanowej celebracji, i w czym wciąż z uśmiechem na ustach trwam J